The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
Równina pełna była ogni. Różnych ogni — nieruchomych ogni biwaków, ruchliwych ogni łuczyw i pochodni. Noc rozbrzmiewała dalekim śpiewem, skandowaniem, okrzykami, wiwatami.
Noc dookoła nich żyła też urywanymi krzykami i jękami rannych. Błaganiami i westchnieniami umierających. Nie słyszeli tego. Przyzwyczaili się do odgłosów cierpienia i umierania, dźwięki te były dla nich zwyczajne, naturalne, tak wkomponowane w tę noc jak rechot żab w mokradłach nad rzeczką Chotlą, jak granie cykad w akacjach nad Złotym Stawem.
Marti Sodergren milczała lirycznie, oparta o ramię niziołka. Iola i Shani, objęte, przytulone, parskały od czasu do czasu cichym, zupełnie bezsensownym uśmiechem.
Nim siedli pod namiotem, wypili po kubku wódki, a Marti poczęstowała wszystkich swym ostatnim zaklęciem: czarem rozweselającym, używanym zwykle przy wyrywaniu zębów. Rusty czuł się oszukany tym traktamentem — połączony z magią trunek, miast odprężyć, otępił go, miast zniwelować wyczerpanie, wzmógł je. Miast dać zapomnienie, przypominał.
Wygląda, pomyślał, że wyłącznie na Iolę i Shani alkohol i magia podziałały jak należy.
Odwrócił się i w świetle księżyca zobaczył na twarzach obu dziewczyn błyszczące, srebrzyste ślady łez.
— Ciekawe — powiedział, oblizując drętwe, nieczułe wargi — kto zwyciężył w tej bitwie. Czy ktoś to wie?
Marti odwróciła ku niemu twarz, ale nadal milczała lirycznie. Cykady grały wśród akacji, wierzb i olch nad Złotym Stawem, żaby rechotały. Ranni jęczeli, błagali, wzdychali. I umierali. Shani i Iola chichotały przez łzy.
Marti Sodergren umarła dwa tygodnie po bitwie. Zadała się z oficerem Wolnej Kompanii Kondotierskiej. Traktowała tę przygodę lekko. W przeciwieństwie do oficera. Gdy Marti, lubiąca odmiany, zadała się z temerskim rotmistrzem, oszalały z zazdrości kondotier pchnął ją nożem. Powieszono go za to, ale uzdrowicielki nie zdołano odratować.
Rusty i Iola umarli rok po bitwie, w Mariborze, podczas największej eksplozji epidemii gorączki krwotocznej, zarazy zwanej też Czerwoną Śmiercią albo — od nazwy statku, na którym została przywieziona — Plagą Catriony. Uciekli wówczas z Mariboru wszyscy medycy i większość kapłanów. Rusty i Iola zostali, ma się rozumieć. Leczyli, bo byli lekarzami. To, że na Czerwoną Śmierć nie było lekarstwa, nie miało dla nich znaczenia. Zarazili się obydwoje. On umarł na jej rękach, w mocnym, budzącym ufność uścisku jej dużych, brzydkich, wieśniaczych dłoni. Ona umarła cztery dni później. Samotna.
Shani umarła siedemdziesiąt dwa lata po bitwie. Jako słynna i otoczona szacunkiem emerytowana dziekanka katedry medycyny uniwersytetu oxenfurckiego. Pokolenia przyszłych chirurgów powtarzały jej słynny żart: "Zszyj czerwone z czerwonym, żółte z żółtym, białe z białym. Na pewno będzie dobrze".
Mało kto zauważał, jak po wygłoszeniu tej facecji pani dziekan zawsze ukradkiem ociera łzę.
Mało kto.
Żaby rechotały, cykady grały wśród wierzb nad Złotym Stawem. Shani i Iola chichotały przez łzy.
— Ciekawe — powtórzył Milo Vanderbreck, niziołek, chirurg polowy, znany jako Rusty. - Ciekawe, kto zwyciężył?
— Rusty — powiedziała lirycznie Marti Sodergren. - Uwierz, jest to ostatnia rzecz, o którą martwiłabym się, będąc na twoim miejscu.
Rozdział dziewiąty
Jedne z płomyczków wysokie były i mocne, świeciły jasno i żywo, inne zaś były malutkie, chwiejne i drgające, a światło ich ciemniało i zamierało. Na samym zaś końcu był jeden płomyczek maleńki i tak słaby, że ledwie się tlił, ledwie pełgał, już to rozbłyskując w wielkim trudzie, już to gasnąc niemalże zupełnie.
— Czyj jest ten gasnący ognik? — zapytał wiedźmin.
— Twój — odrzekła Śmierć.