Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 253
Перейти на страницу:

Kiedy już to sobie wyjaśniliśmy, Barb i Jaad z przyjemnością poszli ze mną, dyskutując o sekstansach. Szerokim łukiem okrążyliśmy Saunta Edhara od zachodu, zmierzając do hali maszyn.

* * *

— Trzeba ci przyznać, że pojawiasz się i znikasz w ciekawych momentach.

Tak przywitała mnie Cord.

Zastaliśmy ją i jej współpracowników w trakcie jakiejś konwokacji. Wszyscy wytrzeszczyli oczy na nasz widok; pewien starszy mężczyzna przyglądał się nam ze szczególnym zaciekawieniem.

— Co to za facet? — zapytałem. — I dlaczego mnie nienawidzi?

— To szef — odparła Cord. Miała wilgotną twarz.

— No jasne. Nie przyszło mi do głowy, że musisz mieć szefa.

— Tutaj prawie każdy ma szefa, Ras. I kiedy szef tak na ciebie patrzy, nie wypada się na niego gapić w taki sposób, jak ty to robisz.

— Czy to jest jakiś wyraz społecznej dominacji?

— Tak. Podobnie zresztą nie należy bez zaproszenia wpadać na prywatne spotkanie w miejscu pracy drugiej osoby.

— Wiesz co? Korzystając z tego, że twój szef tak mi się przygląda, powinienem go chyba uprzedzić…

— Że zwołaliście tu dzisiaj większe spotkanie?

— No właśnie.

— Z jego punktu widzenia wygląda to inaczej: ty, obcy człowiek, zaprosiłeś masę innych obcych ludzi na jego teren, do czynnego zakładu przemysłowego, gdzie jest mnóstwo niebezpiecznego sprzętu, i nie raczyłeś go nawet zapytać o zdanie.

— Posłuchaj, Cord, to naprawdę ważne spotkanie i nie potrwa długo. A wy zebraliście się z naszego powodu?

— Taki miał być pierwszy punkt porządku obrad.

— Myślisz, że wasz szef będzie chciał się na mnie rzucić? Bo wiesz, ja trochę znam dron, może nie tak dobrze jak Lio, ale…

— Byłby to raczej niecodzienny sposób załatwienia sprawy. U nas takie rzeczy rozstrzyga się na gruncie prawnym, ale wy macie swoje własne prawa i tutaj jesteście nietykalni. Zresztą wszystko wskazuję na to, że Najwyżsi naciskają na niego, żeby się zgodził. Szef będzie z nimi później negocjował odszkodowanie. Rozmawia również ze swoim ubezpieczycielem, bo chce mieć pewność, że godząc się na wasze spotkanie, nie naruszy warunków polisy.

— No proszę… Ależ wy tu macie skomplikowane życie.

Cord spojrzała w stronę praesidium. Pociągnęła nosem.

— A ty… Dlaczego nie jesteś u siebie?

Zastanowiłem się nad odpowiedzią.

— Moje zniknięcie w Dziesiątą Noc musiało być dla ciebie równie dziwne, jak dla mnie kwestia polisy ubezpieczeniowej twojego szefa.

— Nie da się ukryć.

— To nie była sprawa osobista, zapewniam cię. I bardzo cierpiałem, kto wie, czy nie tak samo jak ty teraz, w tym zamieszaniu.

— To mało prawdopodobne. Dziesięć sekund przed tym, jak weszliście do hali, zostałam wylana z pracy.

— To chyba wysoce irracjonalna reakcja? Nawet według standardów extramuros!

— I tak, i nie. Tak, ponieważ nie powinno się mnie zwalniać za decyzję, którą podjąłeś ty, w dodatku bez mojej wiedzy. Ale pod pewnymi względami nie ma w tym nic niezwykłego, bo ja sama jestem tu dziwadłem: jestem dziewczyną, wykorzystuję maszyny do robienia biżuterii, produkuję części zamienne dla itów i pobieram za nie zapłatę w miodzie.

— Strasznie cię przepraszam…

— Przestań.

— Jeżeli mógłbym ci jakoś pomóc… Może chciałabyś wstąpić do matemu…

— Tego, z którego właśnie cię wyrzucili?

— Chciałem tylko powiedzieć, że jeżeli mógłbym ci to jakoś wynagrodzić…

— Podaruj mi przygodę.

W następnej chwili Cord zdała sobie sprawę, że musiało to dziwnie zabrzmieć, i jej pewność siebie gdzieś się ulotniła.

— Nie chodzi mi o żadną wielką przygodę — zastrzegła się. — Po prostu coś, przy czym wylanie z pracy wydałoby mi się mało ważne. Coś, co mogłabym zapamiętać na starość.

Cofnąłem się pamięcią o pół doby i wszystkie ostatnie wydarzenia stanęły mi przed oczami. Zakręciło mi się w głowie.

— Ras? — spytała zaniepokojona Cord.

— Nie mogę przewidzieć przyszłości, ale opierając się na mojej dotychczasowej wiedzy, mogę ci zaproponować tylko i wyłącznie wielką przygodę.

— To świetnie!

— Przygodę, która może się zakończyć zbiorowym pochówkiem.

To ją trochę zgasiło, ale nie zniechęciła się całkowicie.

— Czego potrzebujecie: środka transportu? Narzędzi? Jakiegoś sprzętu?

— Naszym wrogiem jest obcy statek kosmiczny wyładowany bombami atomowymi — odparłem. — A my mamy kątomierz.

— W porządku. Poszukam w domu, może uda mi się znaleźć linijkę i kawałek sznurka.

— Byłoby świetnie.

— Spotkamy się tutaj w południe. Pod warunkiem, że mnie tu jeszcze wpuszczą.

— Wpuszczą, załatwię to. Cord…?

— Słucham?

— To pewnie nie jest najlepszy moment, ale… chciałbym cię prosić o przysługę.

* * *

Wszedłem w cień dachu nad kanałem, przysiadłem na stosie drewnianych palet, wyjąłem mapomat i zacząłem się uczyć go obsługiwać. Zajęło mi to więcej czasu, niż się spodziewałem — wszystko przez to, że zaprojektowano go z myślą o analfabetach. Nie potrafiłem nawet skorzystać z wyszukiwarki, która nieporadnie i całkiem bez sensu próbowała mi się narzucać z pomocą.

— Gdzie jest Kopiec Bly’a, do licha? — zapytałem Arsibalta.

Zjawił się pół godziny przed południem. Do tego czasu zdążyła już przybyć mniej więcej połowa powołanych i przed wiatą formowała się flotylla aportów i mobów: nie miałem pojęcia, czy zostały ukradzione, wypożyczone, czy może otrzymane w prezencie.

— Przewidziałem to — powiedział Arsibalt.

— Relikwie Bly’a są w Sauncie Edharze — przypomniałem mu.

— Były — poprawił mnie.

— No pięknie! Co ukradłeś?

— Rysunek kopca sprzed tysiąca trzystu lat.

— I notatki kosmograficzne? — spytałem błagalnym tonem.

Ale nie miałem aż tyle szczęścia: na twarzy Arsibalta odmalowało się bezbrzeżne zaciekawienie.

— Po co ci notatki kosmograficzne saunta Bly’a?

— Spodziewam się, że podał w nich długość i szerokość geograficzną miejsca, z którego prowadził obserwacje.

W tym momencie przypomniałem sobie, że i tak nie mamy jak określić swojej długości i szerokości geograficznej. Chyba że udałoby się to jakoś wyczytać z mapomatu.

Arsibalt westchnął.

— Może dobrze się stało z tymi notatkami.

— Jak to?!

— Mamy udać się prosto do Saunta Tredegarha. Kopiec Bly’a nie leży po drodze.

— Ale niedaleko.

— Tylko mi się wydawało, czy przed chwilą powiedziałeś, że nie wiesz, gdzie jest?

— Mam zgrubne pojęcie…

— Nawet nie wiesz, czy Orolo faktycznie tam poszedł. Jak zamierzasz namówić siedemnaścioro deklarantów, żeby wbrew oficjalnym zaleceniom zgodzili się pójść okrężną drogą, bo ty chcesz odszukać człowieka, któremu parę miesięcy temu odśpiewali peanatemę?

— Nie rozumiem cię, Arsibalcie. Po co kradłeś relikwie Bly’a, jeżeli nie zamierzasz szukać Orola?

— Kiedy je kradłem, nie wiedziałem jeszcze, że idziemy na konwoks.

Jego logika wcale nie była dla mnie oczywista.

— Nie wiedziałeś, że wrócimy…

— No właśnie.

— I myślałeś, że kiedy już załatwimy, co mamy do załatwienia, moglibyśmy…

1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)