Żelazna rada [Iron Council - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-352-3
- Переводчик: Tomasz Bieron
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żelazna rada [Iron Council - pl]». Краткое содержание книги:
W kryjówce w Badside. Świt napierał na ściany. Opatrzyli się nawzajem maściami i bandażami.
— Baronowi jest wszystko jedno — powiedział Ori. Rozmawiał półgłosem ze Starobarkiem, któremu pomagał parzyć herbatę z nepenthesem. — Obserwowałem go. Było mu wszystko jedno, czy uratujemy tych kheprich. Było mu wszystko jedno, czy Nowopiórcy ich zabiją. Jemu na niczym nie zależy. Boję się go.
— Ja też, chłopcze.
— Po co Toro go trzyma? Dlaczego on tu jest?
Starobark spojrzał na niego znad czajniczka, wsypał żywicę i osłodził miodem herbatę.
— Baron jest tutaj dlatego, że nienawidzi prezesa zarządu bardziej niż ktokolwiek z nas. Zrobi wszystko, co będzie konieczne, żeby załatwić wiesz-kogo. Poza tym to ty go tutaj ściągnąłeś, na miłość Jabbera. I dobrze zrobiłeś. Będziemy na niego uważali. — Ori milczał. — Wiem, co robię. Będziemy mieli na niego oko.
Ori milczał.
Pożary w Howl Barrow, w Echomire, w Murkside. Rozruchy w Creekside i Dog Fenn. Przemoc na tle rasowym w getcie, nieskuteczne granaty prochowe rzucone z okien pociągu linii Sud na Szklarnię wyrządziły minimalne szkody. Plenum przeprowadziło akcję plakatową potępiającą ataki.
— Co się stało przy wieży na St Jabber’s Mound?
— Ta sama historia co zawsze: natarli na milicję i zmusili ją do schronienia się w wieży, a potem zostali odparci.
Jakaś niezdrowa taumaturgia w Aspic Hole. Komitety samoobrony tworzone przez przerażonych porządnych mieszczan z Barackham, Chnum, Nigh Sump, zaatakowanych rzekomo przez hordę prze-tworzonych.
— Co za noc. Bogowie.
Miasto pogrążało się w chaosie.
— A wszystko przez tę zjawę, co wylazła ze słońca.
— E, chyba nie.
Uruchomił to strach, który przekroczył masę krytyczną — trwoga i gniew, które znalazły ujście.
— To był tylko zapalnik — ocenił Ori.
— Ale, na Jabbera i wszystkich jego przeklętych świętych, co to był za stwór?
— Ja to wiem. — Kiedy Baron zabierał głos, jego towarzysze milkli. — A przynajmniej wiem, co myślę, a myślę tak dlatego, że milicja i burmistrzyni myślą tak samo. Nazywają to złym okiem. Zdalnym obserwatorem. Kamerą Tesh. Przyszło zobaczyć, co się u nas dzieje. W takim jesteśmy stanie. — Przerazili się. — Mówiłem wam, że nie wygrywamy tej wojny. Ale to nie ma wielkiej mocy, przecież nawet nas nie tknęło. Wojna nie jest jeszcze skończona. Ale tak, szpiegują nas. Mają też normalnych szpiegów, daję za to głowę, ale nie boją się pokazać, że nas obserwują. Teshi mają dziwne moce. Ich nauka jest inna od naszej. Oni nas podglądnęli. I na tym się nie skończy.
Na drugim końcu świata, za wieloma zatokami i przylądkami, gdzie fizyka, taumaturgia i geografia były inne, gdzie skała była gazem, gdzie osady budowano na kościach archeologii, gdzie kupcy i pionierzy znaleźli śmierć z ręki barbarzyńskiej sprawiedliwości zachodniej Rohagi, gdzie istniały miasta, państwa i monarchie bez odpowiedników w crobuzońskiej filozofii politycznej — tam toczyła się wojna. Milicja egzekwowała roszczenia Nowego Crobuzon, walczyła o terytoria, o szlaki handlowe, o wartości, jak twierdzili. O coś nieokreślonego. W odpowiedzi na crobuzońskie kule, bomby prochowe, taumaturgię, ogniobrytany i elementalistów Tesh, Miasto Pełzającej Cieczy, przysłało złe oko, żeby dowiedzieć się o nich wszystkiego.
— Jak to możliwe? — dziwił się Ori. — Przecież Nowe Crobuzon jest najsilniejsze, prawda?
— Nie mów, że wierzysz w te bzdury — zakpił Enoch znużonym tonem. — Nowe Crobuzon, najpotężniejsze państwo-miasto świata i tak dalej. Sranie w banię…
— Nieprawda — powiedział Baron i znowu umilkli. — On ma rację. Nowe Crobuzon rzeczywiście jest najsilniejszym państwem w Bas-Lag. Ale najsilniejszy nie zawsze wygrywa. Zwłaszcza jeśli uważa, że nie musi się wysilać, bo jest najsilniejszy. Spychają nas do defensywy. I rząd o tym wie. Nie podoba im się to. Będą to próbowali przedstawić jako zwycięstwo, ale wiedzą, że trzeba zakończyć tę wojnę. Zaczną negocjacje pokojowe.
Słońce wspinało się coraz wyżej i światło wlewające się przez okna magazynu padało pod coraz ostrzejszym kątem, docierając do kolejnych torystów, wikłało się w ich włosy, lśniło na skórze Starobarka. po raz pierwszy od wielu godzin Oriemu było ciepło.
— Skapitulują?
Oczywiście, że nie, a w każdym razie nie oficjalnie — nie w przemówieniach, podręcznikach do historii i prorządowych gazetach. Zostanie to sprzedane jako historyczny kompromis, subtelna i wyjątkowo precyzyjna strategia. Ale nawet wierni zwolennicy Partii Pełnego Słońca burmistrzyni i koalicjanci rządu jedności miejskiej nie przełkną tego bez zastrzeżeń. Będą wiedzieli — wszyscy będą wiedzieli, co się naprawdę stało. Będą wiedzieli, że na przekór wszystkim płomiennym słowom burmistrzyni Nowe Crobuzon przegrało.
— Już teraz próbują, ale nie mają pojęcia, jak nawiązać kontakt z Tesh. Z naszym tamtejszym przedstawicielstwem od lat nie ma żadnej łączności. W Nowym Crobuzon na pewno jest od groma Teshich, ale jak ich rozpoznać? Ambasada nigdy nie była obsadzona. Teshi inaczej uprawiają dyplomację, jeśli można to nazwać dyplomacją. Nasi używają taumaturgii, statków z wiadomościami, sterowców, czego się tylko da. Niedługo wyślą gołębie. Chcą się spotkać. Nikt się nie dowie, co jest grane, dopóki nie będą mogli stanąć na balkonie i ogłosić radosnej nowiny, że burmistrzyni przynosi nam pokój. A na razie ci biedacy na statkach i na lądzie dalej będą walczyli i ginęli.
Pod obcym niebem. Oriemu zakręciło się w głowie.
— Skąd to wszystko wiesz? — spytał półgłosem Starobark, który stał ze splecionymi ramionami. — Skąd wiesz, co oni myślą, Baron?
Baron uśmiechnął się. Ori spuścił wzrok i życzył sobie w duchu, żeby już nigdy nie musiał oglądać tego uśmiechu.
— Z wiarygodnego źródła. Po tych wszystkich przeklętych kuflach, które wypiłem w Brock Marsh, dużo wiem, bo rozmawiam z moim nowym najlepszym przyjacielem Bertoldem Sulionem.
CZĘŚĆ PIĄTA
PERYPETIA
Rozdział siedemnasty
Tu. To jest to. Tu. Obrzeże Cacotopic Stain.
O wiele wcześniej lot myszołowów został zakłócony. Rozpierzchły się. Ostrożny krok jaguara stracił rytm i wielki kot znikł. Kurz i czarny dym pochłaniał zwierzęta. Setki lat historii uległy zmianie na skutek przybycia tej prymitywnej głośności.
Przez szczelinę w ziemi, jak bakcyl, jak jakaś organiczna nić zatruwająca krew, infekująca krajobraz, przyszła Żelazna Rada. Buchające parą i prychające stalowe mamidło. Tak jak przed laty poprzedzały ją postacie układające tory, a za ostatnim wagonem inni je zrywali i transportowali do przodu.
Pociąg wszędzie był intruzem, nigdzie elementem wrośniętym w krajobraz. Był ingerencją historii w krainę niskich drzew porastających zbocza, grubszego futra prawdziwych lasów, górskich dolin, szerokich kanionów ze sterczącymi z ziemi ostańcami. Wciskał się w niespotykane gdzie indziej dewiacyjne krajobrazy, między wędrujące wzgórza, kłęby dymokamienia i zastygłe błyskawice.