Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Róża Yorku». Краткое содержание книги:

Jesień 1922 roku. Tajemniczy kolekcjoner z Warszawy - Szymon Aronow zwany Kulawym - powierza księciu Morosiniemu, znawcy starych klejnotów, niebezpieczną misję odszukania czterech kamieni szlachetnych skradzionych niegdyś ze Świątyni Jerozolimskiej. Po odnalezieniu szafiru zwanego Błękitną Gwiazdą książę wyrusza do Anglii, gdzie ma się znajdować bezcenny diament - Róża Yorku. Zaczyna się szalona przygoda pełna niebezpieczeństw i emocji, bowiem ów kamień jest obiektem pożądania wielu osób, które zrobiłyby wszystko, aby go zdobyć. Jaką rolę odgrywa w tej sprawie młodziutka Polka - Anielka Solmańska, która pragnąc miłości i pomocy Morosiniego, zarazem zdaje się prowadzić własną, podwójną grę?
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75
Перейти на страницу:

- Do których i ja się zaliczam - dodał Vidal-Pellicorne. Komisarz dokończył drinka i nie chciał kolejnego. Zerknął na zegarek i wstał.

- Najwyższy czas, bym pozwolił panom odpocząć. Wyjeżdżacie jutro rano?

- Tak. Jutro wieczorem będziemy już we Francji, w drodze do Wenecji.

- Planujecie powrót do Anglii? - zapytał Warren po chwili wahania.

- Dlaczego nie? - stwierdził Adalbert. - Bardzo lubię ten dom i jestem ciekaw, co się wkrótce będzie działo w British Museum. Wcześniej wybiorę się może do Egiptu, ale zdziwiłbym się, gdyby mnie pan tu nie zobaczył za jakiś czas. A tam, gdzie jestem ja, pojawia się również Morosini!

Surowe rysy pterodaktyla rozjaśnił szeroki uśmiech.

- Wracajcie szybko! - powiedział. - Będzie mi miło znowu was zobaczyć.

I wyszedł, wymieniwszy wcześniej mocny uścisk dłoni z tymi, którym udało się zostać jego przyjaciółmi.

- Czy trochę się nie zagalopowałem, mówiąc mu o Solmańskim? - zapytał Aldo, który rozchylił zasłony i patrzył za odchodzącym komisarzem.

- Nie, postąpiłeś słusznie, bo wyeliminowanie tak niebezpiecznego wroga będzie dobre dla Szymona i dla misji, którą mamy do spełnienia. Podoba mi się pomysł zainteresowania tym typkiem osoby tak nieugiętej i upartej, jak Warren... To może nam bardzo ułatwić życie w przyszłości.

- Niewątpliwie, ale co pomyślałaby o tym Anielka?

- Jeśli o nią chodzi, to im szybciej o niej zapomnisz, tym lepiej będzie dla nas wszystkich!

Po tych mocnych słowach Adalbert nalał sobie nową porcyjkę wyśmienitego Napoleona, uzupełniwszy wcześniej szklaneczkę przyjaciela.

- Napijmy się za sukces! Jak tylko znajdziemy się we Francji, wyślemy ten przeklęty diament do szwajcarskiego banku Aronowa.

R óża Yorku

Kankiem dwudziestego czwartego grudnia Morosini i Vidal-Pellicorne przybyli na dworzec Santa Lucia po podróży, która przebiegła bez przeszkód. Tym razem kanał La Manche okazał się przyjazny, a komfort międzynarodowej Kompanii Wagonów Sypialnych jak zwykle bez zarzutu.

Adalbertowi dopisywał wyśmienity humor. Perspektywa spędzenia świąt w Wenecji, której nie widział od dłuższego czasu, zachwycała go, ale być może jeszcze bardziej zachwycała go możliwość zamieszkania w jednym z tych starych pałaców, których splendor go pociągał, gdy był młokosem. Myśl, że jeden z nich należy do jego przyjaciela, napełniała go szczęściem.

- Jak długo się znamy? - zapytał, kiedy po postoju w Mestre pociąg jechał wolno po grobli łączącej Wenecję ze stałym lądem.

- Od ostatniej wiosny. Chyba od kwietnia.

- To ciekawe! A mnie się wydaje, że znamy się o wiele dłużej, że razem się wychowywaliśmy lub studiowaliśmy, a nawet, że należymy do tej samej rodziny. Minęło dopiero kilka miesięcy, a jesteś dla mnie jak brat!

Wiedząc, że wzruszenie przyjaciela nie trwa zbyt długo i że czasem nawet żałuje swych uniesień, Aldo położył dłoń na jego ramieniu.

- I ja odczuwam to samo! - mruknął, ale szybko zmienił temat. - Popatrz, kopuły San Marco przypominają bańki mydlane leżące na wodzie! Będziemy mieć piękny dzień.

Po opuszczeniu wagonu sypialnego przyjaciele.skierowali się szybko ku wyjściu.

- Poprosiłem, żeby przypłynęła po nas gondola - powiedział Morosini. - Myślę, że spodoba ci się to bardziej niż przejazd motorówką.

- Z pewnością! Bardzo ci dziękuję!

Na nabrzeżu Canale Grandę, podobnie jak i na dworcu, kłębił się tłum. O tej godzinie tłoczyli się tutaj podróżni przyjeżdżający z Paryża, a także ci, którzy udawali się ekspresem do Wiednia. Powodowało to lekki zamęt i obaj mężczyźni z trudem przecisnęli się na brzeg, gdzie Zachariasz, wierny tradycjom gościnności, czekał na nich przy gondoli ozdobionej dwoma skrzydlatymi lwami z brązu, przycumowanej w pobliżu przystani vaporetta*.

*Yaporetto (wł.) - tramwaj wodny.

Ale zamiast obserwować tłum, by wypatrywać tych, których oczekiwał, majordomus był odwrócony plecami, więc pierwszy dostrzegł ich Zian wystrojony w piękny kapelusz ze wstążkami.

- No, Zachariaszu? - zapytał Morosini. - Nie interesujesz się nami?

Małżonek Ceciny odwrócił się, ale tylko po to, by wskazać na zbliżającą się łódź, która należała do hotelu Danieli.

- Proszę popatrzeć! - powiedział.

Na pokładzie była tylko jedna pasażerka: młoda, wiotka jak lilia dziewczyna, rudowłosa jak płomień, w kostiumie z zielonego aksamitu obszytym lisem. Morosini natychmiast ją rozpoznał. Tylko jedna głowa mogła nosić z taką zuchwałą elegancją zabawną, trójrożną czapeczkę, która zsuwała się na jedną brew.

Nie zajmując się dłużej otaczającymi go osobami, Aldo rzucił się w stronę pasażerki i wyciągnął dłoń, pomagając młodej kobiecie wysiąść z łodzi. Uśmiechnęła się bez najmniejszego zaskoczenia.

- Dowiedziałam się, że wraca pan dzisiaj, ale nie wiedziałam, o której godzinie.

- Gdyby pani wiedziała, zrobiłaby wszystko, żeby się ze mną nie spotkać?

- Nie ma powodu, żebym musiała tak postąpić... Wczoraj byłam w pałacu, żeby zabrać parę rzeczy i pożegnać się z Ceciną. Z przyjemnością zobaczyłam, że jest tam pani de Sommieres i Maria Andżelina, która, jak się wydaje, radzi sobie bardzo dobrze...

- Jest pani tutaj od dawna?

- Nie. Od dwóch dni. Jak pan widzi, nie mam wielu bagaży - dodała MinaLiza, wskazując na płaską walizkę i torbę ze skóry krokodyla, które pracownik hotelu Danieli wyciągnął z łodzi.

- Już pani wyjeżdża? Wraca pani do Zurychu?

- Och, nie! Jadę do Wiednia, aby spędzić święta Bożego Narodzenia z babcią... Chyba muszę się pospieszyć, aby nie wsiadać do pociągu w ostatniej chwili - dodała, patrząc na zegarek.

- Odprowadzę panią! - zdecydował Aldo, biorąc jej bagaże, ale zaprotestowała.

- Nigdy w życiu! To bardzo miło z pana strony, książę, ale przecież musi się pan zająć swoim towarzyszem i nie kazać czekać tym, którzy z niecierpliwością wyglądają pana w domu! Mam nadzieję, że spędzi pan miłe święta, a rok 1923 będzie spokojniejszy niż obecny.

Podała mu drobną dłoń w rękawiczce.

- Czy... zobaczymy panią jeszcze w Wenecji? - Aldo zapytał głosem, który wydał mu się ochrypły.

- Nie wiem... och, z pewnością! Nie zapomina się tak łatwo dawnej miłości... Czy może pan puścić moją rękę? Trudno byłoby mi się bez niej obejść - dodała z uśmiechem, który łagodził trochę poważny ton. - Do widzenia... - powiedziała, biorąc torbę podróżną, podczas gdy bagażowy zabrał jej walizkę. Potem ruszyła w kierunku dworca.

- Lizo!

Zatrzymała się, odwróciła i pomachała wolną ręką.

- Nie mam już czasu! Wesołych Świąt!

Chwilę później zniknęła w tłumie. Aldo stał nieruchomo, nieco zamyślony. Głos Adalberta sprowadził go na ziemię.

- Co powiedziała?

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)