Młodość dla wybranych
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Młodość dla wybranych». Краткое содержание книги:
Kilkanaście dni później do szpitala trafia mężczyzna z takimi samymi objawami, jak u nadal nie odnalezionego Harry’ego Slotkina. Obu wcześniej leczył doktor Carl Wallenberg. Pacjent umiera, a Toby, wbrew woli Wallenberga, aranżuje sekcję zwłok. Diagnoza nie pozostawia wątpliwości co do przyczyny śmierci: zarażenie chorobą szalonych krów.
Kilka innych tajemniczych zgonów, których wyjaśnieniem zajmuje się Toby, wskazuje coraz wyraźniej, że to nie epidemia, lecz rezultat czyjegoś świadomego działania. Tropy prowadzą do luksusowego domu opieki, w których Wallenberg i jego współpracownicy przeprowadzają eksperymenty medyczne na starcach, wszczepiając im hormony…
– A co z… – Monika wskazała oczami drzwi do sąsiedniego pomieszczenia.
Yarborough zdjął rękawiczki.
– Tym też się zajmę. Ty załatw tę drugą sprawę.
Termometr na ścianie wskazywał niecałe dwa stopnie Celsjusza.
Owinięta plastikową folią, Toby podciągnęła kolana i skuliła się w kącie. Folię zdjęła ze zwłok i całe ubranie przesiąkło odorem formaliny. Początkowo się przed tym wzdragała i na samą myśl o zabraniu przykrycia z nieboszczyka robiło się jej niedobrze. Wkrótce jednak zaczęła dygotać z zimna i już wiedziała, że nie ma wyboru. Był to jedyny sposób na podtrzymanie ciepłoty ciała.
Ale przeżyć w tych warunkach nie mogła. Minęło wiele godzin, straciła czucie w rękach i nogach. Przynajmniej ramię przestało ją boleć. Miała coraz większe kłopoty z kojarzeniem, jej procesy myślowe uległy spowolnieniu do tego stopnia, że potrafiła skoncentrować się wyłącznie na jednym: na tym, żeby nie zasnąć.
Wkrótce jednak i do tego zabrakło jej woli.
Głowa stopniowo opadała jej coraz niżej i niżej, powoli słabły kończyny. Dwa razy budziła się gwałtownie i stwierdzała, że leży na boku, że w chłodni wciąż palą się światła. Potem znów zasypiała.
I przyśnił jej się sen. Sen złożony nie z obrazów, lecz z samych tylko dźwięków. Rozmawiało dwoje ludzi, jakiś mężczyzna i Jane Nolan. Głosy mieli zniekształcone, brzmiące metalicznie. Poczuła, że płynie rzeką czarnej cieczy, jej twarz owionął zbawczy powiew ciepłego powietrza.
A potem runęła w ciemność.
Obudziła się, leżąc na boku i policzkiem dotykając dywanu. Mrok rozcięła wąska smuga światła, skrzypnęły zamykane drzwi. Próbowała się poruszyć, ale nie mogła. Ręce związano jej na plecach, stopy miała odrętwiałe i bezwolne. Trzasnęły inne drzwi, posłyszała warkot uruchamianego silnika.
– Nie zamykasz bramy? – spytał mężczyzna. Odpowiedział mu głos Jane Nolan:
– Pies jest uwiązany, nie ucieknie. Jedźmy już. Ruszyli wyboistą drogą.
Tą samą drogą przyjechałam do ich domu – pomyślała Toby. – Dokąd mnie zabierają?
Samochód gwałtownie podskoczył, wstrząs rzucił ją na lewy bark, tak że omal nie krzyknęła z bólu. Leżała na poszarpanym ramieniu, a kojące odrętwienie, które odczuwała w chłodni, zaczynało ustępować. Przekręciła się z trudem na plecy i stwierdziła, że opiera się o coś zimnego i gumowatego. Do furgonetki sączyło się światło ulicznych latarni i samochodowych reflektorów. Odwróciła głowę, chcąc zobaczyć, na co wpadła – z mroku wychynęła twarz trupa.
Zszokowana wciągnęła powietrze tak głośno i gwałtownie, że usłyszeli to jej prześladowcy.
– Obudziła się – powiedział mężczyzna.
– Jedź dalej – odparła kobieta. – Zaraz ją zaknebluję. Rozpięła pas, niezdarnie przeszła na tył furgonetki, uklękła i w półmroku zaczęła zmagać się z oporną rolką chirurgicznego plastra.
– Myślałam, że już o pani nie usłyszymy.
Toby napięła ręce, ale nie zdołała poluźnić więzów.
– Moja matka… Zrobiłaś krzywdę mojej matce…
– To pani wina – odrzekła Jane, odrywając kawałek plastra. – Jest pani zbyt wścibska. Za bardzo obchodził panią los kilku staruszków. Nie zauważyć nawet, co dzieje się we własnym domu! – Zakleiła jej usta i dodała z udawaną odrazą: – I to ma być dobra córka.
Ty suko – pomyślała Toby – ty parszywa suko.
Jane zacmokała językiem i oddarła następny kawałek plastra.
– Nie, nie chciałam zrobić jej krzywdy. Miałam tylko panią obserwować. Wybadać, jak daleko się pani posunie. No, ale potem był telefon Robbiego Brace’a i wszystko wymknęło się spod kontroli… – Zakleiła usta Toby drugim kawałkiem plastra. – Zginąć w wypadku już pani nie mogła. Było za późno, by panią uciszyć. Ludzie tak chętnie wierzą zmarłym… – Oderwała jeszcze jeden kawał plastra i okleiła jej twarz od ucha do ucha. – Ale czy równie łatwo uwierzą kobiecie, która katowała własną matkę? Nie przypuszczam.
Patrzyła na nią chwilę, oceniając swe dzieło. W półmroku z rzadka rozjaśnianym błyskami reflektorów jej oczy zdawały się świecić. Ellen… Ileż razy musiała budzić się w nocy, by stwierdzić, że te oczy na nią patrzą? Powinnam była się domyślić. Powinnam była wyczuć czające się w domu zło.
Furgonetka gwałtownie skręciła i Jane musiała przytrzymać się ściany.
Nie, to nie jest Jane – pomyślała Toby w nagłym olśnieniu. To Monika Trammell. Współpracowała z Wallenbergiem w Rosslyn Institute.
Samochód zakołysał się i począł zjeżdżać krętą drogą. Gładki asfalt ustąpił miejsca wybojom. Toby poczuła, że obijają się o nią zwłoki starca, że rytmicznie ją poszturchują. Furgonetka stanęła, rozsunęły się drzwi.
Na tle bezksiężycowego nieba ukazała się sylwetka mężczyzny.
– Gideon jeszcze nie przyjechał. – Był to głos Carla Wallenberga.
Kobieta wysiadła.
– Musi tu być. Wszyscy musimy tu być.
– Został, żeby przypilnować pacjenta.
– Nie możemy zrobić tego sami. Tym razem musimy za to odpowiadać wspólnie. I wszyscy jednakowo. Jak dotąd zrzucaliście to na nas, na Richarda i na mnie.
– Nie chcę tego robić.
– Musisz. Dół wykopany?
– Tak – odpowiedział ktoś z ciemności.
– W takim razie kończmy robotę. – Kobieta spojrzała na kierowcę, który przed chwilą wysiadł. – Wyciągnij ich, Richard.
Kierowca chwycił Toby za związane nogi i wywlókł ją z furgonetki. Gdy Wallenberg przytrzymał ją za ręce, Toby gwałtownie się poruszyła.
Omal jej nie upuścił.
– Chryste! Ona jeszcze żyje!
– Nie gadaj, tylko nieś ją do dołu.
– Boże, czy musimy robić to w ten sposób?
– Nie zabrałam strzykawek. Przynajmniej nie będzie krwi. Nie chcę zostawić żadnych śladów.
Wallenberg kilka razy głęboko odetchnął i znów pochwycił Toby za ręce. Wyciągnęli ją z furgonetki i ponieśli w noc.
Z początku nie miała pojęcia, dokąd idą. Wiedziała tylko, że teren jest nierówny i że z trudem odnajdują drogę w ciemnościach. Przed oczyma mignęła jej głowa Richarda Trammella, jego białe włosy, poza tym widziała niebo i sylwetkę dźwigu na tle łanu gwiazd. Spojrzała w bok: płot, za płotem światła i stojący w oddali budynek. Poznała dom opieki w Brant Hill. Nieśli ją do wykopu pod fundamenty nowego gmachu.
Wallenberg potknął się i wypuścił jej ręce. Upadła na głowę. Uderzenie było tak silne, że zadzwoniły jej zęby. Poczuła ostry ból w języku, poczuła smak krwi gromadzącej się w ustach.
– Jezus… – mruknął Wallenberg.
– Szybciej, Carl – ponaglała Monika Trammell głosem bezdusznym i ostrym.
– Pierdolę to. Ty to zrób!
– Nie, teraz twoja kolej. Tym razem to ty ubrudzisz sobie ręce. Ty i Gideon. Dalej, bierz ją.
Wallenberg głęboko odetchnął. Dźwignęli szamoczącą się Toby z ziemi i ponieśli dalej. Na skraj wykopu. Toby spojrzała na Wallenberga, ale nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy, widziała tylko ciemny owal i powiewające na wietrze włosy. Rozhuśtali ją, potem runęła w dół.
Chociaż napięła wszystkie mięśnie, siła upadku odebrała jej dech. Przez chwilę widziała tylko ciemność. Stopniowo odzyskiwała wzrok. Ujrzała nad sobą gwiazdy, wypełniające głęboką misę, i zdała sobie sprawę, że leży na dnie wykopu. Osypujący się piasek zakłuł ją w oczy. Odwróciła głowę i dotknęła policzkiem żwiru.
Wallenberg i Trammell odeszli. Teraz – pomyślała. Moja jedyna i ostatnia szansa. Próbowała się uwolnić, szarpała się i wyginała, nie zważając na spadającą z góry ziemię. Nic z tego. Ręce i nogi miała zbyt mocno związane, od tej bezowocnej szarpaniny tylko zdrętwiały jej ramiona. Ale końcówka plastra na policzku zaczęła się odklejać. Toby potarła twarzą o żwir, kalecząc się do krwi. Plaster powoli ustępował.