Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
W Kraju Niewiernych - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

W Kraju Niewiernych

Электронная книга - «W Kraju Niewiernych». Краткое содержание книги:

W Kraju Niewiernych
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 131
Перейти на страницу:

– Gdzie pan był? – warknął Zielony Jasiu w odległą o metrpółtora twarz Muchobójcy. – Nie mógł pan chociaż wiadomości zostawić? Dlaczego się pan nie odezwał?

– Miałem rozwiązać problem – rzekł Muchobójca, ledwo uchyliwszy powieki; wykonał przy tym jakiś dziwny drygszarpnięcie barkami, ręce trzymając jednakże luźno opuszczone do samej podłogi. – I rozwiązałem. Nie będzie już kłopotów z duchami.

– Akurat! – parsknęła Siena, zajęta dolewaniem do shakera kolejnych trunków.

– Myśli pan, że uwierzymy na słowo? – Jasiu zmarszczył brwi. – Co pan właściwie zrobił?

– Wie pan już w ogóle, o co w tym chodzi? – spytał Pułaski, strzepując popiół gdzieś za siebie, w okolicę popielniczki ustawionej na środku stolika, o który się opierał. -Z tymi duchami. Mhm?

– Oczywiście.

– A zatem? – nacisnęła Rosanne. – Co jest, musimy tak z pana ciągnąć?

– Sądziłem, że zdam relację dyrektorowi.

– Nie ma go. Wróci pojutrze. Tymczasem zda pan ją nam.

– To znaczy komu?

– To znaczy mnie! – rozeźlił się Zielony Jasiu, pochylając się ku Muchobójcy. – Gadaj wreszcie!

Muchobójca starannie założył nogę na nogę, zamrugał, spojrzał na Jasia. Prócz oczu i ust twarz Muchobójcy pozostawała martwa, jakby ktoś zablokował nerwy zawiadujące jej mięśniami mimicznymi.

– To, rzecz jasna, były duchy mieszkańców Morrisona.

– Mieszkańców? Masz na myśli inteligentnych mieszkańców? – dociekała Rosanne.

– Tak.

– Zdechli i teraz straszą? – uśmiechnął się ironicznie Pułaski.

– Na Morrisonie nie występuje żaden inteligentny gatunek roślin, zwierząt czy euglenoidów – stwierdziła jednocześnie Rosanne.

– Może już wymarli! – zawołała Siena z wysokości barowej lady, przelewając koktajl z shakera do szklanki.

– Nie występuje i nigdy nie występował – warknęła Rosanne, oglądając się na d'Ascent. Siena wzniosła do niej niemy toast.

– Zwrot wektora czasu nie ma tu znaczenia – rzekł Muchobójca. – Duchy – czyli emanacje istot żywych, gdy one same nie żyją. Różne są magie.

Jasiu i Pułaski wymienili spojrzenia.

– Mówi pan – spytał z niedowierzaniem ten pierwszy – że one straszą wstecz?

Muchobójca milczał przez czas jakiś, najwidoczniej zastanawiając się nad odpowiednim sformułowaniem odpowiedzi; w zapadłej ciszy Siena d'Ascent grzechotała wrzuconymi do szklanki kostkami lodu.

– To też nie jest prawda – rzekł wreszcie. Czekali na ciąg dalszy. Nie było.

– Więc jaka jest ta prawda? – wycedził Zielony Jasiu.

– Różne są magie – powtórzył spokojnie Muchobójca. -Czarujesz, jak widzisz. Jak słyszysz. Jak czujesz. Jak żyjesz. Człowiek. Nieczłowiek. Czym jest czas dla drzewa? I dalej. Czym czas nie jest? Jeśli umierasz – to dokąd? dokiedy?

– Ależ to jest bełkot! – żachnęła się Rosanne. – Co pan tak naprawdę wie? Co właściwie udało się panu osiągnąć? I znów wpadła jej w słowo d'Ascent:

– Mówi pan, że to są duchy przyszłych mieszkańców Morrisona; ale z jakiej jego przyszłości?

– Przymknij się, Siena! – szczeknął na nią Zielony Jasiu.

– Nie, nie! – Pułaski zamachał ręką z petem. – Słusznie pyta. Przeszłość jest jedna, ale przyszłości wiele. Analogicznie: przed miliardem lat na Ziemi straszyć by mogły zarówno humanoidy, jak i dinozaury, i Bóg wie co jeszcze; lecz ostatecznie zawęziło się to do nas. Dobrze mówię, panie Mrozowicz? To jest ta logika. Ale kto straszy tutaj?

Czyżby to duchy wszystkich możliwych Morrisonowców biły się między sobą o przyszłe władanie globem? Hę?

– Kompletny idiotyzm – mruknął Zielony Jasiu, drapiąc się po karku.

– Biją się z nami – rzekł Muchobójca.

– Że co?

– Zaraz, zarazi – wtrąciła się Rosanne. – Wyjaśnijmy sobie najpierw, żeby nie było potem nieporozumień: tu chodzi o rdzennych mieszkańców Morrisona, nie jakichś przybyszy z innych planet. Tak?

– Tak – stwierdził Muchobójca.

– Co to znaczy, że biją się z nami? – natarł Zielony Jasiu. – O co niby się biją? O Smoka?

– O siebie.

– Więc czemu akurat upatrzyły sobie Smoka?

– Przypuszczam, że po prostu dlatego, iż wy przykładacie doń tak dużą wagę. Uderzają w miejsce najczulsze.

– Przypuszczasz?

– Przecież ich nie rozumiem. To nie jest moje piękno, to nie jest moja miłość.

– Słucham?

– Przepraszam. Nieważne.

– Ja wciąż nie pojmuję… – zaczął Pułaski.

– Czego niby nie pojmujesz? – parsknęła Siena, przykładając sobie zimną szklankę do szyi. – Wszystko jasne. Chcą nas przegonić, zanim tak przerobimy Morrisona, że nie wyewoluuje na nim żadna inteligencja, a więc i oni. Bardzo pragmatyczne duchy, nie powiem… Ich zdrowie!

Przez chwilę trawili słowa d'Ascent.

– Kompletny idiotyzm! – wybuchnął w końcu Zielony Jasiu, czepiając się tego hasła niczym koła ratunkowego. – Logiki za grosz! Bajki, bajki nam opowiada!

– Bajki jak bajki, duchy widziałam na własne oczy… -zamamrotała Siena, zezując w głąb pustej już szklanicy.

– Panie Mrozowicz. – Pułaski odrzucił niedopałek i zamachał ręką, by ściągnąć na siebie spojrzenie Muchobójcy. – Niech pan zastanowi się przez chwilę. Załóżmy, że się nie wycofamy i wytrujemy tu całą rdzenną florę i faunę i co tu jeszcze żyje; nie będzie więc w przyszłości żadnych Morrisonowców, prócz mieszkających tu ludzi. Kto zatem, do ciężkiej cholery, straszy w Smoku? Czyje duchy? No? Słucham pana.

Muchobójca myślał chyba z minutę, po czym rzekł:

– Nie dostrzegam żadnej sprzeczności. Pułaski głośno wypuścił powietrze z płuc, wzniósł oczy ku sufitowi.

– Poddaję się – stęknął. – To wariat. Muchobójca wbił weń suchy wzrok.

– Pan mnie obraża – oznajmił.

– Pan obraża moją inteligencję – odpalił mu Pułaski.

– Pan mnie obraża – powtórzył Muchobójca i wstał.

– No, no, no, tylko bez takich… – podniósł głos Pułaski, zadzierając głowę i cofając się za stolik.

– Panie Mrozowicz, daj pan spokój, burdy jakieś będzie pan tu urządzał, bądźmy poważni… – mitygował Zielony Jasiu.

Muchobójca usiadł.

– Przepraszam. Nie powinienem.

– Powiedział pan, że już nie będą sprawiać problemów – podjęła po chwili Rosanne. – Co pan zrobił, egzorcyzmował ich?

– Nie posiadam ich magii – odparł Muchobójca.

– A czyją pan posiada? – parsknęła Siena, rozglądając się po półkach w poszukiwaniu trunków do następnego koktajlu.

– Co pan zrobił z duchami? – zaakcentowała Rosanne, nie pozwalając zdryfować rozmowie w bok.

– Zawarłem układ.

– Układ?

– Układ. Nie będą przeszkadzać.

– A jakiż układ mógł pan z nimi zawrzeć? – zdumiał się Pułaski. – Cóż takiego mógł im pan zaproponować w zamian za, według pana słów, skazanie na niebyt?

– Wydymał ich i tyle – zaśmiała się Siena. – Orżnął duchy na śmierć i życie! Hę, hę, hę! Zielony Jasiu pogroził jej pięścią.

– Poszedł pan do Smoka i wynegocjował całkowite wycofanie się duchów z Morrisona, tak? – chciała się upewnić Rosanne.

– Czy ja dobrze rozumiem? – zaniepokoił się Pułaski, odsuwając się pospiesznie aż pod bar. – On tu przylazł prosto ze Smoka?

– Aha – przytaknęła mu rozbawiona d'Ascent.

– Czy ktoś ma przy sobie geigera?

– Rany boskie! – Zielony Jasiu poderwał się z krzesła, przewracając je zresztą, i skoczył w tył. – Hosannę, ty go nie zbadałaś…?!

Rosanne zmieszała się.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 131
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)