Wojna Honor [War of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-622-8
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna Honor [War of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Jego słowa, a bardziej ton, spowodowały, że pozostali natychmiast także na nią spojrzeli. Foraker zrobiła to akurat w momencie, gdy liczba wrogich kutrów podwoiła się, a zaraz potem ponownie się podwoiła, gdy uaktywnione zostały sondy i boje pozorujące cele.
— Dokładnie jak w rozkładzie jazdy — mruknął Clapp, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że powiedział to głośno.
Shannon uśmiechnęła się w duchu, rozpoznając zachowanie jeszcze nie tak dawno typowe dla niej samej.
Mitchell Clapp miał za sobą bowiem zdecydowanie nietypową karierę. W przeciwieństwie do większości oficerów aspirujących do samodzielnego dowództwa nie był ani taktykiem, ani inżynierem, lecz specjalistą od małych jednostek. Zdobył nawet rozgłos jako jeden z najlepszych pilotów oblatywaczy pinas i promów, w których modernizacji także aktywnie uczestniczył. To, czego dokonał, było istotne, ale niedoceniane, bo nikt nie zwracał uwagi na tak „nieistotne” okręciki jak pinasy czy kutry. Dlatego w chwili śmierci Saint-Justa Clapp nadal był porucznikiem.
— Teraz! — szepnął i w holoprojekcji pojawiła się chmura zielonych punkcików, które oddzieliły się od symboli przedstawiających republikańskie kutry i pomknęły ku wrogim.
Foraker wstrzymała odruchowo oddech, czekając na to, co nastąpi. Piloci RMN powinni uznać tę salwę za przejaw paniki, bo żadna głowica rakiety wystrzelonej przez kuter nie mogła mieć na tyle czułych sensorów i pojemnego komputera, by przebić się przez zagłuszanie i rozróżnić prawdziwy cel od pozorowanego. Na ich spotkanie poleciały roje antyrakiet, ale było ich mniej, niż wystrzeliłyby okręty liniowe. Najwyraźniej oficerowie taktyczni oszczędzali antyrakiety, których kutry miały ograniczoną liczbę, by użyć ich przeciwko groźniejszym celom — wiedzieli, że te rakiety nie mogą wyrządzić im krzywdy, gdyż nie zdołają dolecieć do kutrów, mając paliwo, a balistyczny pocisk był łatwy do ominięcia.
Jeśli chodziło o zapasy paliwa, mieli rację — skończyło się, gdy rakiety były oddalone od prowadzących kutrów o około czterdzieści tysięcy kilometrów. Jeśli zaś chodziło o możliwości zaszkodzenia, mylili się, nie zostały bowiem wyposażone w głowice laserowe. Ani też w standardowe głowice nuklearne. Nie miały też głowic do wojny radioelektronicznej, gdyż Republika pozostawała pod tym względem o całe dziesięciolecia za Królestwem Manticore i nie posiadała niczego skutecznego i na tyle małego, by nadawało się dla rakiety. Rakiety, które detonowały prawie czterdzieści tysięcy kilometrów od kutrów Royal Manticoran Navy, były w całości efektem doktryny wymyślonej przez Mitchella Clappa, który ponad dwa standardowe lata temu doszedł do wniosku, że skoro nie da się dorównać przewadze technicznej przeciwnika, należy go jej pozbawić. Do tego miały służyć najbrudniejsze, czyli dające najwięcej promieniowania głowice nuklearne, jakie on i jego ludzie zdołali wymyślić. Ich celem bowiem nie było niszczenie wrogich kutrów, lecz pozbawienie ich systemów wojny radioelektronicznej. Holoprojekcja taktyczna pokazywała, że robią to skutecznie.
Na podobnym pomyśle zresztą oparty był projekt całej klasy Cimeterre oraz jej uzbrojenia. Na podejście Clappa z pewnością wpływ miały doświadczenia w projektowaniu pinas i promów, które musiały przetrwać w środowisku o wysokim stopniu zagrożenia i ciasnoty, a w takim standardowo operowały. A być może był zwolennikiem zasady, że wszystko można zepsuć odpowiednio ciężkim młotkiem. Był też przyzwyczajony do tego, że niewielkie pojazdy ponoszą straty przy każdym zadaniu i tego się nie uniknie, obojętne jak by ich nie zabezpieczać i jakiej doktryny by nie wymyślać.
Na szczęście kutry były tanie, szybkie w budowie i miały małe załogi, toteż nawet wysokie procentowo straty były akceptowalne, dopóki wykonywały zadanie.
To samo w jego opinii dotyczyło kutrów, ale ponieważ te nie operowały w atmosferze i przeciwko celom naziemnym, nikt tak do tego nie podchodził. Wszyscy traktowali je jak miniaturowe, ale jednak okręty, i próbowali wyposażyć we wszystko, co okręt powinien mieć. Clapp zaczął projektowanie od czystej kartki papieru i odwrócił zasadę — zamiast opracować okręt w miniaturze, zaprojektował pinasę-olbrzyma. I pozbawił ją przy tej okazji absolutnie wszystkiego, co nie było niezbędne do walki. Okazało się, że w ten sposób miał do dyspozycji zaskakującą ilość miejsca i masy.
Jego system podtrzymywania życia miał działać dziewięćdziesiąt sześć godzin standardowych, a nie parę tygodni jak dotychczasowe. Wyeliminował całe uzbrojenie energetyczne poza zestawem sprzężonych działek obrony antyrakietowej. Ponieważ wywiad nadal nie miał pojęcia, jakiego źródła energii używały kutry RMN, a oczywiste było, że graser i nowa generacja systemów EW i ECM potrzebowały olbrzymich ilości energii, zrezygnował z nich oraz z połowy potrójnych systemów kontrolnych. Sprawdzały się na dużych okrętach, zwiększając ich odporność na zniszczenia, ale w przypadku kutrów były marnotrawstwem miejsca i wagi, bo do zniszczenia kutra z zasady starczało jedno trafienie. W efekcie uzyskał maszynę o parametrach zbliżonych do tych używanych przez Królewską Marynarkę. Co prawda miała mniejsze przyspieszenie z uwagi na gorszy kompensator bezwładnościowy, ale za to była nieco zwrotniejsza.
Uzbrojenie zaś składało się wyłącznie z rakiet. Dzięki przemytowi z Ligi Solarnej i pomysłowości innych podkomendnych Shannon Clapp opracował rakietę, która choć nie dorównywała tym, w które uzbrojone były kutry przeciwnika, była nieporównanie lepsza od wszystkiego, czym dotąd dysponowały kutry Ludowej Marynarki. Rozwijała podobne przyspieszenie i miała podobny zasięg przy nieco tylko większych gabarytach. Naturalnie o ile informacje wywiadu dotyczące osiągów rakiet RMN były zgodne z prawdą.
Rakiety te nie posiadały nowoczesnych systemów wyszukiwania celów i innych elektronicznych cudów, ale w sumie Clapp uzyskał kuter o prawie równych osiągach co maszyna przeciwnika, uzbrojony w broń o prawie tym samym zasięgu, i to w zaskakującej liczbie. No i naturalnie wystrzeliwane z rewolwerowej wyrzutni.
Teraz rakiety udowodniły swoją wartość — brutalny front plazmy i radiacji trafił w nadlatujące kutry i wyrwał termonuklearną dziurę w elektronicznej tarczy chroniącej maszyny Królewskiej Marynarki. A w powstałą lukę wpadły rakiety drugiej salwy, które detonowały dziesięć tysięcy kilometrów bliżej kutrów, powiększając i pogłębiając wyłom. Trzecia salwa detonowała dziesięć tysięcy kilometrów od samych kutrów.
Już pierwsza salwa miała straszliwy skutek, bo od stuleci nikt nie używał tak brutalnych metod do oczyszczania sobie drogi przez zagłuszanie i pozorowane cele. Nawet ponowne pojawienie się zasobników holowanych nie skłoniło nikogo do tego, bo były one bardzo łatwe do zniszczenia. To założenie było skuteczne przy odległościach, na jakie toczyły starcia pełnowymiarowe okręty dysponujące wielkimi ekranami blokującymi każde promieniowanie. Jeśli zaś wzięło się pod uwagę, na jak bliskich dystansach walczyły kutry, otrzymywało się inny obraz — potrzebna była broń nie snajperska, ale skuteczna w zwarciu wręcz na noże, czyli młotek lub maczuga.
Połączony efekt potrójnej fali nie tylko zniszczył większość sond i boi, a poważnie zmniejszył skuteczność tych, które ocalały, a także oślepił pokładowe systemy kierowania ogniem i sensory. Jak cała elektronika każdego okrętu były one ekranowane przed skutkami impulsu elektromagnetycznego, toteż nie uległy zniszczeniu, ale skutek był taki, jakby nagle otrzymały odczyt z samego serca gwiazdy i przez parę sakund były ślepe i ogłupione mocą sygnału, jaki dała równoczesna detonacja tak wielu silnych głowic w niewielkiej przestrzeni.