Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Spektrum: każdy myśliwy pragnie wiedzieć
Spektrum: każdy myśliwy pragnie wiedzieć - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Spektrum: każdy myśliwy pragnie wiedzieć

Электронная книга - «Spektrum: każdy myśliwy pragnie wiedzieć». Краткое содержание книги:

Siergiej Łukjanienko – rosyjski kultowy autor powieści fantasy i science fiction. Najlepiej sprzedający się pisarz w Rosji. Łączne nakłady jego książek już dawno przekroczyły milion egzemplarzy. Laureat licznych nagród, jego książki przetłumaczono na wiele języków. Nocny patrol (również wydany przez naszą oficynę) został już sfilmowany, kilka innych tytułów także zostanie przeniesionych na ekran.
Irina westchnęła. Uśmiechnęła się lekko, patrząc na Martina, i w jej spojrzeniu Martin dostrzegł znacznie więcej zrozumienia sytuacji, niż można by się spodziewać po nastolatce. Powiedziała:
– Ja…
I wtedy w kanale obok plusnęła woda. Martin odwrócił się i zobaczył wynurzonego do połowy fokoida. Czarna mokra skóra zalśniła w słońcu. Gwałtowny wymach silnej płetwy, coś małego świsnęło w powietrzu…
Irina Połuszkina drgnęła, wyprężyła się jak od uderzenia prądem i umilkła. Z otwartych ust popłynął cienki strumyczek krwi, dziewczyna, nadal wyprostowana, upadła na wznak. Martin drgnął, widząc zakrwawiony grot, wbity w jej szyję (…)
(…)
Nie śpię – odezwała się zza zasłony Irina.
A gdy wszedł, dodała:
– Czekałam na ciebie.
Dziewczyna siedziała na materacu, zawinięta w kołdrę. (…) patrzyła na niego bez słowa i Martin nagle zrozumiał, że pod kołdrą dziewczyna jest zupełnie naga. (…) Kołdra zsunęła się i przez kilka chwil Martina prześladowało natrętne wspomnienie pierwszej Iriny Połuszkinej – nagiego ciała zanurzającego się w wody kanału, i obraz czwartej Iriny – klęczącej nago przed kapłanami TajGeddara…
Ale to ciało było żywe i pragnęło życia – nie mniej niż Martin.
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 131
Перейти на страницу:

– Dlaczego zaraz Bóg? – Irina również podniosła głos. I skromnie dodała: – Ja w ogóle nie jestem przekonana, czy on istnieje, a przecież sprawdzałam… Ale najważniejsze jest to, że sieć transportowa została zniszczona, a ludzkość cofnięta do poziomu barbarzyńców! A kto to zrobił – Bóg, budowniczy sieci czy ich wrogowie – to już nieistotne. Chodzi o to, że wszystko może się powtórzyć. I ktoś znacznie silniejszy od kluczników może zadać cios tym wszystkim planetom, które ponownie włączono do sieci…

– Ale… – Martin zawahał się. W słowach Iriny coś było… – Ale w takim razie, jak my możemy zmienić sytuację? Sama powiedziałaś, że klucznicy nie pytali nikogo o pozwolenie. I żadne groźby nie zrobią na nich wrażenia. Twoi jednokomórkowi przyjaciele nie powinni liczyć na szantaż.

– Nie chcesz dowiedzieć się prawdy? – spytała Irina.

– Ja? – wzburzony Martin pokręcił głową. – Czego jeszcze każesz mi się dowiadywać? Ile pieniędzy mają oligarchowie na swoich kontach, z kim śpią członkowie rządu, kto zabił Kennedyego i kto tak naprawdę wydał rozkaz ataku na WTC? Zapłata za abstrakcyjną ciekawość jest aż nazbyt konkretna!

– Tchórzysz? – zdumiała się Irina.

Martin żachnął się.

Nigdy nie czuł się tchórzem i nigdy nie zrobił nic, co dawałoby powód do wygłaszania podobnych zarzutów. Wprawdzie nie pchał się specjalnie pod kule, nie ryzykował bez potrzeby, ale…

– Po co? – wykrzyknął. – Po co ci ta wiedza, skoro nie możemy nic zmienić?

W spojrzeniu Iriny mignął żal.

– To dlaczego mnie szukałeś?

– Chciałem ci pomóc… uratować cię – Martin zaśmiał się niezręcznie. – Załóżmy, że mi się spodobałaś.

– To wszystko?

– Nie, doskwierała mi abstrakcyjna ciekawość, gdzie jesteś i co robisz!

Irina stropiła się. Dla niej świat był młody i jasny, czyny nie wymagały motywacji, a głupstwa – usprawiedliwień.

– Szkoda – westchnęła. – Przepraszam… pana. Niepotrzebnie ściągnęłam pana na Bezzar.

– Ira, chcę, żebyś wróciła na Ziemię – powiedział Martin.

– W końcu wrócę – odparła Irina. – A teraz… Wybacz, ale rano wyruszamy na planetę kluczników.

Wieczorem, gdy błękitne słońce zsunęło się nad horyzont, Martin siedział przed wejściem do drewnianej piramidy, w której on i Irina mieli nocować. Nieruchome fale, prześwietlone promieniami słońca wyglądały jak ekran, prezentujący widmowy film z życia Bezzaru. W niebieskiej substancji przesuwały się niejasne cienie – teraz, pod słońce, można było dostrzec kłębki macek. Dzika zwierzyna? Zwierzęta domowe? Stada bydła? Ryby? Wszystko jedno, tak czy inaczej były to stworzenia jednokomórkowe. Tuż przy dnie stały drzewa-pogrzebane pod warstwą substancji, ale zdumiewająco podobne do ziemskich. Między gałęziami kręciły się drobne bakterie… czyżby się pasły?

Martin melancholijnie popijał koniak – na dnie butelki zostało już tylko kilka łyków – i przypominał sobie przeczytaną w dzieciństwie książkę. Młodzi bohaterowie trafiają do wnętrza ludzkiego organizmu, zaprzyjaźniają się z leukocytami, walczą z wirusami, podróżują między organami wewnętrznymi, nie gardząc nawet jelitami… Bardzo interesująca wycieczka o charakterze poznawczym.

Na szczęście Martin nie musiał walczyć. Już sama idea walki z ogromną amebą napawała go niesmakiem. Ale wycieczka faktycznie była pasjonująca.

– Nie przeszkadzam? – usłyszał za sobą przymilny głos. Bezzaryjczycy poruszali się bardzo cicho. Martin obejrzał się, stwierdził, że to Pawlik, i zapraszająco skinął ręką.

– Alkohol? – zainteresowała się ameba. – W celu pobudzenia procesów myślowych?

– Raczej w celu zahamowania – wyznał Martin. – Używacie?

– Nie, mamy swoje metody – zareagowała żywo ameba. – Inne proporcje, inne substancje… – przezroczysty bukłak usiadł obok Martina i dodał: – Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zwiększę ilość mediatorów w niebieskim labiryncie.

– Ależ proszę uprzejmie – zgodził się Martin. Ponieważ bardzo lubił własne słabości, był tolerancyjny wobec cudzych.

Przez jakiś czas Martin płukał usta w koniaku, zaś ameba bulgotała. Być może wytwarzając mediatory, albo z innych przyczyn fizjologicznych.

– Masz już niewiele tego alkoholowego płynu – zauważył Pawlik. – Przybyłeś niemal bez rzeczy?

– Tak wyszło – westchnął Martin.

– Daj naczynie – ameba wyciągnęła nibyrączkę.

Martin zawahał się, ale podał butelkę.

Przezroczysta, cienka macka wsunęła się do szyjki, dotknęła płynu i odsunęła się. Przez jakiś czas ameba zastanawiała się, w końcu zawyrokowała:

– To wcale nie jest czysty alkohol. Jest tutaj sporo domieszek. Są potrzebne?

– Są przyjemne.

– Będzie trudniej… – wyznał Pawlik, ale butelki nie oddał. Przez przezroczyste ciało przebiegł dreszcz, między organellami pojawiły się mętne wiry, spłynęły do macki i popłynęły do butelki. Martin w niemym zachwycie patrzył na tę żywą aparaturę do pędzenia bimbru. Wziął butelkę z nibyrączek Pawlika i powąchał podejrzliwie.

– Skład nie uległ zmianie – powiedziała ameba.- Pij.

Martin wahał się.

– Brzydzisz się? – domyślił się Pawlik. – Ale przecież jecie ciała żywych zwierząt, pijecie sok roślin i wydzieliny owadów… Czemu ta ciecz miałaby być gorsza?

– Ty jesteś istotą rozumną – powiedział ponuro Martin. – To… w tym jest coś z kanibalizmu…

– Uwierz mi, dwieście gramów masy tracę niemal bezboleśnie – oznajmiła ameba. – Przy okazji, jedliście przecież zupę?

Martin przypomniał sobie podaną na obiad zupę-krem, przypominającą w smaku ugotowaną na świeżej wieprzowinie grochówkę z chrupiącymi kawałkami – grzankami albo warzywami… oraz mięso na drugie – nieco tłusty, ale miękki i pozbawiony żył kawałek polędwicy…

– O mój Boże – powiedział tylko. – Więc syntetyzujecie jedzenie z własnych ciał?

– To najprostszy sposób – przyznał się Pawlik i zachichotał.

Być może ten śmiech sprawił, że Martin podniósł butelkę do ust i upił potężny łyk.

Ahtamar. Najlepsi ormiańscy winiarze mogliby pozazdrościć bezzaryjczykowi.

– Nie zdołam zsyntetyzować jedzenia na podstawie twoich opisów – wyjaśniła ameba. – Ale na podstawie wzorca – nie ma problemu.

– Czy Irina zdaje sobie sprawę, co jadła? – zapytał Martin.

– Oczywiście. Ona to rozumie. Poza tym, tylko w ten sposób możemy zapewnić wam ochronę przed naszą wodą.

Martin jeszcze raz napił się koniaku.

– Wszystko jedno, jutro i tak wracam do domu. A wy lećcie bombardować kluczników.

– Wcale nie mamy zamiaru ich bombardować – oburzył się Pawlik. – To tylko delikatne ostrzeżenie i wyłącznie w razie konieczności. Najpierw musimy zorientować się w sytuacji.

– Głupota – skomentował Martin. – Głupota i szaleństwo. Skąd pomysł, że sieć transportowa już istniała, że została zniszczona, że to się powtarza?

Nibyrączka poklepała go po ramieniu.

– Popatrz na nasz świat, Martinie.

Martin popatrzył i rzekł:

– Nic innego nie robię przez cały wieczór. Co miałbym zobaczyć?

– Zastanów się. Co wydaje ci się dziwne albo nienormalne?

– Wy – palnął Martin bez zastanowienia.

– I co jeszcze? I dlaczego?

– Rozumne jednokomórkowce nie istnieją! – wypalił Martin. – Nie mogły się pojawić! Tym bardziej, że na waszej planecie są wielokomórkowe rośliny!

Przezroczysty bukłak pokiwał górną częścią tułowia i rzekł:

– Zgadza się. Nie mogliśmy powstać samodzielnie. Zostaliśmy stworzeni sztucznie.

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 131
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)