Электронная книга - «Rogi». Краткое содержание книги:
No to sobie redaktor pojechał po bandzie – być może taka myśl zaświtała w umyśle czytelnika tej recenzji, który zobaczył był jej tytuł i sprawdził, jakiej książki dotyczy (lub też sprawdził był jakiej książki dotyczy, a następnie zobaczył tytuł…). A jednak – skojarzenie Joe Hilla, a dokładnie jego najnowszej powieści pod tytułem Rogi, ze słynnym stwierdzeniem francuskiego myśliciela jest całkiem dorzeczne. Staje się zaś jeszcze bardziej na miejscu, gdy dopowiem, że Rogi nie są raczej typowym horrorem, za co zresztą autorowi się oberwało od co bardziej dogmatycznych recenzentów.
Zaczyna się od wysokiego tonu. Pewnego ranka niejaki Ignatius Perrish budzi się na mocnym kacu, któremu towarzyszy jakże częsty w takich przypadkach stan zagubienia i niepewności. Jest pewien, że w nocy narobił głupstw, ale nic nie pamięta. W lustrze zauważa z przerażeniem, że wyrosły mu rogi… To jednak dopiero początek zmian zachodzących w naszym bohaterze. Po pewnym czasie spostrzega, że wszyscy napotkani ludzie zaczynają się przed nim otwierać, jakby chcieli wyspowiadać się z najmroczniejszych sekretów i pragnień. Dotyczy to także jego najbliższej rodziny. Tu trzeba zauważyć, że Ignatius jest w swym miasteczku osobą, delikatnie mówiąc, niezbyt popularną. Rok wcześniej zgwałcono i brutalnie zamordowano jego dziewczynę, a mimo braku formalnego oskarżenia wszyscy uznali, że dokonał tego właśnie on…
Dlaczego Rogi nie są klasycznym horrorem? Bo z jednej strony autor nie epatuje tu czytelników przerażającymi opisami krwawych jatek (chociaż psychologiczne wiwisekcje są moim zdaniem naprawdę mroczne), a z drugiej zadziwiająco głębokie są tezy, które stawia. Tu już nie chodzi tylko i wyłącznie o przejrzystą konstatację, że najwięcej cierpienia czeka nas nie ze strony wymyślonych demonów, ale zwykłych ludzi. To właśnie przecież miał między innymi na myśli Jean-Paul Sartre, mówiąc: żadnych palenisk nie ma, piekło to inni… Ignatius Perrish doświadczający na kartach powieści iście kafkowskiej przemiany, jawi się nam jako bohater pozytywny, na przekór czarnej legendzie, jaką owiana jest postać diabła, i nieco przez kontrast z osobą swego głównego antagonisty, czyli prawdziwego mordercy jego ukochanej. Nagle wszystko staje na głowie, prawdziwym staje się wymyślony domek na drzewie, stanowiący w powieści dość czytelny symbol, a my przyjmujemy optykę autora.
To ewidentne – Joe Hill nie zamierzał napisać horroru. Jednak ze względu na swoje wcześniejsze dokonania, a zwłaszcza to, czyim jest synem, powieść została umieszczona na półce ze stosownym napisem, w szufladce katalogu nieznającego żadnych odstępstw od normy. To jednak tak naprawdę powieść psychologiczna, być może za często uciekająca w dygresje i retrospekcje, przez co gubi swój rytm (ale u Stephena Kinga ten grzech także się powtarza). Być może chwilami akcja zaczyna znienacka trącić harlequinem, tracić spoistość i formę. Jednak po dobrym Pudełku w kształcie serca i świetnym zbiorze opowiadań Demony XX wieku można było tylko powielać wcześniejsze dokonania, albo spróbować czegoś nowego. I to jest właśnie nowy Joe Hill, a przy tym naprawdę ciekawy kawałek prozy.
– W twoim mieszkaniu, nie naszym.
– Chciałam, żeby było naszym.
– Wiem. Starałaś się ze wszystkich sił. Ja nie.
– Dlaczego spaliłeś samochód? Dlaczego ubrałeś się… w to?
Przyciskała pięści do piersi i starała się uśmiechnąć.
– Oj, kochanie. Wyglądasz, jakbyś przeszedł przez piekło na ziemi.
– Można tak powiedzieć.
– Chodź. Wsiadaj do mojego samochodu. Wrócimy do domu, zdejmę ci tę spódnicę, umyjesz się i znowu będziesz sobą.
– I wszystko będzie jak dawniej?
– Tak. Dokładnie tak jak dawniej.
Na tym polegał problem. Z krzyżykiem na szyi znowu mógł się stać dawnym sobą, gdyby zechciał, mógłby wszystko odzyskać – ale nie było warto. Jeśli masz żyć w piekle na ziemi, bycie diabłem ma swoje zalety. Rozpiął łańcuszek, powiesił go na gałęzi, rozgarnął krzaki i wyszedł na słońce.
Spłoszyła się. Zrobiła niepewny, chwiejny krok do tyłu, jej obcas wkłuł się głęboko w miękką ziemię i przechylił tak, że omal nie skręciła nogi. Otworzyła usta do krzyku, takiego z horroru, przeraźliwego i panicznego. Ale nie krzyknęła. Niemal natychmiast jej pyzata, ładna twarz się wygładziła.
– Nie znosiłaś tego, co było dawniej – przemówił diabeł.
– Nie znosiłam – zgodziła się i na jej twarzy znowu pojawił się pewien rodzaj smutku.
– Wszystkiego.
– Nie. Parę rzeczy mi się podobało. Jak się kochaliśmy. Zamykałeś wtedy oczy i wiedziałam, że o niej myślisz, ale mi to nie przeszkadzało, bo dzięki mnie było ci dobrze. I podobały mi się sobotnie poranki, kiedy robiliśmy razem śniadanie, duże, bekon, jajka i sok, a potem oglądaliśmy głupie programy i wydawało się, że mógłbyś tak przy mnie siedzieć przez cały dzień. Ale nie znosiłam tego, że nigdy nie będę się dla ciebie liczyć. I że nie mamy przyszłości, i nienawidziłam, kiedy opowiadałeś, co powiedziała śmiesznego i jak mądrze postąpiła. Nie jestem dla niej konkurencją. Nigdy nie będę.
– Naprawdę chcesz, żebym wrócił do domu?
– Nawet ja nie chcę do niego wracać. Nienawidzę tego mieszkania. Chciałabym wyjechać. Chciałabym gdzieś zacząć od nowa.
– Dokąd byś wyjechała? Gdzie byłabyś szczęśliwa?
– W domu Lee – powiedziała z rozjaśnioną twarzą i uśmiechnęła się słodko i z zaskoczeniem, jak dziewczynka, która po raz pierwszy zobaczyła Disney World. – Poszłabym w płaszczu przeciwdeszczowym, nie mając nic pod spodem, sprawiłabym mu niespodziankę. Lee chce, żebym do niego kiedyś przyszła. Dziś po południu wysłał mi esemesa, że jeśli się nie pojawisz, powinniśmy…
– Nie – rzucił Ig ostro, a z nozdrzy buchnął mu czarny dym.
Glenna wzdrygnęła się i cofnęła o krok.
Odetchnął, zaciągnął się dymem. Wziął ją za ramię i ruszyli w stronę samochodu. Dziewczyna i diabeł idący w piekielnym blasku schyłku dnia. Diabeł instruował:
– Nie chcesz mieć z nim nic wspólnego. Co dla ciebie zrobił oprócz tego, że dał ci kradzioną kurtkę i traktuje cię jak dziwkę? Musisz mu powiedzieć, żeby spadał. Potrzebujesz kogoś lepszego. Musisz mniej dawać, a więcej brać.
– Lubię sprawiać przyjemność ludziom – odezwała się dzielnym, cichym głosikiem, jakby zawstydzona.
– Ty też jesteś człowiekiem. Zrób coś przyjemnego dla siebie. – Mówiąc, wytężył siłę woli i poczuł wstrząs oślepiającej rozkoszy przenikającej nerwy w rogach. – A w ogóle spójrz, jak cię potraktowałem. Zniszczyłem ci mieszkanie, zniknąłem bez słowa, a kiedy tu przyjechałaś, zastałaś mnie w spódnicy. Nie wyrównasz ze mną rachunków, jeśli się bzykniesz z Lee Tourneau. Musisz działać z większym rozmachem. Nadarzy ci się okazja do zemsty. Wracaj do domu, weź moją kartę, wypłać wszystko z konta i… zrób sobie wakacje. Nie chciałaś mieć trochę czasu dla siebie?
– Fajnie by było – powiedziała, ale po chwili jej uśmiech zbladł. – Miałabym kłopoty. Siedziałam przez miesiąc. Nie chcę tam wracać.
– Nikt nie będzie miał do ciebie pretensji. Nie po tym, jak przyjechałaś do odlewni i zobaczyłaś, że paraduję w spódnicy jak pedałek. Moi rodzice cię nie pozwą. Takich rzeczy lepiej nie ogłaszać publicznie. Najlepszym sposobem na wyrównanie z kimś rachunków jest zobaczyć go w lusterku wstecznym, jadąc ku czemuś lepszemu. Zasługujesz na coś lepszego.
Dotarł do jej samochodu. Otworzył drzwi. Spojrzała na jego spódniczkę, potem podniosła wzrok na twarz. Uśmiechała się. I płakała czarnymi od tuszu strugami łez.
– To cię kręci? Spódnice? To dlatego nie było nam za dobrze? Gdybym wiedziała, próbowałabym… no nie wiem, jakoś to wykorzystać.
– Nie. Noszę to z braku czerwonych rajstop i peleryny.
– Czego? – spytała trochę rozwlekle, w otępieniu.
– Tak się ubiera diabeł, prawda? To jak kostium superbohatera. Pod wieloma względami szatan był pierwszym superbohaterem.
– A nie superprzestępcą?
– E, nie. Na pewno bohaterem. Tylko się zastanów. Jego pierwszą przygodą było ukazanie się w postaci węża dwojgu więźniom, których opętany władzą megaloman trzymał nago w obozie w dżungli Trzeciego Świata. Za jednym zamachem rozszerzył ich jadłospis i wtajemniczył w sprawy seksu. Dla mnie wygląda jak połączenie Animal Mana i seksuologa.
Roześmiała się dziwnym, urywanym, ogłupiałym śmiechem. Potem czknęła, a jej uśmiech zbladł.
– To dokąd pojedziesz? – spytał Ig.
– Nie wiem. Zawsze chciałam zobaczyć Nowy Jork. Nowy Jork nocą… Z okien taksówek bucha dziwna muzyka. Na rogach ulic sprzedawcy orzeszków, słodkich orzeszków… nadal sprzedają te orzeszki?
– Nie wiem. Ostatnim raz byłem tam przed śmiercią Merrin. Jedź i sama sprawdź. Będzie świetnie. Wakacje życia.
– Jeśli wyjazd jest taki świetny… jeśli wyrównanie rachunków z tobą jest takie wspaniałe, to dlaczego tak kijowo się czuję?
– Bo jeszcze tam nie dojechałaś. Nadal jesteś tutaj. A kiedy odjedziesz, będziesz pamiętać tylko tyle, że widziałaś mnie wystrojonego w najlepszą niebieską spódnicę. Wszystko inne zapomnisz. – Poparł to polecenie mocą rogów, wepchnął tę myśl głęboko w jej głowę. Była to o wiele bardziej intymna penetracja niż to, co kiedykolwiek zrobili w łóżku.
Glenna skinęła głową, patrząc na niego przekrwionymi, zafascynowanymi oczami.
– Zapomnę. Dobrze.
Chciała wsiąść do samochodu, zawahała się i spojrzała na niego ponad drzwiami.
– Po raz pierwszy rozmawiałam z tobą właśnie tutaj. Pamiętasz? Piekliśmy gówno. Co za pomysł, nie?
– Śmieszne, dokładnie to zamierzam zrobić dziś wieczorem. Jedź już, Glenna. Lusterko wsteczne.
Skinęła głową i już miała wsiąść do samochodu, ale jeszcze wyprostowała się, przechyliła nad drzwiczkami i pocałowała go w czoło. Poznał jej inne grzeszki, o których dotąd nie wiedział; często je popełniała, zawsze wbrew sobie. Zdziwiony cofnął się o krok, nadal czując na czole chłodny ślad jej ust, mając w nozdrzach jej oddech pachnący papierosami i miętą.
– Cześć – powiedział.
Uśmiechnęła się.
– Nie daj się skrzywdzić. Wygląda na to, że nie umiesz spędzić dnia w odlewni, nie narażając się na śmierć.
– Faktycznie, chyba mi weszło w nawyk.