Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » W słusznej sprawie
W słusznej sprawie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

W słusznej sprawie

Электронная книга - «W słusznej sprawie». Краткое содержание книги:

Miami. Znany reporter Matthew Cowart dostaje list z więzienia stanowego. Robert Fergusson czeka w celi śmierci na wykonanie wyroku, twierdzi jednak, że nie popełnił morderstwa, za które został skazany. Cowart postanawia zająć się tą sprawą. Nie przypuszcza, że jego sensacyjny reportaż uruchomi potężny mechanizm mistyfikacji i zbrodni…
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 146
Перейти на страницу:

Dom otoczony był żółtą policyjną taśmą. Detektyw prześlizgnął się pod nią. Cowart podążył za nim.

– Włazimy – rzekł Brown, wskazując tylne drzwi.

– Są zaplombowane.

– Pieprzę to. – Pojedynczym szarpnięciem otworzył drzwi, zrywając przy okazji żółtą taśmę.

Cowart zawahał się, ale wszedł za nim do środka.

W kuchni czuć jeszcze było zapach śmierci, który zmieszany z gorącem sprawiał wrażenie grobowej duchoty. Widoczne były ślady rutynowych czynności policji: proszek do ukazywania odcisków palców pokrywał stół i krzesła. Zapiski i strzałki wykonane kredą dotyczyły położenia zwłok. Plamy krwi, po pobraniu z nich próbek, pozostały na podłodze. Cowart obserwował Browna, gdy ten wprost chłonął i analizował każdy znak.

Tanny Brown był w trakcie przeglądania swojej wewnętrznej listy dotyczącej postępowania w sytuacjach takich jak ta. Oczami wyobraźni zobaczył najpierw zespół badawczy wytrwale pracujący w tym przesiąkniętym śmiercią miejscu. Ukląkł obok jednej z krwawych plam, która w kontraście z jasnym linoleum była prawie czarna. Wyciągnął rękę i potarł plamę, wyczuwając pod opuszką gładką, łamliwą konsystencję skrzepłej krwi. Podnosząc się wyobraził sobie dwoje starszych ludzi, zakneblowanych i związanych, czekających na śmierć. Zamyślił się przez chwilę. Ileż to razy siadywali na tych krzesłach, by zjeść razem śniadanie czy obiad, porozmawiać o Biblii albo wykonać inne najzwyklejsze pod słońcem czynności. To jest właśnie jedna z okropności zabójstwa: zwykły, monotonny świat, w którym żyje większość ludzi, nagle zamienia się w piekło. Miejsca, które uważają za bezpieczne, w jednej chwili stają się śmiercionośne. Ze wszystkich niebezpieczeństw, na jakie był narażony w czasie wojny, najbardziej nienawidził tych wywołanych przez miny, „Grube Kaśki”, „Urywacze Nóg”. Najgorsze były nie tyle szkody, jakie mogły wyrządzić, ile sposób, w jaki to robiły. Stawiałeś but na ziemi, robiłeś kolejny krok i już po tobie. Jeśli miałeś szczęście, traciłeś tylko stopę. Czy ludzie ci zdawali sobie sprawę, że mieszkają na polu minowym? – zastanawiał się. Odwrócił się do Cowarta. Pomyślał, że przynajmniej on to rozumie. Nawet ziemia potrafi być niebezpieczna.

Brown wyszedł z kuchni zostawiając Cowarta na miejscu zbrodni.

Idąc szybko przez domek, w myślach dokonywał inwentaryzacji istnień, które się tu niedawno dokonały. Miał przed oczami Calhouna, czepiającego się kurczowo Jezusa, czekającego na wezwanie od Śmierci. Myśleli pewnie, że dane im będzie spokojnie i godnie przejść przez starość, gdy tymczasem rzeczywistość okazała się całkiem inna. Zatrzymał się u drzwi małej szafki w sypialni, podziwiając rzędy ustawionych pod linijkę butów i pantofli, jak pułk na defiladzie. Jego ojciec robił to samo; starsi ludzie lubią mieć u siebie porządek. Sterta robótek na drutach, kłębki przędzy, w koszu stojącym w rogu zgromadzono kolekcję długich srebrnych drutów. To go zaintrygowało: Co robiła tymi drutami? Sweter? Dziwne. Dostrzegł parę małych gipsowych figurek na biurku, dwie muchołówki z szeroko otwartymi dziobami, jakby śpiewały. Wy widziałyście, w myślach przemówił do ptaków. Kto tu był? Pokręcił głową ze śmiechu nad tym wszystkim. Jego oczy nie przestawały lustrować pokoju. Raczej mało wygodnego, jak zauważył. Kto was zabił? – zapytał sam siebie. Wrócił do kuchni, gdzie zastał Cowarta gapiącego się na zakrwawioną podłogę. Usłyszawszy Browna odwrócił się.

– Dowiedziałeś się czegoś? – zapytał Cowart. – Tak.

– Czego? – Cowart był zaintrygowany.

– Dowiedziałem się, że chciałbym kiedyś umrzeć w atmosferze prywatności, żeby żadni faceci nie łazili mi po domu i nie wściubiali nosa w moje sprawy – odrzekł Tanny Brown.

Cowart spojrzał na kredowy napis na podłodze. Głosił on: Nocne ubrania.

– Co to jest? – spytał Brown.

– Kobieta była naga. Jej rzeczy zostały starannie złożone, tak jakby miała za chwilę schować je do szafy, a nie zostać zamordowana.

Brown wyprostował się nagle.

– Starannie złożone?

Cowart przytaknął.

Policjant spojrzał na dziennikarza.

– Pamiętasz miejsce, gdzie znaleźliśmy Joanie Shriver?

– Tak.

Cowart przypomniał sobie polanę na obrzeżach bagien. Zdawał sobie sprawę, że zostało mu zadane pytanie, ale nie bardzo wiedział, o co w nim chodzi. W wyobraźni chodził po polanie; odtwarzał sobie w pamięci plamę krwi w miejscu, gdzie dziewczynka została zamordowana, promienie słońca przedzierające się przez sklepienie drzew i gęstwinę krzewów. Zbliżył się do skraju czarnej, nieruchomej powierzchni bagna i zapatrzył się w dół na splątane korzenie, gdzie zostało zatopione ciało Joanie Shriver. Potem powrócił do chwili wydobywania ciała Joanie na brzeg. Na koniec przywołał obraz tego, co znaleźli obok miejsca zbrodni: jej ubranie.

Starannie złożone.

Ten szczegół zajął znaczące miejsce w jego relacji stamtąd, czyniąc ją bardziej realną i autentyczną dla czytelnika gazety. Znaczyło to tyle, że morderca dziewczynki miał dziwne upodobanie do schludności, co czyniło go jeszcze bardziej przerażającym i jednocześnie bardziej realnym.

Zwrócił się do detektywa.

– To nam coś mówi.

Brown, przepełniony nagłą wściekłością, pozwolił jej w sobie nieco poszaleć, zanim ją stłumił.

– Możliwe – zdobył się na odpowiedź. – Chciałbym, żeby to nam coś powiedziało.

Cowart wskazał dom.

– Czy jest jeszcze coś, co sugerowałoby, że…

– Nie. Nie ma nic. Może tylko coś, co mówiłoby, kto został zabity, ale nie kto dokonał tych zabójstw. Poza tym małym szczegółem.

Zanim dokończył, spojrzał na Cowarta.

– Ale ty pewnie nadal chcesz to traktować jako zbieg okoliczności.

Dał krok nad plamami krwi na podłodze i bez oglądania się za siebie wskazał głową drzwi prowadzące na zewnątrz. Wiedział, że słońce oświetlające świat zewnętrzny w jego przypadku niczego nie rozjaśnia.

W milczeniu powrócili do samochodu.

– Masz fachowe zdanie na ten temat? – zapytał Cowart. – Tak.

– Chciałbyś się nim podzielić? Policjant zawahał się przez chwilę.

– Wiesz, Cowart, pojawiasz się w miejscach różnych zbrodni i zawsze możesz wyczuć te wszystkie emocje, jakie tam jeszcze są; tak jak w tym pokoju. Złość, nienawiść, panika, strach, cokolwiek. Wszystkie wiszą w powietrzu jak zapachy. Ale tam, co było tam? Po prostu ktoś wykonujący swoją robotę, tak jak ty czy ja, czy ten listonosz, z którym znalazłeś ciała. Ktokolwiek dostał się tam do środka i zabił tych starych ludzi, znał się na pewno na jednym. Na zabijaniu. Nie był przestraszony. Nie był też chciwy. Jedno miał tylko na uwadze. I właśnie to się wydarzyło, nie sądzisz?

Cowart przytaknął.

Brown podszedł do samochodu od strony kierowcy i otworzył drzwi. Zanim jednak usiadł za kierownicą, spojrzał ponad dachem wozu na Cowarta.

– Czy widziałem w środku coś, co by mi powiedziało, że to Ferguson popełnił tę zbrodnię? – Potrząsnął przecząco głową. -… Tylko ktokolwiek to zrobił, miał czas na staranne złożenie ubrania i wydawał się za pan brat z nożem. A ja znam jednego gościa, który lubi noże.

Wyjechali z Górnego Keys, pozostawiając za sobą okręg Monroe, wjeżdżając z powrotem do Dade, co dało Cowartowi poczucie wchodzenia na znajomy grunt. Minęli wielki znak kierujący turystów do Shark Valley i Parku Narodowego Everglades, cały czas zdążając do Miami, gdy w końcu Brown zaproponował, żeby zatrzymali się i coś zjedli. Zignorował jednak kilka mijanych barów szybkiej obsługi, aż dotarli w rejon Perrine Homestead. Zjechał wtedy z autostrady i skierował się w stronę grupy skromnych uliczek z licznymi wybojami. Cowart przyglądał się mijanym domom: małym, sześciennym, jednostajnie szarym pudełkom mieszkalnym z zazdrostkami w oknach, sprawiających przez to wrażenie pociętych brzytwą. Płaskie dachy, pokryte czerwoną dachówką, przystrojone były wielkimi antenami telewizyjnymi. Wszystkie frontowe trawniki pokrył smugami brązowy pył; tylko gdzieniegdzie ukazywała się naturalna zieleń trawy. Przed kilkunastoma domami stały na wpół rozebrane samochody, a mnóstwo ich części porozrzucanych było za drucianymi siatkami. Te parę bawiących się dzieci, które dostrzegł, było czarnych.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)