Skrzynia na złoto
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody magistra #1
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
Co to? Chyba cichy odgłos powoli zbliżających się kroków. Nicholas cofnął się – tam gdzieś z dziury w podłodze wydobywało się rozproszone w drobinach wznieconego kurzu światło.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi i racjonalnym przekonaniom skądś z dzieciństwa czy z głębi podświadomości wypełzło niby cętkowana żmija podejrzenie: to nie sen ani obłęd – to upiór.
Fandorin nigdy nie wierzył w siły nadprzyrodzone, błąkające się po świecie żywe trupy i inne tego rodzaju banialuki, tymczasem poczuł nagle przeraźliwy strach – mdlący, wywołujący zimne poty. Co tam się wyłania z groźnej ciemności?
Nicholas, cofając się, dotarł już do otworu w podłodze i zrobił krok w dół, by dotknąć wreszcie żywego człowieka. Chwycił Maksima Eduardowicza za ramię i potrząsnął.
– Do cholery, co to za… – burknął rozdrażniony archiwista, odwrócił się i głos uwiązł mu w gardle.
Jego twarzy Nicholas nie widział, gdyż światło latarki skierowane było w głąb dziury. A więc Bołotnikow nie spełnił prośby kolegi, chociaż teraz to już nie miało znaczenia.
– Kto to? – zapytał ostro Maksim Eduardowicz. – Kogo pan przyprowadził?
„Cóż, przynajmniej nie postradałem zmysłów” – skonstatował Fandorin, ale nie odczuł ulgi. Powoli się odwrócił. Zjawa stała obok, nad samą krawędzią otworu. Utraciła trójwymiarowość, była teraz tylko płaską, czarną sylwetką, ale niewątpliwie nadal pozostawała widmem Szurika.
Nieszczęsny Bołotnikow wciąż jeszcze nic nie rozumiał. Był przekonany, że do piwnicy zabłądził jakiś przypadkowy włóczęga, i zaczął się złościć:
– Jak on się tu dostał? Kto to jest? Dobrą ma pan ochronę, szkoda mówić! Ej, wy, Schwarzeneggery! – wrzasnął na całe gardło, po czym umilkł raptownie, gdyż widmowy Szurik przykucnął i ręką zatkał mu usta.
Tuż przed sobą Nicholas widział połyskujące okulary zjawy.
– Cicho, myszy, nie hałasować – ostrzegła zjawa i wybuchnęła stłumionym śmiechem. – Cześć, Kolan. Ale cię wtedy nabraliśmy! Super, no nie? Ach, żegnajcie, umieram. – Szurik zacharczał, otworzył usta i na podbródek pociekła mu rubinowa strużka. Odchrząknął, wypluł coś i objaśnił: – Sok z granatów w plastiku. Wziąłem go dla hecy. A tyś to, durniu, kupił! Ale ubaw!
Następnie odwrócił się do Maksima Eduardowicza, zastygłego nieruchomo, zakneblowanego ręką Szurika.
– Co, gnido, poznałeś serdecznego przyjaciela? Poznałeś. I narobiłeś w portki. Słuszna decyzja. – Szurik zdjął rękę z twarzy Bołotnikowa i z obrzydzeniem wytarł ją o koszulę. – Chciałeś wykiwać Siwego? Nieładnie, Maks, nieładnie. Sam nadałeś sprawę, sam wszystko rozkręciłeś, chapnąłeś niemały szmal, a potem chciałeś zgarnąć wszystko dla siebie? Siwy się na ciebie obraził, i to ciężko. Mam ci to przekazać.
Z tymi słowy Szurik szybko podniósł rękę, nie tę, którą zatykał Bołotnikowowi usta, tylko drugą, z długą czarną rurką (dobrze, zbyt dobrze znaną Fandorinowi!) i przystawił tłumik do czoła Eduarda Maksimowicza. Głowa Mozarta archiwistyki szarpnęła się, jakby się chciała oderwać od szyi, sam doktor nauk historycznych zaś runął do tyłu i uderzywszy o brzeg otworu, zniknął w ziejącej dziurze.
Czarna rurka, wydzielająca woń rozgrzanego metalu i prochu, zwróciła się w stronę Nicholasa. Fandorin zamknął oczy.
I usłyszał:
– Nie pękaj, Kolan. Siwy wycofał na ciebie zlecenie. Ciesz się życiem, stary.
– Wycofał? Dlaczego wycofał? – drewnianym głosem zapytał Fandorin.
– Spodobałeś mu się. Rozrywkowy gość, powiada. Niech sobie żyje.
Oczy Nicholasa już przywykły do słabego oświetlenia i teraz widział twarz zabójcy zupełnie wyraźnie – rozciągnięte w uśmiechu wąskie wargi, gładkie chłopięce czoło, nawet dołki w policzkach.
– Ja? Spodobałem się Siwemu? Ale przecież my… Fandorin nie skończył zdania – jęknął, klnąc w duchu własną tępotę. No jasne, oczywiście! Jakież to proste!
Nie tyle zapytał, ile skonstatował:
– Bołotnikow od samego początku pracował dla was. Natrafił na mój artykuł i od razu poleciał z nim do Siwego. Tak było?
– Nie wiem, na co natrafił, ale z Siwym znają się od dawna, jeszcze z czasów, kiedy Władik bulił forsę na tę całą komisję.
A więc Siwy był sponsorem komisji powołanej do poszukiwań biblioteki Iwana Groźnego. Oto dlaczego Bołotnikow, przeczytawszy artykuł w angielskim piśmie i zrozumiawszy, że pojawiła się szansa na odnalezienie Liberii, zwrócił się o pomoc właśnie do niego. Zwabił głupiego Angola do Moskwy, przekazał go w doświadczone ręce Szurika, a sam zajął się pracą nad tekstem. Nie miał wcale fotograficznej pamięci – po prostu pismo znajdowało się w jego rękach tak długo, że pierwsze linijki zostały mu w głowie.
A co było później?
To też jasne. Prawie natychmiast Bołotnikow zorientował się, że lewa połówka dokumentu zawiera jakieś zaszyfrowane wskazówki, zrozumiałe jedynie dla znawcy historii rodu von Dornów. Oto dlaczego Szurik otrzymał od swojego szefa rozkaz, by przerwać polowanie na Anglika, a nawet z powrotem podrzucić mu neseser. Co więcej, Siwy postanowił wziąć magistra pod własną opiekę, w związku z czym zainscenizował bójkę i strzelaninę, które wypadły – trzeba przyznać – bardzo przekonywająco. Plan był, można powiedzieć, fool proof [61]: zastraszyć Nicholasa i doprowadzić do sytuacji, w której nie będzie się miał do kogo zwrócić o pomoc. Następnie – zaoferować mu bezpieczne schronienie na czas nieokreślony. Pełny komfort i pełne współdziałanie, jeśli z nudów zechce się zająć rozwiązaniem pewnej łamigłówki. Gdyby podpity Nicholas nie uległ przypływowi altruizmu, wszystko tak właśnie by się potoczyło…
– A więc Wład to sam Siwy. – Fandorin uśmiechnął się z goryczą na wspomnienie szczerych porywów duszy wspaniałego flibustiera. – Ale dlaczego „Siwy”? Jest przecież młody.
– Dlatego że Sołowjow – odparł niezrozumiale Szurik [62].
No dobra, nieważne. Nicholas miał istotniejsze pytanie.
– Ale co wam zawinił Bołotnikow? A może po prostu stał się niepotrzebny?
– Za cwany się zrobił. Chciał wyrolować Sołowjowa i sam zgarnąć cały bank. „Do rozwiązania problemu jeszcze daleko, a wynik też jest problematyczny”. – Szurik naśladował teraz wysoki baryton archiwisty. – Miał Siwego za głąba, buraka. U nas, Kolanycz, za takie rzeczy idzie się do piachu… Czego się gapisz? Właź do dziury.
Wesoły zabójca wskazał otwór w podłodze.
– No już, już. Poświecę ci z góry. O co chodzi? Chcesz oberwać po uszach?
Fandorin przypomniał sobie niedbały wdzięk, z jakim Szurik nie tak dawno kopnął go w krocze, i zaczął szybko rozwijać drabinkę. Zapewnienie, że Siwy jakoby kazał „rozrywkowego gościa” pozostawić przy życiu, nie dawało stuprocentowej gwarancji. Ale czy Nicholas miał jakiś wybór?
Zaczepił haki w górnej części drabinki o deski. Sprawdził – trzymały się mocno. Zaczął więc spuszczać drugi koniec, z obciążeniem, w dół. Dość szybko dobiegło stamtąd głuche stuknięcie. Jama nie miała chyba nawet dziesięciu stóp głębokości.
Wysiłkiem woli Fandorin zmusił się, by nie myśleć o tym, że jest zupełnie możliwe, iż nie wyjdzie już żywy z tego podziemia. Tajemnica nadal pozostawała tajemnicą; teraz, w obliczu śmiertelnego zagrożenia, nęciła wcale nie mniej niż przedtem.
Co jest tam, w głębi ciemnego loszku? Czy naprawdę okute skrzynie, pełne starych rękopisów?
Nogi dotknęły czegoś miękkiego, sprężystego.
[61] Pewny na sto procent (ang.).
[62] Chodzi o skojarzenie z dwuczłonowym nazwiskiem bardzo popularnego radzieckiego kompozytora Wasilija Sołowjowa-Siedoja. Ros. siedoj - siwy przyp. tłum.).