Bez mojej zgody
- Автор: Пиколт Джоди Линн
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Bez mojej zgody». Краткое содержание книги:
Ma dopiero trzynaście lat, a już przeszła niezliczone zabiegi operacyjne, by jej starsza siostra miała szansę wyleczyć się z białaczki. Jak większość nastolatków, Anna zastanawia się, kim jest; inaczej jednak niż przeciętna nastolatka ma poukładane życie: istnieje właściwie wyłącznie jako dopełnienie siostry. Dlatego podejmuje decyzję, która zagrozi jej rodzinie i prawdopodobnie będzie mieć fatalne konsekwencje dla Kate.
Powieść Picoult stawia wiele ważnych pytań. Co to znaczy być dobrym rodzicem, dobrą siostrą, dobrym człowiekiem? Czy rzeczywiście można robić wszystko, by ratować życie jednego dziecka, kosztem drugiego? Czy należy podążać za głosem serca, czy raczej pozwolić kierować sobą innym? W książce Jodi Picoult znów podejmuje kontrowersyjny temat – i robi to z wdziękiem, mądrością i wrażliwością.
Jodi Picoult to bestsellerowa autorka „New York Timesa”, ceniona za przenikliwość psychologiczną i umiejętność wglądu w serca i umysły ludzkie. Tym razem opowiada historię rodziny dotkniętej nieszczęściem choroby dziecka.
No więc dreptałam w tym moim chodziku, krążąc pomiędzy stołami i obserwując inne dzieci. W pewnym momencie, jak mi opowiadano, potknęłam się o coś. Nasza ulica zbiega z pochyłości; nagle kółka zaczęły kręcić się odrobinę za szybko, żebym mogła się sama zatrzymać. Przemknęłam obok grupki dorosłych i śmignęłam pod barierą, którą policja ustawiła na końcu naszej ulicy, żeby zamknąć ruch. Toczyłam się pełnym gazem prosto na główną szosę, pomiędzy samochody.
Kate wyrosła na chodniku jak spod ziemi i pobiegła za mną. Niewiadomym sposobem udało jej się złapać mnie za bluzeczkę. Sekundę później wpadłabym pod koła przejeżdżającej toyoty.
Co jakiś czas ktoś z sąsiedztwa wspomina tę historię. Ja zapamiętałam ją jako ten jeden raz, kiedy to Kate uratowała mi życie. Nie na odwrót.
Mama dostaje pierwszą szansę, żeby zabawić się w adwokata.
– Panie doktorze – zwraca się do doktora Bergena – od jak dawna zna pan moją rodzinę?
– Pracuję w szpitalu miejskim od dziesięciu lat.
– Przez ten czas kilkakrotnie proszono pana o konsultacje dotyczące terapii mojej córki Kate. Co pan wtedy robił?
– Opracowywałem zalecaną metodę leczenia – odpowiada doktor Bergen – bądź też kurację alternatywną, jeśli takowa była możliwa.
– Czy w sprawozdaniach, które pan pisał, zaznaczył pan kiedykolwiek, że Anna nie powinna brać udziału w którymś z planowanych zabiegów?
– Nie.
– Czy był pan zdania, że te zabiegi mogą wyrządzić Annie krzywdę?
– Nie.
– A może uważał pan, że stanowią one zagrożenie dla jej zdrowia?
– Nie.
A jeśli to nie Campbell okaże się moim rycerzem – wybawcą, tylko moja mama?
– Panie doktorze – pada kolejne jej pytanie – czy ma pan dzieci?
Doktor Bergen unosi wzrok.
– Mam syna. Skończy! trzynaście lat.
– Czy zapoznając się z przypadkami, które trafiały do rozpatrzenia przez komisję do spraw etyki lekarskiej, próbował pan kiedyś postawić się na miejscu pacjenta? A może, jeszcze lepiej, rodzica?
– Próbowałem – przyznaje doktor Bergen.
– Co by pan zrobił na moim miejscu – pyta moja matka – gdyby komisja do spraw etyki lekarskiej wręczyła panu kartkę z opisem zalecanej metody leczenia, terapii, która może uratować życie pańskiego syna? Czy miałby pan jeszcze jakieś wątpliwości… czy też uchwyciłby się rękami i nogami tej jednej szansy?
Doktor Bergen nie odpowiada. Słowa nie są potrzebne.
Po przesłuchaniu doktora Bergena sędzia DeSalvo zarządza drugą przerwę. Campbell mówi coś o przejściu się i rozprostowaniu nóg, wstaję więc i posłusznie idę za nim do wyjścia. Kiedy po drodze do drzwi mijam mamę, czuję jej rękę w talii. Koszulka podjechała mi do góry, a ona musi ją poprawić. Wiem, że serdecznie nie znosi dzisiejszej młodzieżowej mody, która każe nastolatkom przychodzić do szkoły w wyciętych bluzkach bez pleców i w dżinsach biodrówkach, jakby nie wybierały się na lekcję matematyki, tylko na casting do teledysku Britney Spears. Słyszę, co myśli mama: błagam, powiedz mi, że to się tylko zbiegło w praniu.
Nagle chyba przychodzi jej do głowy, że to nie jest najlepszy moment na tego typu czynności. Wypuszcza z palców rąbek mojej koszulki. Zatrzymuję się, a wraz ze mną Campbell. Na twarzy mamy pojawia się głęboki rumieniec.
– Przepraszam – mówi.
Kładę rękę na jej dłoni, po czym wkładam koszulkę z powrotem na miejsce, do spodni. Spoglądam na Campbella.
– Zaraz do ciebie przyjdę.
Jego spojrzenie mówi samo za siebie: to nie jest dobry pomysł. Co ma jednak zrobić w tej sytuacji? Kiwa głową i rusza w stronę drzwi. W sali sądowej pozostaję tylko ja i moja mama. Pochylam się i całuję ją w policzek.
– Świetnie ci poszło – mówię, bo nie mam pojęcia, jak wyrzucić z siebie to, co naprawdę chcę powiedzieć: że ludzie, których kochamy, każdego dnia, w każdym momencie potrafią nas zadziwić. Że o naszej wartości nie stanowią być może nasze uczynki, ale nasz potencjał: to, do czego jesteśmy zdolni w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach.
Kate i Taylor Ambrose poznają się w szpitalu na zabiegu. Siedzą na sąsiadujących fotelach, oboje podłączeni do kroplówek.
– Co dostajesz? – pyta Kate. Na dźwięk jej głosu momentalnie podnoszę wzrok znad książki; przychodzimy tutaj na zabiegi od lat, a Kate jeszcze ani razu nie odezwała się do kogoś pierwsza.
Chłopak, którego zagadnęła, nie może być o wiele starszy od niej, co najwyżej dwa lata. Czyli szesnastolatek. Ma brązowe oczy, które wydają się tańczyć, a jego łysą głowę przykrywa czapka z emblematem drużyny hokejowej Bruins.
– Mieszankę firmową. Na koszt firmy – odpowiada, a dołeczki w jego policzkach robią się głębsze.
Kate szczerzy zęby w uśmiechu.
– Widzę, że znasz szefa tego baru – mówi, spoglądając na własną kroplówkę, przez którą do jej żył sączą się płytki krwi.
– Jestem Taylor – chłopak wyciąga rękę. – Ostra białaczka mieloblastyczna.
– Kate. Ostra białaczka promielocytowa.
Taylor gwiżdże z cicha, unosząc brwi.
– No, no… – mówi. – Prawdziwa rzadkość.
Kate potrząsa krótko przyciętą grzywką.
– Tutaj wszyscy to rzadkie przypadki.
Przypatruję się temu, kompletnie oszołomiona. Gdzie się podziała moja dziewczynka? I kim jest ta flirciara?
– Płytki krwi – Taylor odczytuje oznaczenia na torebce z kroplówką Kate. – Objawy ustąpiły? Remisja?
– Jak na razie. – Kate rzuca okiem na jego stojak, na wszystko mówiący czarny pokrowiec osłaniający torebkę z cytoksanem. – Chemia?
– Jak na razie. Powiedz mi, Kate… – zaczyna Taylor. Zauważam, że jest zbudowany jak typowy szesnastoletni wyrostek: szczupły, z wystającymi kolanami, ma grube palce u rąk i ostro zarysowane kości policzkowe, które nie zdążyły jeszcze wrosnąć. Mięśnie na jego ramionach grają mocno, kiedy krzyżuje ręce na piersi. Łatwo się domyślić, że robi to celowo; pochylam głowę, żeby nie dostrzegł, że się uśmiecham. – Powiedz mi, co porabiasz, kiedy nie siedzisz tutaj, w tym zacnym szpitalu miejskim?
Kate namyśla się, a po chwili jej twarz rozjaśnia uśmiech.
– Czekam, aż coś zapędzi mnie tutaj z powrotem.
Taylor parska głośnym śmiechem.
– To może poczekamy kiedyś razem? – Podaje Kate papierowe opakowanie jałowego opatrunku. – Zapiszesz mi swój numer telefonu?
Kiedy Kate stawia cyfry na papierze, odzywa się sygnał kroplówki Taylora. Do pokoju zagląda pielęgniarka i odłącza chłopca.
– Uciekaj, Taylor. – Uśmiecha się. – Gdzie rodzice?
– Czekają na dole. Mogę już iść. – Taylor schodzi z miękkiego fotela powoli, nieledwie z trudem; po raz pierwszy przypominam sobie, że to nie była pogawędka zwykłych nastolatków. Wsuwa świstek z naszym numerem do kieszeni. – Zadzwonię – obiecuje.
Po jego wyjściu Kate wydaje z siebie głębokie, dramatyczne westchnienie, mające zakończyć tę scenę.
– O rany – szepcze, wskazując głową drzwi, za którymi zniknął Taylor. – Boski facet…
– Nic dodać, nic ująć, skarbie. – Pielęgniarka, która sprawdza jej puls, uśmiecha się. – Chciałabym mieć trzydzieści lat mniej.
Kate odwraca do mnie promienną twarz.
– Jak myślisz, zadzwoni?
– Może – odpowiadam.