Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 95
Перейти на страницу:

Prosty sobie w gruncie rzeczy przyrząd. Coś w rodzaju telefonu.

Roześmiała się.

— Ach, ta prostota fizyków! Mogłabym więc podnieść taki — astrograf? — i porozmawiać z moim synem w Delhi? I z wnuczką, która miała pięć lat, kiedy wyjechałam, a przybyło jej następnych jedenaście w czasie mej podróży z Terry na Urras statkiem poruszającym się z prędkością bliską prędkości światła… Mogłabym się dowiedzieć, co dzieje się w domu teraz, a nie co się zdarzyło jedenaście lat temu. Można by podejmować decyzje, osiągać porozumienia, dzielić się informacjami. Mogłabym rozmawiać z dyplomatami z Chiffewaru, a ty — z fizykami na Hain. Nie trzeba by czekać pokoleń, żeby jakaś myśl przeniosła się ze świata do świata… Wiesz co, Szevek? Wydaje mi się, że ten twój prościutki przyrządzik mógłby odmienić życie miliardów ludzi dziewięciu Znanych Światów.

Przytaknął.

— Umożliwiłby powstanie ligi światów. Zawiązanie federacji.

Dotychczas lata, dekady dzieliły odjazd od przyjazdu, pytanie od odpowiedzi. To tak, jakbyś wynalazł mowę! Możemy rozmawiać — nareszcie będziemy mogli ze sobą rozmawiać.

— I co byś takiego powiedziała?

Gorycz w jego głosie spłoszyła ją. Popatrzyła na niego i milczała.

Pochylił się na fotelu i potarł boleśnie czoło.

— Posłuchaj — rzekł — muszę ci wytłumaczyć, po co do was przybyłem, po co w ogóle przyjechałem na ten świat. Przybyłem tu dla idei. Z powodu idei. Aby się jej uczyć, żeby jej uczyć, by sienią dzielić. Widzisz, my na Anarres odcięliśmy się od pozostałych światów. Nie rozmawiamy z innymi ludźmi, z resztą ludzkości.

Tam nie mógłbym ukończyć mojej pracy. A choćbym i mógł, oni jej nie chcieli, nie widzieli z niej pożytku. Przybyłem więc tutaj.

Tu znajduję to, czego mi potrzeba: rozmowy, dzielenie się przemyśleniami, doświadczenia w Laboratoriach Badań nad Światłem dowodzące czegoś, co nie było ich celem, księgi teorii względności z obcego świata — bodziec, jakiego mi brakowało. Tak więc doprowadziłem wreszcie mą pracę do końca. Nie jest jeszcze spisana, mam już jednak równania, ogólny zarys, jest w gruncie rzeczy gotowa. Ale dla mnie ważne są nie tylko idee w mojej głowie. Moje społeczeństwo to także idea. Ona mnie stworzyła. Idea wolności, przemiany, ludzkiej solidarności, idea wzniosła. Byłem przeraźliwie głupi, ale przecież dostrzegłem wreszcie, że poświęcając się jednej — fizyce — zdradzam drugą. Pozwalam, żeby posiadacze kupili ode mnie prawdę.

— A cóż innego mogłeś zrobić, Szevek?

— Czy naprawdę nie ma alternatywy dla sprzedaży? Czy nie istnieje coś takiego jak dar?

— Owszem…

— Czy nie rozumiesz, że chcę wam ją dać, wam, Hain oraz innym światom, i krajom na Urras też? Ofiarować ją, ale wam wszystkim! By żadne z was nie mogło jej użyć w sposób, w jaki chciała to uczynić A-Io — dla zdobycia władzy nad innymi, dla wzbogacenia się, dla wygrywania wojen. Żebyście nie mogli zrobić z tej prawdy samolubnego użytku, a użyli jej dla dobra wspólnego.

— W końcu prawda zawsze służy wspólnemu dobru — zauważyła Keng.

— W końcu, zgoda, lecz ja nie chcę czekać końca. Mam tylko I jedno życie i nie myślę poświęcać go zachłanności, spekulacji i kłamstwu. Nie zamierzam służyć żadnemu panu.

Spokój Keng był już znacznie bardziej wymuszony i narzucony sobie niż na początku ich rozmowy. Siła osobowości Szeveka, nie mitygowanej kalkulacją ani względem na samego siebie, była przemożna. Wstrząsnął nią ten człowiek, wpatrywała się weń ze współczuciem i nieomal zgrozą.

— Jakie ono jest — odezwała się — jakie też może być to społeczeństwo, które cię wydało? Słuchałam, kiedy mówiłeś o Anarres tam na placu, i płakałam, lecz tak naprawdę nie wierzyłam ci. Ludzie zawsze tak mówią o domu, o dalekiej ojczyźnie… Ale ty nie jesteś taki jak inni. Ty się różnisz.

— Odróżnia mnie idea — przyznał. — Również i dla niej tu przybyłem. Dla tej idei — Anarres. Skoro mój naród odmawia wyjrzenia za własne opłotki, pomyślałem, że mógłbym nakłonić innych, żeby zainteresowali się nami. Pomyślałem sobie, że zamiast trzymać się na uboczu, za murem, byłoby lepiej stać się społeczeństwem jak inne społeczeństwa, światem jak inne światy, takim, który daje i bierze. Lecz tu się myliłem, myliłem się gruntownie.

— Czemuż to? Z pewnością…

— Bo tu na Urras nie ma nic, ale to nic takiego, czego my, Anarresyjczycy, byśmy potrzebowali! Sto siedemdziesiąt lat temu odeszliśmy stąd z pustymi rękami — i dobrześmy zrobili. Nie wzięliśmy ze sobą nic. Bo też nie ma tu nic godziwego — są tylko państwa z ich arsenałami, bogacze z ich kłamstwami i biedacy z ich nędzą.

Na Urras nie można działać uczciwie, z czystym sumieniem. Nie możesz uczynić nic, żeby się w to nie wmieszał zysk, strach przed stratą, pragnienie władzy. Nie możesz powiedzieć nikomu dzień dobry, nie ustaliwszy, kto z was dwóch stoi wyżej, albo nie próbując swojej wyższości dokazać. Nie możesz odnosić się do innych jak brat, musisz nimi manipulować, rozkazywać im, słuchać ich albo ich oszukiwać. Nie możesz dotknąć drugiego człowieka, bo nie zostawią cię w spokoju. Tu nie ma wolności. To jest pudełko — Urras jest pudełkiem, paczką w pięknym opakowaniu z błękitnego nieba, łąk, lasów i wielkich miast. Otwierasz to pudełko i co znajdujesz w środku? Czarną, zakurzoną piwnicę i trupa. Trupa człowieka, któremu odstrzelili rękę, bo ją wyciągnął do innych. Zobaczyłem wreszcie piekło. Desar miał rację — to Urras, piekło to Urras.

Mimo wzburzenia przemawiał z prostotą, niemal z pokorą, zaś ambasador Terry przyglądała mu się z ostrożnym, pełnym jednak sympatii zdumieniem, jak gdyby nie wiedziała, jak tę prostotę traktować.

— Jesteśmy tu oboje obcy, Szevek — odezwała się w końcu. — Ja pochodzę ze świata znacznie bardziej odległego, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Zaczyna mi się jednak wydawać, że jestem na Urras nie aż tak obca jak ty… Pozwól, że ci powiem, jak moim oczom przedstawia się ta planeta. Dla mnie — i dla wszystkich moich ziomków z Terry, którzy ją widzieli — Urras jest najżyczliwszym, najróżnorodniejszym i najpiękniejszym ze wszystkich zamieszkanych światów. Spośród nich wszystkich najbardziej podobnym do raju.

Przyglądała mu się ze spokojem i uwagą, on zaś milczał.

— Wiem, że to świat pełen zła, niesprawiedliwości, skąpstwa, głupoty i marnotrawstwa. Ale jest też na nim dobroć, piękno; jest światem żywotnym, ma osiągnięcia. Jest taki, jaki świat być powinien! Żywy, szalenie żywy — ożywiony, mimo całego zła, nadzieją.

Zgodzisz się ze mną?

Skinął głową.

— A teraz, przybyszu że świata, którego nawet wyobrazić sobie nie potrafię, ty, który uważasz mój raj za piekło, nie zapytasz, jak wygląda mój świat?

Wpatrywał się w nią w milczeniu nieruchomym spojrzeniem jasnych oczu.

— Mój świat, moja Ziemia, jest ruiną. Zrujnował ją człowiek.

Rozmnażaliśmy się, objadaliśmy się, toczyliśmy wojny, pókiśmy wszystkiego nie zniszczyli, po czym wymarliśmy. Nie panowaliśmy ani nad apetytem, ani nad przemocą; nie przystosowywaliśmy się. Zniszczyliśmy samych siebie. Ale najpierw zniszczyliśmy nasz świat. Na mojej Ziemi nie ma już lasów. Powietrze jest szare, niebo jest szare, panuje wieczny upał. Można na niej żyć — wciąż jeszcze — ale nie tak jak na tym świecie. To jest świat żywy, świat harmonii, podczas gdy mój jest zgrzytem. Wy, odonianie, wybraliście pustynię; my, Terranie, stworzyliśmy ją… Wegetujemy tam, podobnie jak wy u siebie. Człowiek potrafi wiele wytrzymać! Jest nas obecnie niecałe pół miliarda. Kiedyś” liczyliśmy dziewięć miliardów. Stoją jeszcze dawne miasta. Kości i cegły obracają się w proch, kawałki plastiku — nie; one też się nigdy nie przystosowują. Ponieśliśmy klęskę jako gatunek, jako gatunek społeczny. Jesteśmy tu obecnie, kontaktujemy się z innymi społeczeństwami z innych światów jak równi z równymi wyłącznie dzięki łasce Haików. Zjawili się pewnego dnia i pomogli nam. Zbudowali statki i ofiarowali je nam, byśmy mogli opuścić nasz zrujnowany świat.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)