Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Szósta czterdzieści pięć – włączają się elektryczne golarki. Okresowi ustawiają się w porządku alfabetycznym przed lustrami: A, B, C, D… Po nich wchodzą Chronicy, którzy jak ja poruszają się o własnych siłach, a na końcu czarni wwożą Wózkarzy. Golenie trzech starców, którym sflaczałą skórę pod brodą pokrywa żółtawa pleśń, odbywa się w świetlicy – czoła opasuje się im rzemieniem, żeby nie rzucali głowami na boki.
Czasem rano – najczęściej w poniedziałki – chowam się, żeby zakłócić porządek. Kiedy indziej wydaje mi się, że postąpię bardziej przebiegle, jeśli zajmę swoje miejsce w kolejce między A i C, po czym odbędę tę samą trasę co wszyscy – nie muszę nawet podnosić nóg: potężne magnesy w posadzce przesuwają nas po oddziale niczym marionetki…
Siódma – otwierają się drzwi stołówki i wchodzimy do środka w odwrotnym szyku niż do umywalni: najpierw Wózkarze, potem Chodzący, a na końcu Okresowi. Bierzemy tace, stawiamy na nich płatki kukurydziane, jajka na bekonie, kładziemy grzanki – i dziś rano konserwową brzoskwinię na postrzępionym liściu sałaty. Kilku Okresowych przynosi tace Wózkarzom. W większości są to po prostu Chronicy, którzy mają coś nie w porządku z nogami – jedzą jednak samodzielnie; natomiast trzej z nich są całkowicie sparaliżowani od szyi w dół, a i głowami ledwo mogą ruszać. Ci trzej to Rośliny. Kiedy już wszyscy usiądą, czarni wtaczają ich na wózkach, ustawiają pod ścianą i przynoszą im identyczne tace z jakąś błotnistą papką, do których doczepione są kartki z wyszczególnieniem diety. “Zmiękczone mechanicznie” – brzmi dieta bezzębnej trójki: jajka, szynka, grzanki, bekon, wszystko przeżute w kuchni trzydzieści dwa razy przez urządzenie z nierdzewnej stali. Wyobrażam sobie, jak wydyma gumowe wargi podobne do kawałka rury od odkurzacza i z cichym pierdnięciem wypluwa na talerz kulkę przeżutej szynki.
Czarni ciut za szybko ładują papkę w różowe, rozciumkane usta Roślin; inwalidzi nie nadążają z przełykaniem i mechaniczny miękisz spływa im na ubrania po zapadłych podbródkach. Czarni klną na czym świat stoi i rozwierają im szerzej usta, kręcąc łyżkami, jakby wydłubywali ogryzki z nadgniłych jabłek.
– Ten stary pierdoła Blastic rozpada się na moich oczach! Już sam nie wiem, czy karmię drania mielonym bekonem, czy kawałkami jego własnego jęzora…
Siódma trzydzieści – przenosimy się do świetlicy. Wielka Oddziałowa wygląda przez swoją ukochaną szybkę, tak wypucowaną, że jej w ogóle nie widać, kiwa głową, podnosi rękę i zrywa kartkę z kalendarza: jest o jeden dzień bliżej celu. Naciska guzik i wszystko się zaczyna. Słyszę łoskot, jakby potrząsano arkuszem blachy. Cisza! Okresowi: siadać po swojej stronie świetlicy i czekać, aż dostaniecie karty i zestawy do gry w monopol. Chronicy: siadać po swojej stronie i czekać na łamigłówki. Ellis: stań pod ścianą, rozłóż ręce, żeby przybito je gwoździami, i sikaj po nodze. Pete: kiwaj głową jak kukiełka. Scanlon: ruszaj nad stołem grubymi rękami, jakbyś konstruował nie istniejącą bombę, żeby wysadzić nie istniejący świat. Harding: mów, wymachuj w powietrzu dłońmi jak synogarlice, a potem schowaj je pod pachy, bo prawdziwi mężczyźni ani nie gestykulują, ani nie mają takich ładnych rączek. Sefelt: jęcz, że bolą cię zęby i wypadają włosy. Wszyscy razem: wciągnąć powietrze… wypuścić powietrze… oddychać rytmicznie; serca mają bić wszystkim z szybkością podaną na kartoniku z porządkiem dziennym. Równo jak zsynchronizowane cylindry.
Wszystko jak w rysunkowym świecie: płaskie postacie o czarnych konturach odgrywające wariacką historyjkę, która na pewno byłaby bardzo zabawna, gdyby nie to, że tymi postaciami są prawdziwi faceci…
Siódma czterdzieści pięć – czarni suną wzdłuż szeregu Chroników i zakładają cewniki tym, którzy potrafią trwać bez ruchu. Cewniki to stare prezerwatywy o obciętych końcach, przymocowane gumkami do rurek biegnących przez nogawki do plastykowych torebek zaopatrzonych w napis: WYŁĄCZNIE DO JEDNORAZOWEGO UŻYTKU, które mam obowiązek myć pod koniec dnia. Czarni przyklejają prezerwatywy plastrem do włosów łonowych: starzy Chronicy mają krocza łyse jak niemowlaki od ciągłego odrywania plastra…
Ósma – ściany buczą i terkoczą pełną mocą. “Podawanie leków” – oznajmia megafon na suficie głosem Wielkiej Oddziałowej. Zaglądamy do jej oszklonej klatki i widzimy, że nie ma jej przy mikrofonie; stoi o trzy metry od niego i poucza pielęgniarkę, jak należy układać lekarstwa na tacy, żeby leżały w nienagannym porządku. Okresowi ustawiają się przy szklanych drzwiach w porządku alfabetycznym, A, B, C, D; za nimi Chronicy, a na końcu Wózkarze (Rośliny dostają proszki później, rozpuszczone w łyżeczce kompotu z jabłek). Każdy otrzymuje papierowy kubeczek z kapsułkami, które jednym zamaszystym ruchem wrzuca głęboko do gardła, i podsuwa kubek pielęgniarce do napełnienia wodą, żeby popić lek. Zdarza się, że jakiś dureń pyta, co to za proszki każą mu brać.
– Nie tak szybko, aniołeczku; co to za dwie czerwone kapsułki obok mojej witaminki?
Znam go. Tęgi, wiecznie gderający Okresowy, który już zdążył sobie wyrobić opinię rozrabiaki.
– To zwykłe proszki, panie Taber. Dla pańskiego dobra. Musimy je szybko połknąć.
– Ale jakie proszki? Rany, przecież sam widzę, że to proszki…
– Połknijmy je szybciutko, dobrze? Takie ładne proszeczki. Niech pan to zrobi dla mnie.
Pielęgniarka zerka na Wielką Oddziałową, żeby zobaczyć, czy ta kokieteryjna metoda znajdzie uznanie w jej oczach, po czym spogląda na Tabera. Facet w dalszym ciągu, nawet dla niej, nie zamierza łykać proszków, o których nic nie wie.
– Nie lubię się awanturować, ale nic nie połknę, dopóki się nie dowiem, co jest w środku. Kto mi zagwarantuje, że to nie jakieś świństwo, po którym z człowiekiem dzieją się dziwne rzeczy?
– Panie Taber, proszę się nie denerwować…
– Nie denerwować? Na miłość boską, chcę się tylko dowiedzieć…
Wielka Oddziałowa podkradła się cicho i ścisnęła go za łokieć, paraliżując mu całe ramię.
– W porządku, siostro Flinn – mówi. – Skoro pan Taber upiera się jak dziecko, będziemy go traktować odpowiednio. Staraliśmy się być dla niego mili i uprzejmi. Najwyraźniej nie jest to właściwa metoda. Ani słowa podzięki: tylko wrogość i wrogość. Może pan odejść, panie Taber, jeżeli nie chce pan przyjąć leków doustnie.
– Na miłość boską, chciałem się tylko…
– Może pan odejść.
Odchodzi, mrucząc pod nosem, gdy tylko oddziałowa puszcza jego łokieć, idzie do toalety i siedzi tam cały ranek, dumając o czerwonych kapsułkach. Raz ukryłem jedną pod językiem; udałem, że ją połykam, a potem rozgniotłem ją w schowku. Przez ułamek sekundy, zanim wszystko obróciło się w biały pył, widziałem zminiaturyzowany zespół elektroniczny podobny do tych, jakich używaliśmy w wojsku w Korpusie Radiolokacyjnym, złożony z mikroskopijnych drucików, oporników i tranzystorów, specjalnie zaprojektowany, żeby rozsypać się przy zetknięciu z powietrzem…