Księżyc w nowiu
- Автор: Майер Стефани Морган
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Księżyc w nowiu». Краткое содержание книги:
Edward Cullen to wciąż dla Belli najważniejsza osoba pod słońcem. Są parą i jest im razem cudownie. Gdyby tylko chłopak nie był wampirem! Niestety, ten fakt wszystko komplikuje, także z pozoru niewinną zażyłość dziewczyny z przyjacielem z dzieciństwa, Jacobem.
Wiosną Edward musiał bronić Belli przed swoim krwiożerczym pobratymcem, jesienią zakochani uświadamiają sobie, że był to dopiero początek ich kłopotów.
Alice wpatrywała się we mnie kilkanaście sekund szeroko otwartymi oczami, po czym doszła do siebie, szybko mrugając.
_ To tłumaczy ten dziwny zapach – powiedziała do siebie. – Ale czy to wystarczający powód, żebym go nie widziała? – Znowu się zamyśliła.
– Dziwny zapach? – powtórzyłam.
– Okropnie śmierdzisz – rzuciła, nie podejmując rozmowy. Z jej alabastrowego czoła nie znikały zmarszczki. Milczała przez chwilę. – Na pewno jest wilkołakiem? Byłaś świadkiem tego, jak się przeobraża?
– Niestety tak. – Pojedynek Jacoba z Paulem nie należał do moich ulubionych wspomnień. – Czyli nie mieszkałaś jeszcze z Carlislem i Esme, kiedy w Forks były wilkołaki?
– Nie. Dołączyłam do nich później.
Na powrót zrobiła się nieobecna, ale zaraz potem coś do niej dotarło. Znienacka obróciła się gwałtownie.
– Twój najlepszy przyjaciel jest wilkołakiem? – spytała. Potwierdziłam zawstydzona.
– Od jak dawna to trwa?
– Niedługo – podkreśliłam, jakby miało mnie to usprawiedliwić.
– Pierwszy raz zmienił się dopiero kilka tygodni temu.
Alice uderzyła pięścią o kanapę.
– Czyli to młody wilkołak? A niech mnie! Ty to masz fart, dziewczyno! Edward miał rację – przyciągasz katastrofy jak magnes. I kto obiecał, że nie będzie narażał się na niebezpieczeństwo?
– Młode wilkołaki nie są wcale takie groźne – oświadczyłam urażona trochę jej komentarzami.
– Tak, dopóki nie stracą nad sobą kontroli. Boże, Bello po wyjeździe wampirów nie mogłaś dla odmiany zaprzyjaźnić z paroma ludźmi?
Nie chciałam się z nią kłócić – tak bardzo cieszyłam się że wróciła – ale musiałam wyprowadzić ją z błędu.
– Mylisz się Alice, wampiry nie wyniosły się z Forks na dobre W tym cały kłopot. Gdyby nie miejscowa sfora wilkołaków, już dawno dopadłaby mnie Victoria. A raczej Laurent, bo to on wpadł na mnie przed nią…
– Victoria? – syknęła Alice. – Laurent?
Chyba nigdy wcześniej nie miała przy mnie tak morderczej miny.
– Magnes działa – powiedziałam cicho.
– Mniejsza o twój magnes. Opowiedz mi wszystko od samego początku.
Opuściłam wprawdzie w mojej relacji cztery miesiące depresji, omamy słuchowe i eksperymenty z motorami, ale poza tym nie pominęłam niczego. Powtórzyłam nawet historyjkę o skakaniu z nudów z klifu. Moja przyjaciółka znowu jej nie łyknęła, więc przeszłam pospiesznie do płomienia na falach i mojej hipotezy wyjaśniającej jego pochodzenie. Słysząc, że mogła być to Victoria, Alice rozeźliła się nie na żarty. Jej półprzymknięte drapieżnie oczy ciskały błyskawice. Wyglądała teraz naprawdę groźnie – jak na wampirzycę przystało. Nigdy dotąd nie myślałam o niej jak o potworze. Przełknąwszy ślinę, zagłębiłam się w szczegóły dotyczące śmierci Harry'ego.
Alice ani razu mi nie przerwała, co najwyżej, zasępiona, kiwała głową. W końcu wyczerpały mi się tematy i zapadła cisza. Teraz, kiedy emocje związane z odejściem Jacoba i pojawieniem się przyjaciółki nieco opadły, wrócił lęk o ojca. Jak się czuł po tym strasznym dniu? W jakim stanie miał zjawić się w domu?
– Nasz wyjazd nic nie naprawił, prawda? – spytała retorycznie moja rozmówczyni.
Parsknęłam śmiechem – było w nim coś histerycznego.
– Jakie to ma znaczenie? Przecież nie z tego powodu się wynieśliście? Nie dla mnie?
Alice wpatrywała się przez dłuższą chwilę w podłogę.
– Hm… chyba zadziałałam zbyt impulsywnie. Nie powinnam była znowu ingerować w twoje życie.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Żołądek ścisnął się w kulę.
– Alice, nie odjeżdżaj jeszcze – wyszeptałam. Zacisnęłam palce na kołnierzyku jej białej koszuli. Coraz szybciej oddychałam, przez co zaczynałam się dusić. – Błagam, nie zostawiaj mnie.
Moja reakcja ją zaskoczyła, ale starała nie dać tego po sobie poznać.
– Wszystko w porządku – powiedziała. Mówiła wolno, starannie odbierając słowa, jak negocjator policyjny do siedzącego na okapie samobójcy. – Jestem dziś wieczór przy tobie. A teraz weź głęboki oddech i spróbuj przez jakiś czas nie wypuszczać powietrza z płuc.
Ze zlokalizowaniem pluć miałam kłopot, ale skupiłam się i wykonałam jej polecenie. Przyglądała się z uwagą, jak się koncentruję. Odważyła się na szczery komentarz dopiero, kiedy doszłam do siebie.
– Z tego, co widzę, Bello, jesteś w kiepskiej formie.
– Rano omal się nie utopiłam – zauważyłam.
. – Nie chodzi mi o twoje ciało, tylko o twoją psychikę.
Drgnęłam.
– Robię, co mogę.
– Czyli co?
– Nie było mi łatwo, ale są duże postępy. Ściągnęła brwi.
– Mówiłam mu – mruknęła pod nosem.
– Alice, czego się spodziewałaś? To znaczy, oprócz tego, że się zabiłam, skacząc z klifu. Sądziłaś, że zastaniesz pogodną, imprezującą nastolatkę z nowych chłopakiem u boku? Nie znasz mnie?
– Znam cię, znam. Łudziłam się nadzieją.
– No to przynajmniej nie jestem jednak potentatem na rynku nielogicznego myślenia.
Zadzwonił telefon.
– To na pewno Charlie – stwierdziłam, podnosząc się z kanapy. Alice pociągnęłam za sobą – nie miałam ochoty tracić jej z oczu choćby na minutę.
Odebrałam.
– Charlie?
– Nie, to ja – usłyszałam znajomy głos.
– Jake!
Alice spojrzała na mnie badawczo.
– Sprawdzam tylko, czy jeszcze żyjesz – oświadczył kwaśno.
– Nic mi nie jest. Mówiłam ci, że to nie…
– Okej, okej – przerwał mi. – Starczy. Załapałem. Cześć.
Rozłączył się bezceremonialnie.
Odwiesiwszy z westchnieniem słuchawkę, odchyliłam głowę do tyłu i wbiłam wzrok w sufit.
– Jakbym nie miała dość kłopotów… Alice ścisnęła pocieszająco moją dłoń.
– Nie są zachwyceni moją wizytą?
– Niespecjalnie. Ale mogą się wypchać, to nie ich sprawa. Dziewczyna objęta mnie ramieniem.
– Hm… I co teraz? – Zamyśliła się. Znów mówiła do siebie. – I to… i jeszcze tamto. Jest co robić.
– Jest co robić? – powtórzyłam zaciekawiona.
– Czy ja wiem… – zmieszała się. – Muszę zobaczyć się z Carlislem.
Czyżby chciała już ruszać w drogę? Łzy napłynęły mi do oczu.
– Nie mogłabyś jeszcze zostać? – poprosiłam. – Tylko trochę?
Tak bardzo się za tobą stęskniłam. – Głos mi zadrżał.
– Skoro nalegasz… – powiedziała bez entuzjazmu.
– Możesz zatrzymać się u nas. Charlie będzie wniebowzięty.
– Nasz dom nadal stoi, Bello.
Zwiesiłam głowę zrezygnowana.
– Nasz dom nadal stoi – poprawiła się Alice – więc wpadnę skompletować walizkę ciuchów, żeby twój ojciec nie zdziwił, że podróżuję bez bagażu, dobrze?
Rzuciłam jej się na szyję.
– Dziękuję, ach, dziękuję! – zawołałam. – Jesteś wspaniała!
– A przedtem wybiorę się na krótkie polowanie – dodała. – Właściwie to muszę już lecieć. – Skrzywiła się.
Odsunęłam się od niej szybko.
– Wybacz. Zapomniałam.
– Będziesz umiała przez godzinę wstrzymać się z głupimi wybrykami?
Zanim zdążyłam się odezwać, powstrzymała mnie, przykładając sobie do ust palec. Zamknęła oczy. Na kilka sekund jej rysy wygładziły się nienaturalnie, jak gdyby pogrążyła się we śnie.
– Tak – ocknąwszy się, odpowiedziała sobie na własne pytanie. – Nic ci nie grozi. Przynajmniej dziś wieczorem. – Uśmiechnęła się ironicznie.