Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Альтернативная история » Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]
Na zachód od Edenu [West of Eden - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]

Электронная книга - «Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]». Краткое содержание книги:

Epoka lodowcowa. Zmieniający się gwałtownie klimat zmusza ludzi i dinozaury do migracji. Gatunki, które do tej pory nie wiedziały o swoim istnieniu, stają nagle oko w oko. I zaczynają krwawą wojnę...
Porwany w dzieciństwie Kerrick dorasta wśród gadów, powoli zapominając o swoim pochodzeniu. Ale nadchodzi dzień, gdy uświadamia sobie, że jest człowiekiem. I musi wrócić wśród ludzi — łowców dinozaurów...
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 117
Перейти на страницу:

— Nie jestem pewien — powiedział. — Pod szczytem wzgórza jest występ skały, pod nim leży głęboki cień. Może tam kryć się zwierzę.

— Wystawimy dziś w nocy dodatkowe straże — postanowił Herilak. — To nowy kraj. Na tych wzgórzach może być wszystko. Nawet murgu.

W nocy nie było alarmu. Przed świtem Herilak obudził Kerricka, dołączył do nich Munan. Poprzedniego wieczoru ułożyli plan. Idąc różnymi drogami, cicho jak cienie, zbliżyli się do skalnej półki z obu stron i od dołu. Gdy wstało słońce, znaleźli się na wy b ranch pozycjach.

Gdy Herilak zawołał głosem ptaka, ruszyli do przodu. Spotkali się przed półką z przygotowaną bronią, lecz niczego tam nie zastali. Były jednak ślady.

— Trawa jest przygnieciona — wskazał Kerrick — a tu złamana. Coś nas obserwowało.

— Rozproszyć się. Szukać tropów — powiedział Herilak. Munan znalazł ślad.

— Tu, na piasku. Odcisk stopy.

Nachylili się, przypatrując w ciszy, bo nie sposób było nie poznać, jakie to stworzenie go zostawiło.

— Tanu — oznajmił Herilak, wstając i patrząc na północ. — Czy ciemni Tanu mogli przyjść tu za nami?

— Nie byłoby to łatwe — stwierdził Kerrick. — Aby to zrobić, musieliby wyminąć nas szerokim kołem, zajść od przodu. To ślad innych Tanu. Jestem tego pewien.

— Tanu z tyłu, Tanu z przodu — Herilak wyrzucił z siebie. — Czy zamiast polować, nie będziemy musieli walczyć?

— Ten Tanu nie walczył — jedynie obserwował — powiedział Kerrick. — Tanu nie zawsze zabija Tanu. Zaczęło się to dopiero od mroźnych zim. Tu, daleko na południu, zimy nie są takie ostre.

— Co zrobimy? — spytał Munan.

— Wyśledzimy ich także, spróbujemy pogadać — powiedział Kerrick. — Może się nas boją.

— Ja boję się ich — stwierdził Munan. — Boję się dostać włócznią w plecy.

— No, to boimy się siebie nawzajem — odparł Kerrick. — Dopóki idziemy razem, mając tyle włóczni i łuków, ci nowi Tanu mogą być zbyt przestraszeni, by podejść bliżej. Jeśli pójdę sam, zabierając tylko włócznię, może się z nimi spotkam.

— To niebezpieczne — powiedział Herilak.

— Wszystko w życiu jest niebezpieczne. Tam są Tanu, macie przed sobą ich ślad. Jeśli nie spróbujemy porozumieć się z nimi pokojowo, będziemy mogli zrobić tylko jedno. Chcecie tego?

— Nie — oznajmił Herilak. — I bez zabijania się nawzajem jest dość śmierci. Zostaniemy dzisiaj w tym obozie. Daj łuk i strzały. Nie wypuszczaj się za daleko w te wzgórza. Jeśli do południa nikogo nie spotkasz, wracaj. Czy to jasne?

Kerrick przytaknął, oddając broń w milczeniu. Odczekał następnie, dopóki obaj łowcy nie zeszli ze wzgórza w stronę namiotów. Wtedy odwrócił się i zaczął powoli wspinać się po zboczu.

Były tam skały i kamienista gleba, tak iż nie znalazł innych śladów stóp — ani żadnego tropu, którym mógł podążać. Kerrick wspiął się na następny grzbiet i spojrzał na leżące daleko w dole namioty. To dobre miejsce do czekania. Było otwarte, nikt nie mógł go niepostrzeżenie zajść z tyłu. A jeśli będzie musiał uciekać, to wiedział którędy. Usiadł zwrócony twarzą do doliny, trzymając włócznię na kolanach. Patrzył czujnie.

Nagie wzgórza stały cicho, nic się na nich nie poruszało. Obserwował jedynie ruch mrówek na piasku. Mozoliły się z martwym chrząszczem, znacznie od nich większym, próbowały go zanieść do mrowiska. Kerrick obserwował mrówki, rozglądając się zarazem spod oka.

Zaswędziała go skóra na karku, dotknął jej ręką, lecz nic nie znalazł. Czuł coś jednak w dalszym ciągu. Przypomniał sobie opowiadania Munana. Jest obserwowany.

Wstał powoli i obejrzał się, przypatrując się trawiastemu stokowi wzgórza i kępie drzew. Nikogo nie zauważył. Z boku rosło trochę krzaków, były jednak rzadkie, nie dawały schronienia. Jeśli ktoś go obserwował, to jedynie spoza drzew. Przyglądał się im z niepokojem, lecz nic się nie poruszyło. Jeśli ukryty obserwator bał się go, to Kerrick sam musiał przejąć inicjatywę. Dopiero gdy zaczął odkładać włócznię, stwierdził, że ściskał ją kurczowo za drzewce. To jego jedyna obrona. Nie chciał jej tracić. Musiał jednak ją odłożyć, jeśli niewidoczny obserwator — czy obserwatorzy — ma uwierzyć, że przychodzi bez wrogich zamiarów. Zmusił się, by odrzucić broń na bok. Pod drzewami nadal nie było najmniejszego ruchu.

Kerrick wysunął jedną nogę naprzód, potem drugą. Miał sucho w gardle, czuł w uszach rosnące ciśnienie, słyszał głośne bicie swego serca, gdy zbliżał się powoli do drzew. Zatrzymał się na długi rzut włóczni. Nie potrafił się zmusić, by podejść bliżej. Dość. Teraz pora na ruch kryjących się w lesie. Powoli uniósł dłoń, wnętrzem naprzód i zawołał:

— Nie mam broni. Przychodzę w pokoju.

Nadal nie było odpowiedzi. Ale czy nie poruszyło się coś w cieniu pod drzewami? Nie był pewien. Odstąpił o krok i zawołał znów.

Ruch w mroku. Zarys sylwetki. Ktoś tam stał. Kerrick cofnął się jeszcze o krok, a nieznana postać wyszła ku niemu, znalazła się na słońcu.

Pierwszym odczuciem Kerricka był strach. Cofnął się nagle, lecz zdołał się opanować, by nie uciec.

Łowca miał czarne włosy i ciemną skórę, nie nosił brody. Jego dłonie były jednak równie puste jak Kerricka. Nie okrywał się też skórą, jak łowca z pogórza. Miał na głowie coś białego, równie białą skórę wokół bioder. Nie szarobiałą, lecz czystą jak śnieg.

— Porozmawiajmy — zawołał Kerrick, robiąc powolny krok naprzód.

Tamten obrócił się i omal nie cofnął do kryjówki wśród drzew. Ujrzawszy to, Kerrick stanął. Drugi łowca wziął się w garść, lecz nawet z tej odległości Kerrick widział, że drży ze strachu. Kerrick, gdy to zrozumiał, usiadł powoli na trawie, nadal unosząc dłonie w pokojowym geście.

— Nie skrzywdzę cię — zawołał. — Chodź, usiądź, pogadamy.

Powiedziawszy to, Kerrick zamarł. Gdy zdrętwiały mu ręce, opuścił je i położył dłonie na udach. Mruczał do siebie, patrzył w niebo, potem po pustych stokach, nie wykonując gwałtownych ruchów, które mogłyby spłoszyć obcego.

Tamten zrobił niepewny krok naprzód, jeszcze jeden. Kerrick uśmiechnął się i kiwnął głową, nie zdejmując rąk z kolan. Obcy podchodził, stawiając po jednym chwiejnym kroku co jakiś czas, póki nie znalazł się dość blisko. Wtedy opadł na ziemię, usiadł jak Kerrick ze skrzyżowanymi nogami, patrząc nań szerokimi, przerażonymi oczyma. Kerrick dostrzegł teraz, że tamten nie jest młody. Miał pomarszczoną skórę, a czarne włosy przetykała siwizna. Kerrick uśmiechnął się, nadal nie wykonując żadnego ruchu. Usta obcego otworzyły się, widać było drgające gardło, lecz rozległ się tylko chrapliwy dźwięk. Przełknął ślinę i zdołał w końcu przemówić. Z trudem wymawiał słowa.

Kerrick nic nie rozumiał. Uśmiechnął się i kiwnął głową, by uspokoić tamtego, mówiącego ciche, syczące słowa. Obcy potem urwał nagle, pochylił się i opuścił głowę.

Kerrick zmieszał się. Poczekał, aż łowca uniesie głowę i dopiero wtedy się odezwał.

— Nie rozumiem cię. Czy wiesz, co mówię? Czy chcesz poznać me imię? — Wskazał na swą pierś. — Kerrick, Kerrick.

Nie było odpowiedzi. Tamten siedział tylko i patrzył z otwartymi szeroko ustami. Okrągłe oczy bielały wyraźnie na tle ciemnej skóry. Gdy Kerrick skończył, znów kiwnął głową. Powiedział coś jeszcze, wstał i odszedł do drzew. Z cienia wystąpił inny łowca i coś mu podał. Z tyłu Kerrick dostrzegł dalszych, ustawił więc tak nogi, by móc w każdej chwili wstać i uciec. Odprężył się trochę, gdy żaden z nich nie podszedł bliżej. Patrzył nadal uważnie na drzewa, gdy powracał pierwszy obcy. Inni pozostali na swych miejscach.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)