Małe, duże [Little, big - pl]
- Автор: Краули Джон
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-024-8
- Переводчик: Beata Horosiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Małe, duże [Little, big - pl]». Краткое содержание книги:
Aby przywrócić równowagę światu bohaterowie powieści podejmują próbę ponownego zawiązania tej więzi.
Jego gospodarz! Jego kuzyn! Tak stary, że mógłby być jego ojcem. I chociaż zazwyczaj Auberon nie potrafi sobie wyobrazić, co czują inni ludzie, teraz uświadomił sobie, co musi odczuwać jego kuzyn, i to z taką ostrością, jakby znalazł się w jego skórze.
— Wyszła. Nie wiem dokąd.
— Ach tak? To jej rzeczy. — Postawił na podłodze plastikowe torby i zsunął z głowy kapelusz. Jego siwe włosy były nastroszone.
— Zostało tego jeszcze trochę. Może sobie odebrać. No to mam to z głowy. — Rzucił futro na krzesło obite aksamitem. — Nie przejmuj się. To nie ma nic wspólnego ze mną.
Auberon uświadomił sobie, że stoi sztywno w rogu pokoju, twarz ma napiętą i nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaka mina pasuje do tej sytuacji. Chciał tylko powiedzieć George’owi, że jest mu przykro, ale miał dość pomyślunku, żeby pojąć, iż nic nie byłoby bardziej obraźliwe. A poza tym wcale nie było mu przykro.
— Niezła z niej dziewczyna — powiedział George, rozglądając się (majtki Sylvie wisiały na kuchennym krześle, jej mazidła i szczoteczka do zębów stały na zlewie). — Niezła dziewczyna. Mam nadzieję, że wam dobrze. — Ścisnął ramię Auberona i uszczypnął go mocno w policzek. — Ty sukinsynu! — Uśmiechał się, ale w jego oczach pojawił się błysk szaleństwa.
— Uważa, że jesteś wspaniały — powiedział Auberon.
— To fakt.
— Powiedziała, że nie wie, co by zrobiła bez ciebie. Gdybyś jej nie pozwolił tu zostać.
— Tak. Też mi to mówiła.
— Myśli o tobie jak o ojcu. Tylko że lepiej.
— Jak o ojcu, hę? — George przeszywał go na wskroś czarnymi oczami i nie odwracając spojrzenia, znowu zaczął się śmiać. — Jak o ojcu. — Śmiał się coraz głośniej, wybuchając niepohamowanymi salwami.
— Z czego się śmiejesz? — zapytał Auberon, nie wiedząc, czy ma się przyłączyć, czy też to on jest obiektem wesołości George’a.
— Z czego? — George śmiał się coraz głośniej. — Z czego? A co, do diabła, mam robić? Płakać? — Odrzucił głowę, ukazując białe zęby, i ryknął śmiechem. Auberon nie mógł się powstrzymać i ostrożnie przyłączył się do kuzyna, ale wtedy śmiech George’a umilkł. Przeszedł w chichot i gasł małymi falami. — Jak o ojcu, ha. To świetne. Dobre sobie. — Podszedł do okna i wyjrzał na stalowy dzień. Ostatni chichot zamilkł. Złożył dłonie na plecach i westchnął. — To kapitalna dziewczyna. Za wiele dla takiego starego pierdziela jak ja. — Spojrzał przez ramię na Auberona. — Wiesz, że ma przeznaczenie?
— Tak mówi.
— Tak. — Zamykał i otwierał dłonie na plecach. — Wygląda na to, że mnie w nim nie ma. I dobrze, bo jest w nim brat z nożem i babcia, i stuknięta matka… I jakieś dzieci. — Milczał przez chwilę. Auberon miał ochotę zapłakać nad nim. — Stary George — powiedział George. — Zawsze zostaje z dziećmi. Proszę, George, zrób coś z tym. Wysadź to, wyrzuć. — Znowu się roześmiał. — I czy ktoś to docenia? Jak cholera. Ty sukinsynu, wysadziłeś moje dziecko.
O czym on mówił? Czy ze smutku popadł w obłęd? Czy utrata Sylvie może być taka straszna? Jeszcze tydzień temu taka myśl nie przyszłaby mu do głowy. Przejął go nagły chłód, gdy przypomniał sobie, że kiedy ciotka Cloud stawiała mu ostatnim razem karty, wywróżyła, iż na jego drodze stanie ciemnoskóra dziewczyna, która pokocha go nie dla jego zalet i porzuci, ale nie z jego winy. Wówczas to zlekceważył, ponieważ lekceważył wszystko, co miało związek z Edgewood, z jego wróżbami i tajemnicami. Teraz ze strachem odsunął od siebie tę myśl.
— No cóż, wiedz, jak jest — powiedział George. Wyciągnął z kieszeni mały kołonotatnik i zajrzał do niego. — W tym tygodniu na ciebie wypada dojenie. W porządku?
— W porządku.
— Dobra — odłożył notes. — Słuchaj, udzielić ci rady?
Auberon nie chciał słuchać rad, tak samo jak wróżb. Stał i czekał. George popatrzył na niego uważnie, a potem rozejrzał się po pokoju.
— Urządź to miejsce — powiedział i mrugnął do Auberona. — Lubi, jak jest ładnie, wiesz? Ładnie. — Znowu zaczął wzbierać w nim śmiech, który gulgotał w głębi gardła, kiedy wręczał Auberonowi garść biżuterii wyjętej z jednej kieszeni i garść drobnych z drugiej. — I dbaj o czystość — dodał. — Ona uważa, że my, biali, jesteśmy na ogół niechlujni. — Skierował się do drzwi. — Dość mądremu po słowie — powiedział i wyszedł chichocząc. Auberon stał, trzymając biżuterię w jednej dłoni, a drobne w drugiej, i słyszał, jak w korytarzu Sylvie, idąc na górę, mija George’a. Słyszał, jak wymieniają żarciki i pocałunki.
IV