Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wydaje mi się to strasznie mądre — uznał Nobby. — Każdy może wynaleźć nic. Ja sam nic nie wynalazłem… bo to na jedno wychodzi.
— No właśnie. Powiadam mu: ludzie, którzy wynaleźli liczby, takie jak cztery albo… albo…
— …siedem…
— …właśnie, to oni byli geniuszami. Nic nie wymaga wynajdowania. Jest i tyle. Pewnie zwyczajnie je znaleźli.
— To przez tę całą pustynię — zasugerował Nobby.
— Zgadza się! Słuszna uwaga! Pustynia. Która, jak wszyscy wiedzą, to w zasadzie nic. Nic jest dla nich surowcem naturalnym. To rozsądne. My za to jesteśmy bardziej cywilizowani, rozumiesz, i mamy więcej rzeczy do liczenia, więc wynaleźliśmy liczby. To jakby… Wiesz, mówią, że Klatchianie wynaleźli astronomię…
— Al-tronomię — poprawił usłużnie Nobby.
— Nie, nie… myślę, że w tym czasie odkryli już asy. Pewnie nam je zwinęli. W każdym razie musieli wymyślić astronomię, bo nie mają się na co gapić. Tylko na niebo. Każdy może popatrzeć na gwiazdy i nadać im imiona, więc trochę naciągane jest nazywanie tego „wynalezieniem”. My tam nie biegamy w kółko i nie powtarzamy, że coś wynaleźliśmy tylko dlatego, żeśmy się na to popatrzyli.
— Słyszałem, że mają kupę dziwnych bogów — oświadczył Nobby.
— Tak. I obłąkanych kapłanów — zgodził się Colon. — Połowa z pianą na ustach. Wierzą w najróżniejsze bezsensowne rzeczy.
Przez chwilę w milczeniu obserwowali malarza. Colon obawiał się pytania, które w końcu musiało paść.
— No to czym właściwie różnią się od naszych? — spytał Nobby. — W końcu niektórzy kapłani u nas są…
— Mam nadzieję, że nie jesteś niepatriotyczny — przerwał mu surowo Colon.
— Nie, jasne, że nie. Tylko pytałem. Przecież rozumiem, czemu są o wiele gorsi od naszych, bo przecież są zagraniczni i w ogóle.
— I oczywiście wszyscy są prawdziwymi szaleńcami w bitwie — dodał Colon. — Wściekłe dranie z tymi swoimi krzywymi mieczami.
— Znaczy się… wściekle atakują, a jednocześnie tchórzliwie uciekają, jak tylko pokosztują zimnej stali? — upewnił się Nobby, który czasami przejawiał zdradziecko dobrą pamięć do szczegółów.
— Nie można im wierzyć, to chciałem powiedzieć. I jeszcze odbija im się po jedzeniu.
— No… to tak jak panu, sierżancie.
— Tak, Nobby, ale ja nie udaję, że to grzecznie.
— Naprawdę dobrze, że jest pan tutaj, żeby wytłumaczyć różne rzeczy, sierżancie — zapewnił Nobby. — Niesamowite, ile pan wie.
— Sam siebie czasem zaskakuję — odparł skromnie Colon.
Malarz przy kutrze cofnął się, by podziwiać swe dzieło. Usłyszeli głęboki jęk i obaj z satysfakcją pokiwali głowami.
Negocjacje z przestępcami, którzy wzięli zakładników, zawsze są trudne. Marchewa wiedział to dobrze. Pośpiech nie był tu wskazany. Niech druga strona zacznie mówić, kiedy już będzie gotowa.
Dlatego — by zabić jakoś czas — siedział teraz za przewróconym wózkiem, którego użyli jako osłony przed lecącymi z rzadka przypadkowymi strzałami, i pisał list do domu. Czynność ta wiązała się z częstym marszczeniem czoła, gryzieniem ołówka oraz tym, co komendant Vimes nazywał balistycznym podejściem do ortografii i interpunkcji.
Kochani mamo i tato!
Mam nadzieję że ten list zastanie was w dobrym zdrowiu, jak i ja jestem. Dziękuję za dużą paczkę chleba krasnoludów. Podzieliłem ją z innymi krasnoludami ze Straży i mówią, że nawet lepszy niż ten od Staloskurki („Chleb na ostro”) i nic nie pszebije w smaku kutego w domu bochenka czyli, dobra robota mamo.
Dobrze się wszystko układa z Wilczym Stadem co wam o nim opowiadałem ale kom. Vimes nie jest zadowolony mówiłem mu że to w głębi serca dobre chłopaki i dobrze im zrobi jak poznają życie w Nautrze i na Pustkowiach a on powiedział że już poznali ale, dał mi 5 dolarów na piłkę co pokazuje że tak naprawdę, mu zależy.
W Straży widzi się nowe tważe i dobrze z powodu tych kłopotów z Klatchem wszystko Groźnie wygląda, czuję że to Sza pszed Burzą nie ma co. Muszę jusz kończyć bo jacyś złodzieje się włamali do Składu Diamentów Vortina i wzięli na zakładnika kapral Anguę. Obawiam się że nastąpi, straszliwy rozlew krwi zatem
Pozostaję
Waszym kochającym synem