Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Co?... — spytała sennym głosem Beldeine. Gdyby nie uścisk Verin, pewnie osunęłaby się bezwładnie na poduszki, powieki jej się zamykały. — Co ty?... Co się dzieje?
— Nic ci nie będzie — zapewniła ją Verin. Oczywiście w wyniku jej działań tamta może umrzeć... za rok, za dziesięć lat... ale sam splot nie mógł jej wyrządzić żadnej krzywdy. — To jest tak bezpieczne, zapewniam cię, że nawet dziecku nic by się nie stało. — Rzecz jasna, w zależności od sposobu wykorzystania splotu.
Musiała umieścić każde pasmo na swoim miejscu, włókno po włóknie, jednak mówienie pomagało się skupić. Ponadto przeciągająca się chwila milczenia mogłaby wzbudzić podejrzenia jej bliźniaczo do siebie podobnych Strażników. Gdyby tamci podsłuchiwali. Pragnęła uzyskać kilka odpowiedzi, którymi nie zamierzała się dzielić. Odpowiedzi, których żadna z wypytywanych kobiet nie chciała udzielić po dobroci. Poza tym splot miał jeszcze drobny efekt uboczny — silniej niż jakiekolwiek ze znanych ziół rozwiązywał język i likwidował mentalne bariery. A na efekt nie trzeba było czekać długo.
Zniżywszy głos niemalże do szeptu, kontynuowała.
— Młody al’Thor zdaje się wierzyć, że ma w Białej Wieży jakieś zwolenniczki, Beldeine. Które, rzecz jasna, działają w tajemnicy, to oczywiste. — Nawet gdyby ktoś przycisnął ucho do materii namiotu, usłyszałby jedynie niewyraźny szmer głosów. — Opowiedz mi wszystko, co wiesz na ich temat.
— Zwolenniczki? — wymamrotała Beldeine, usiłując się skrzywić, co jednak wykraczało poza sferę jej możliwości. Wykonała jakiś ruch, tak jednak słaby i nie skoordynowany, że ledwie zasługiwał na miano gestu. — Jego zwolenniczki? Wśród sióstr? To niemożliwe. Chyba że wśród tych z was, które... Jak mogłaś, Verin? Dlaczego się nie opierałaś?
Verin syknęła z irytacją. Jej powodem nie była jednak wcale głupia chęć przeciwstawienia się wpływowi ta’veren. Chodziło o to, że chłopak wydawał się taki pewny siebie. Na jakiej podstawie? Nadal mówiła cichym głosem:
— Nie masz żadnych podejrzeń, Beldeine? Nie słyszałaś żadnych pogłosek, zanim opuściłaś Tar Valon? Żadnych szeptów? Żadna nie sugerowała innego sposobu rozwiązania problemu? Powiedz mi.
— Nikt. Któż mógłby?... Żadna by... Tak podziwiałam Kirunę. — W ospałym głosie Beldeine dźwięczał odległy ton świadomości przegranej, a łzy cieknące z oczu żłobiły ślady w smugach brudu. Gdyby nie ręce Verin, nie byłaby w stanie usiedzieć prosto.
Verin nadal nakładała włókna splotu, zerkając nieustannie to na swoją pracę, to na wejście do namiotu. Dziwne, że sama jeszcze nie zaczęła się pocić. Wszak Sorilea może znienacka dojść do wniosku, że przyda się jej pomoc przy przesłuchaniu. Sprowadzić którąś z sióstr mieszkających w pałacu. Gdyby dowiedziały się o jej poczynaniach, niewykluczone, że powinna się liczyć z karą ujarzmienia.
— A więc zamierzałyście dostarczyć go Elaidzie, schludnie umytego i grzecznego — powiedziała nieco głośniej. Cisza ciągnęła się już zbyt długo. Nie chciała, aby Strażnicy donieśli o prowadzonych szeptem konferencjach z więźniarkami.
— Nie mogłam... sprzeciwić się... decyzjom Galiny. Ona dowodziła... z rozkazu Amyrlin. — Beldeine znów omdlewającym ruchem zmieniła pozycję na poduszkach. Jej głos wciąż brzmiał sennie, ale słychać w nim było odległe nerwowe akcenty. — Jego trzeba... trzeba było... zmusić do posłuchu! Trzeba było! Nie należało... traktować tak surowo. Jak na przykład... poddawać... przesłuchaniu. To było złe.
Verin parsknęła. Złe? Raczej katastrofalne. Od samego początku była to katastrofa. Teraz każda Aes Sedai będzie w jego oczach wyglądała tak, jak dla Aeron. A gdyby dotarły do Tar Valon? Ta’veren, silny jak Rand al’Thor, w Białej Wieży? Na taką myśl i kamień nie potrafiłby zachować spokoju. Czymkolwiek by się wszystko skończyło, „katastrofa” byłaby z pewnością określeniem zbyt łagodnym. Cena, jaką pod Studniami Dumai zapłacono za uniknięcie takiego finału, była doprawdy stosunkowo niska.
Wciąż zadawała pytania głosem, który wyraźnie było słychać na, zewnątrz namiotu. Pytania, na które znała już odpowiedzi, wystrzegając się tych niebezpiecznych. Niewiele więc uwagi poświęcała słowom, które padały z jej ust tudzież odpowiedziom Beldeine. Skupiła się przede wszystkim na tkaniu.
Od lat interesowała się rozmaitymi rzeczami, wśród nich byto wiele nie do końca aprobowanych przez Wieżę. Niemal każda dzikuska przybywająca do Białej Wieży po nauki — zarówno prawdziwa dzikuska, która już wcześniej samodzielnie ćwiczyła przenoszenie, jak i dziewczyna tylko pchana wrodzoną iskrą do dotykania Źródła; niektóre siostry zresztą w ogóle ignorowały zasadność takiego rozróżnienia — znała co najmniej jedną wymyśloną sztuczkę wcześniej na prywatny użytek, sztuczkę prawie zawsze należącą do jednej z dwóch kategorii. Chodziło albo o metodę podsłuchiwania cudzych rozmów, albo o sposób zmuszania innych ludzi, by robili to, co chciałaś.
Tymi pierwszymi dokonaniami Wieża niespecjalnie się przejmowała. Nawet dziewczyna, która na własną rękę zdobyła znaczną kontrolę nad Mocą, prędko się uczyła, że dopóki nosi biel nowicjuszki, nie wolno jej nawet dotykać saidara bez opieki siostry albo Przyjętej. Co miało ten skutek między innymi, że raczej drastycznie ograniczało możliwość podsłuchiwania. Z kolei sztuczki z drugiej kategorii za bardzo przypominały zakazany Przymus. Och, najczęściej chodziło tylko o zmuszenie ojca, by kupił suknie albo błyskotki, o których normalnie nie byłoby mowy, albo nakłonienie matki, by zaaprobowała młodzieńca, którego najchętniej przepędziłaby bez namysłu, i podobne rzeczy, niemniej Wieża z całą bezwzględnością wykorzeniła te praktyki. Sporo dziewcząt i kobiet, z którymi Verin rozmawiała na przestrzeni lat, nie potrafiło tkać tych splotów, a co dopiero posługiwać się nimi, niejedna nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, jak to się robi. Ale z uzyskanych od nich okruchów wiedzy, ze szczątków i strzępków na poły zapomnianych splotów, tkanych przez niewyszkolone dziewczęta dla bardzo ograniczonych celów, Verin zrekonstruowała coś, co było zakazane od chwili założenia Wieży. Na początku wiodła ją zwykła ciekawość.
„Ciekawość — pomyślała kwaśno, pracując nad splotem opasującym Beldeine — już nie raz pakowała mnie w tarapaty”. Korzyści pojawiły się później.
— Jak przypuszczam, Elaida zamierzała go trzymać w otwartej celi — stwierdziła tonem zachęcającym do podjęcia rozmowy. Cele z kratami zamiast ścian zaprojektowano specjalnie dla tych, których należało pojmać i odciąć od Źródła: przenoszących mężczyzn, aresztowanych pełnoprawnych mieszkanek Wieży, dzikusek mieniących się Aes Sedai. — Niezbyt wygodne lokum dla Smoka Odrodzonego. Żadnej prywatności. Czy ty w ogóle wierzysz, że on jest Smokiem Odrodzonym, Beldeine? — Tym razem urwała na chwilę, ponieważ odpowiedź rzeczywiście ją interesowała.