Saturn [pl]
- Автор: Бова Бен
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-15-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Saturn [pl]». Краткое содержание книги:
Holly podeszła na palcach do telefonu na ścianie przy kuchennych drzwiach i szybko zadzwoniła do Kris. Ktoś musi wiedzieć, że żyję, i że Kananga mnie ściga, powiedziała sobie w duchu.
Wyrecytowawszy szybko wiadomość dla Kris, wróciła do klapy, zeszła drabinką w dół i pobiegła prawie kilometr głównym tunelem, zanim osunęła się na podłogę, dysząc.
Ty tępa idiotko, pomyślała. Byłaś w cholernym magazynie i nie pomyślałaś o tym, żeby wziąć coś do jedzenia, głupia.
Żołądek potwierdził to głośnym burczeniem.
— Dzwoniła? — dopytywał się Kananga. — Kiedy? Skąd? Jego asystentka, odziana w czarną bluzę i spodnie, jakich Kananga wymagał od pracowników ochrony, odparła:
— Z magazynu kafeterii, prawie godzinę temu.
— Godzinę temu? — warknął Kananga, wstając od biurka. Kobieta zerknęła na palmtopa.
— Dokładnie pięćdziesiąt dwie minuty temu, proszę pana.
— I dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduję?
— Nie mamy pełnej obsady, proszę pana. Nie możemy monitorować wszystkich rozmów w habitacie w czasie rzeczywistym. To jest…
— Macie natychmiast uruchomić zautomatyzowany program. Wykorzystać zapis jej głosu, żeby rozpoznane cechy uruchamiały alarm. Natychmiast!
— Dobrze, proszę pana.
— Ta kobieta to niebezpieczna psychopatka. Trzeba ją złapać, zanim kogoś zabije!
Asystentka wyszła z biura Kanangi, uciekając przed jego wściekłym spojrzeniem.
Kananga powoli usiadł. Kafeteria. Oczywiście. Musi coś jeść. Po prostu wyślemy ekipy do kafeterii i restauracji. Prędzej czy później przyjdzie po jedzenie. I wtedy będziemy ją mieli.
Gaeta jeszcze nigdy nie przeżył zamieci, nigdy nie próbował przedzierać się przez zaspy śniegu przy wiejącym w twarz zimnym wietrze i kłujących płatkach śniegu.
Przez prawie pół minuty tkwił w najgwałtowniejszej zamieci, jaką był w stanie stworzyć dla niego Fritz. Dookoła niego latały lodowe kryształki, otaczając oślepiającym wirem błyszczącej, mieniącej się bieli. Stalowe kulki uderzały o opancerzony skafander tak głośno, że Gaeta bał się, że pęknie. Martwił się szczególnie o szybkę hełmu. Wiedział, że jest kuloodporna, ale jak naprawdę jest wytrzymała? Stał pod ostrzałem z broni maszynowej, obrzucany wystrzeliwanymi z ponaddźwiękową prędkością kulkami z nierdzewnej stali.
Przetrwał. Utrzymał się na nogach, a nawet wykonał kilka kroków pod prąd, w oślepiającą białą zawieję. Łomot kulek był tak głośny, że zagłuszał głos Fritza odliczający w słuchawkach czas.
Mógł tylko stać i trwać. I patrzyć na świecące na szybce hełmu kontrolki. Wszystkie cholerne światełka paliły się na zielono, wszystkie czujniki sygnalizowały, że skafander funkcjonuje prawidłowo. Och! Jedno zżółkło. Dostrzegł, że to nic ważnego: awaria smarowania jednego ze stawów kolanowych. Zaraz jednak włączyła się rezerwa i światełko przybrało zielony kolor.
Hałas był ogłuszający. Jakby tysiąc szalonych dzięciołów naraz zaatakowało skafander. Dlaczego ja się babram w tym gównie? Dlaczego życie upływa mi na umieraniu ze strachu po raz kolejny? Dlaczego w końcu nie wezmę tej forsy i nie pójdę na emeryturę, dopóki jeszcze mam obie ręce i nogi?
Jak stara śpiewka w głowie Gaety rozległa się odpowiedź: i co, porzucić showbiznes? Zaśmiał się głośno.
I wszystko się skończyło. Tak nagle, jak się zaczęło, wszystko znikło. Gaeta stał w niewygodnym skafandrze, a w uszach mu dzwoniło jak po bombardowaniu.
— Z czego się śmiejesz? — dopytywał się Fritz.
Gaeta nie przestawał się uśmiechać.
— Śmieję się niebezpieczeństwu w twarz, Fritz. Nie czytałeś tego w moich materiałach prasowych? Chyba sam to napisałeś.
Napełnienie odciętej części korytarza powietrzem i wydostanie Gaety ze skafandra zajęło im prawie pół godziny.
Fritz dokładnie przyjrzał się skafandrowi, badając każdy centymetr kwadratowy przez szkło powiększające.
— Powgniatany, ale cały — oznajmił.
— Więc możemy postępować według planu.
— Tak, sądzę, że tak.
Zabrzęczał komunikator Gaety. Otworzył go i zobaczył na małym ekranie Nadię Wunderly.
— Jeśli martwiłaś się o wynik testu…
— Nie, nie, nie! — wykrzyknęła z podnieceniem. — Tylko chciałam ci coś jak najszybciej powiedzieć. Jesteś największym szczęściarzem w Układzie Słonecznym!
— To znaczy?
— Będziemy świadkami przechwycenia! — Wunderly niemal krzyczała. — Trzy dni po naszym wejściu na orbitę Saturn przechwyci asteroidę z Pasa Kuipera!
— Co? Co to znaczy? Mów wolniej.
— Manny, mały odłamek pokrytej lodem skały zbliża się do Saturna od Pasa Kuipera, za Plutonem. Już wpadł w studnię grawitacji Saturna. Przeprowadziłam obliczenia. Wpadnie na orbitę Saturna i uderzy w sam środek pierścienia B! Trzy dni po naszym wejściu na orbitę Saturna!
— Trzy dni? — spytał Fritz patrząc Gaecie przez ramię na twarz Wunderly, na której malowała się ekstaza.
— Tak! Jeśli odłożysz swoją wycieczkę o trzy dni, możesz się znaleźć tam, gdzie nastąpi przejęcie!
KSIĘGA TRZECIA
Zgadzam się (…), że fałszywy i potępienia godny jest pogląd, jakoby Jowisz, Saturn i Księżyc miały mieszkańców, a przez „mieszkańców” rozumiem istoty podobne do nas, ludzi w szczególności. (…) Gdyby istniały jakiekolwiek przesłanki, że na Księżycu czy na którejkolwiek planecie mogą istnieć istoty żywe i rośliny, różniące się nie tylko od ziemskich, ale i od naszych najdziwniejszych wyobrażeń, ja ze swej strony nie potwierdzałbym ani nie zaprzeczał, ale pozostawił decyzję mądrzejszym ode mnie.