Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Na Skrzydłach Orłów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na Skrzydłach Orłów

Электронная книга - «Na Skrzydłach Orłów». Краткое содержание книги:

Iran, ostatnie dni szacha. Kilku pracowników amerykańskiego koncernu trafia do więzienia w Teheranie. Żadne interwencje nie odnoszą skutku, a wobec chwilowego bezkrólewia nie ma z kim pertraktować. Ross Perot, właściciel koncernu, postanawia na własną rękę odbić więźniów – zakładników. Jego ekipa, złożona z pracowników spółki i jednego zawodowego komandosa, wkracza do akcji…
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 97
Перейти на страницу:

Perot stracił też kontakt z Ralphem Boulware’em, który miał spotkać Grupę „Podejrzanych” po tureckiej stronie granicy. Ostatnie wieści od Boulware’a pochodziły z Adany, pięćset mil od tego miejsca. Perot przypuszczał, że znajdował się on teraz w drodze, ale nie sposób było stwierdzić, jak daleko dotarł ani czy przybędzie na czas.

Większość dnia strawił na próbach zdobycia lekkiego samolotu lub śmigłowca, którym mógłby polecieć do Iranu. Nie mógł skorzystać z Boeinga 707, bo musiał lecieć nisko, szukając „Range Roverów” z wymalowanymi na dachach literami X lub A, a następnie lądować na małych, nie używanych lotniskach lub nawet drodze czy łące. Ale jak dotąd jego wysiłki potwierdzały tylko to, co Boulware powiedział mu tego ranka o szóstej – nie było szans.

Zdesperowany Perot zadzwonił do przyjaciela z Agencji Zwalczania Narkotyków i poprosił o numer telefonu jej człowieka w Turcji, myśląc, że ludzie z branży narkotykowej z pewnością będą wiedzieć, jak zdobyć lekki samolot. Człowiek z AZN, w towarzystwie innego – który, jak wywnioskował Perot, pracował dla CIA – przyszedł do hotelu Sheraton. Ale nawet jeśli wiedzieli, gdzie zdobyć samolot, żaden z nich tego nie powiedział.

Merv Stauffer wydzwaniał z Dallas po całej Europie w poszukiwaniu odpowiedniego samolotu, który można by natychmiast kupić lub wynająć i polecieć nim do Turcji. Jak na razie, jemu również się nie powiodło.

Późnym popołudniem Perot powiedział do Pata Sculleya:

– Chcę rozmawiać z najwyżej postawionym Amerykaninem w Istambule. Sculley poszedł i zrobił małe piekło w konsulacie amerykańskim, w wyniku czego o wpół do jedenastej wieczorem w swoich apartamentach w Sheratonie przyjmował konsula.

Był z nim szczery.

– Moi ludzie nie są żadnymi kryminalistami – oświadczył. – To zwykli biznesmeni, których żony i dzieci zamartwiają się teraz na śmierć. Irańczycy trzymali ich przez sześć tygodni w więzieniu, nie wysuwając żadnych zarzutów ani nie przedstawiając jakichkolwiek dowodów przeciwko nim. Teraz są wolni i usiłują wydostać się z kraju. Gdyby ich złapano, może się pan sam domyślić, że nie mieliby żadnych szans na sprawiedliwe potraktowanie. W sytuacji, jaka w tej chwili jest w Iranie, moi ludzie mogą nie dotrzeć do samej granicy. Chcę tam pojechać i znaleźć ich. Dlatego potrzebuję pańskiej pomocy. Muszę pożyczyć, wynająć lub kupić mały samolot. Czy może mi pan pomóc?

– Nie – odparł konsul. – W tym kraju posiadanie prywatnych samolotów jest sprzeczne z prawem. Z tego powodu nie ma tu w ogóle samolotów, nawet dla kogoś, kto chciałby złamać prawo.

– Ale wy musicie mieć jakiś samolot.

– Departament Stanu nie ma samolotów.

Perot był zrozpaczony. Czy miał siedzieć z założonymi rękami i nie robić nic, aby pomóc Grupie „Podejrzanych”?

– Panie Perot – odezwał się po chwili konsul. – Jesteśmy tutaj, aby pomóc obywatelom amerykańskim i spróbuję zdobyć dla pana samolot. Użyję wszelkich możliwych wpływów, ale od razu panu mówię, że szansę powodzenia są bliskie zera.

– No cóż, doceniam to. Konsul podniósł się do wyjścia.

– Jest bardzo ważne, aby moja obecność w Turcji została utrzymana w tajemnicy – powiedział Perot. – Obecnie władze irańskie nie mają pojęcia, gdzie są moi ludzie. Gdyby dowiedziały się, że jestem tutaj, mogłyby domyślić się, w jaki sposób moi ludzie wydostali się stamtąd, a to byłoby katastrofą. Proszę więc o całkowitą dyskrecję.

– Rozumiem.

Konsul wyszedł. Po kilku minutach zadzwonił telefon. Był to T. J. Marquez z Dallas.

– Perot, jesteś dziś na pierwszych stronach gazet. Perot zamarł – wszystko wyszło na jaw…

– Gubernator właśnie mianował cię przewodniczącym Komisji do Spraw Narkotyków – wyjaśnił Marquez. Perot odetchnął z ulgą.

– Przestraszyłeś mnie, Marquez. Marquez zaśmiał się.

– Nie powinieneś tego robić staremu człowiekowi – powiedział Perot. – Naprawdę mnie zaintrygowałeś, stary.

– Poczekaj chwilę, jest tu Margot – rzucił Marquez. – Chce ci tylko złożyć życzenia z okazji Dnia św. Walentego.

Perot uświadomił sobie, że jest 14 lutego.

– Przekaż jej, że jestem absolutnie bezpieczny i cały czas pilnują mnie dwie blondynki.

– Zaczekaj, powiem jej.

Minutę później Marquez wrócił do telefonu, śmiejąc się.

– Ona mówi: czyż to nie interesujące, że potrzebujesz aż dwóch, aby ją zastąpić?

Perot zaśmiał się po cichu. Tym razem wpadł. Powinien był wiedzieć, że nie ma co próbować docinać Margot.

– A swoją drogą: czy nawiązałeś kontakt z Teheranem? – spytał.

– Tak. Panienka z centrali międzynarodowej połączyła nas, ale z niewłaściwym numerem. Potem łączył nas Johnson i rozmawialiśmy z Gholamem.

– I co?

– Nic. Nie miał od nich wiadomości. Chwilowy optymizm Perota osłabł.

– O co go pytaliście?

– Tylko o to, czy są jakieś wieści, a on zaprzeczył.

– Cholera.

Perot prawie żałował, że Grupa „Podejrzanych” nie zadzwoniła, aby powiedzieć, że mają kłopoty, bo wtedy wiedzieliby chociaż, gdzie ich szukać.

Pożegnał się z Marquezem i poszedł do łóżka.

Stracił już Grupę „Czystych”, stracił Boulware’a, a teraz jeszcze przepadła Grupa „Podejrzanych”. Nie udało mu się zdobyć samolotu, którym mógłby ich poszukać. Cała operacja wzięła w łeb, a on nie mógł absolutnie nic na to poradzić. Niepewność go zabijała. Zdał sobie sprawę, że nigdy w życiu nie był jeszcze w takim stresie. Widywał ludzi załamujących się pod naciskiem, ale nigdy nie potrafił pojąć ich cierpienia, bo jemu samemu nigdy się to nie przytrafiło. Zazwyczaj stres nie rozstrajał go – prawdę powiedziawszy, pomagał mu nawet w działaniu. Ale tym razem było inaczej.

Złamał swoją zasadę i pozwolił sobie myśleć o wszystkich złych rzeczach, które mogły się zdarzyć. Stawką w tej grze była jego wolność, bo gdyby ucieczka miała się nie powieść, skończyłby w więzieniu. I tak miał już niemało na sumieniu – zebrał grupę najemników, patrzył przez palce na sprzeczne z prawem używanie amerykańskich paszportów, zaaranżował sfałszowanie legitymacji wojskowych Armii Stanów Zjednoczonych, a także obmyślił i zorganizował nielegalne przekroczenie granicy. Miał nadzieję, że będzie siedział w Stanach, a nie w Turcji. Najgorsze jednak byłoby, gdyby Turcy przekazali go do Iranu, aby tam odpowiedział za swoje „zbrodnie”.

Leżał na swym hotelowym łóżku nie śpiąc, martwiąc się o obie grupy, o Boulware’a i o samego siebie. Nie mógł zrobić nic innego, jak tylko przetrwać to wszystko. W przyszłości będzie okazywał więcej zrozumienia ludziom, których sam poddaje presji. Jeśli będzie w ogóle miał jakąkolwiek przyszłość.

* * *

Coburn w napięciu patrzył na Simonsa. Wszyscy siedzieli w kole na perskim dywanie, czekając na „sędziego”. Zanim opuścili Teheran, Simons powiedział Coburnowi, żeby pilnie go obserwował. Jak dotąd Simons zachowywał się biernie, robiąc uniki, pozwalając Rashidowi mówić i godząc się na aresztowanie grupy. Ale mogła nadejść chwila, w której zmieni taktykę. Gdyby zdecydował się rozpocząć walkę, dałby Coburnowi znać ułamek sekundy wcześniej.

Nadszedł sędzia.

Miał około pięćdziesięciu lat i nosił granatową marynarkę, koszulę nie zapiętą pod szyją i jasnobrązowe spodnie. Wyglądał na człowieka wykonującego wolny zawód: lekarza albo prawnika. Za pasem miał zatkniętą czterdziestkę piątkę.

Rashid rozpoznał go. Nazywał go Habid Bolourian i był przywódcą komunistycznym.

Usiadł w miejscu, które pozostawił dla niego Simons. Powiedział coś w farsi i młodzieniec w garniturze – który teraz przejął rolę tłumacza – poprosił o ich paszporty.

„No tak – pomyślał Coburn. – Teraz się zacznie. Bolourian spojrzy na paszport Billa i zobaczy, że nie należy do niego”. Wszystkie paszporty złożono na kupę przed sędzią. Rzucił okiem na leżący na wierzchu. Tłumacz zaczął spisywać szczegóły. Było trochę zamieszania przy nazwiskach i imionach.

Irańczycy często, z niewiadomego powodu, mylą je ze sobą. Rashid podawał paszporty Bolourianowi, a Gayden pochylał się nad nim i odczytywał treść. Coburn zdał sobie sprawę, że ci dwaj wprowadzają celowe zamieszanie.

Rashid kilka razy pokazywał Bourianowi ten sam paszport, a Gayden, odczytując go, zakrywał zdjęcie. Coburn podziwiał ich tupet i zimną krew. W końcu oddano dokumenty i wyglądało na to, że paszport Billa w ogóle nie był otwierany.

Bolourian zaczął wypytywać Rashida w farsi. Ten przedstawiał chyba uzgodnioną historyjkę o tym, że są zwykłymi amerykańskimi biznesmenami, próbującymi wrócić do domu, lekko upiększoną wątkiem umierających z niepokoju rodzin w Stanach.

– Czy zechcielibyście nam dokładnie powiedzieć, co tu robicie? – odezwał się w końcu po angielsku tłumacz.

– No, widzi pan… – zaczął Rashid i w tym momencie stojący za nim strażnik odbezpieczył swój automat i wbił mu lufę w szyję. Rashid zamilkł. Najwyraźniej tłumacz chciał usłyszeć, co Amerykanie mają do powiedzenia i czy ich wersja pokrywa się ze słowami Rashida, a gest strażnika był brutalnym przypomnieniem, że są zdani na łaskę niepohamowanych rebeliantów.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 97
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)