W Kraju Niewiernych
- Автор: Дукай Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «W Kraju Niewiernych». Краткое содержание книги:
– Gdzie pan był? – warknął Zielony Jasiu w odległą o metrpółtora twarz Muchobójcy. – Nie mógł pan chociaż wiadomości zostawić? Dlaczego się pan nie odezwał?
– Miałem rozwiązać problem – rzekł Muchobójca, ledwo uchyliwszy powieki; wykonał przy tym jakiś dziwny drygszarpnięcie barkami, ręce trzymając jednakże luźno opuszczone do samej podłogi. – I rozwiązałem. Nie będzie już kłopotów z duchami.
– Akurat! – parsknęła Siena, zajęta dolewaniem do shakera kolejnych trunków.
– Myśli pan, że uwierzymy na słowo? – Jasiu zmarszczył brwi. – Co pan właściwie zrobił?
– Wie pan już w ogóle, o co w tym chodzi? – spytał Pułaski, strzepując popiół gdzieś za siebie, w okolicę popielniczki ustawionej na środku stolika, o który się opierał. -Z tymi duchami. Mhm?
– Oczywiście.
– A zatem? – nacisnęła Rosanne. – Co jest, musimy tak z pana ciągnąć?
– Sądziłem, że zdam relację dyrektorowi.
– Nie ma go. Wróci pojutrze. Tymczasem zda pan ją nam.
– To znaczy komu?
– To znaczy mnie! – rozeźlił się Zielony Jasiu, pochylając się ku Muchobójcy. – Gadaj wreszcie!
Muchobójca starannie założył nogę na nogę, zamrugał, spojrzał na Jasia. Prócz oczu i ust twarz Muchobójcy pozostawała martwa, jakby ktoś zablokował nerwy zawiadujące jej mięśniami mimicznymi.
– To, rzecz jasna, były duchy mieszkańców Morrisona.
– Mieszkańców? Masz na myśli inteligentnych mieszkańców? – dociekała Rosanne.
– Tak.
– Zdechli i teraz straszą? – uśmiechnął się ironicznie Pułaski.
– Na Morrisonie nie występuje żaden inteligentny gatunek roślin, zwierząt czy euglenoidów – stwierdziła jednocześnie Rosanne.
– Może już wymarli! – zawołała Siena z wysokości barowej lady, przelewając koktajl z shakera do szklanki.
– Nie występuje i nigdy nie występował – warknęła Rosanne, oglądając się na d'Ascent. Siena wzniosła do niej niemy toast.
– Zwrot wektora czasu nie ma tu znaczenia – rzekł Muchobójca. – Duchy – czyli emanacje istot żywych, gdy one same nie żyją. Różne są magie.
Jasiu i Pułaski wymienili spojrzenia.
– Mówi pan – spytał z niedowierzaniem ten pierwszy – że one straszą wstecz?
Muchobójca milczał przez czas jakiś, najwidoczniej zastanawiając się nad odpowiednim sformułowaniem odpowiedzi; w zapadłej ciszy Siena d'Ascent grzechotała wrzuconymi do szklanki kostkami lodu.
– To też nie jest prawda – rzekł wreszcie. Czekali na ciąg dalszy. Nie było.
– Więc jaka jest ta prawda? – wycedził Zielony Jasiu.
– Różne są magie – powtórzył spokojnie Muchobójca. -Czarujesz, jak widzisz. Jak słyszysz. Jak czujesz. Jak żyjesz. Człowiek. Nieczłowiek. Czym jest czas dla drzewa? I dalej. Czym czas nie jest? Jeśli umierasz – to dokąd? dokiedy?
– Ależ to jest bełkot! – żachnęła się Rosanne. – Co pan tak naprawdę wie? Co właściwie udało się panu osiągnąć? I znów wpadła jej w słowo d'Ascent:
– Mówi pan, że to są duchy przyszłych mieszkańców Morrisona; ale z jakiej jego przyszłości?
– Przymknij się, Siena! – szczeknął na nią Zielony Jasiu.
– Nie, nie! – Pułaski zamachał ręką z petem. – Słusznie pyta. Przeszłość jest jedna, ale przyszłości wiele. Analogicznie: przed miliardem lat na Ziemi straszyć by mogły zarówno humanoidy, jak i dinozaury, i Bóg wie co jeszcze; lecz ostatecznie zawęziło się to do nas. Dobrze mówię, panie Mrozowicz? To jest ta logika. Ale kto straszy tutaj?
Czyżby to duchy wszystkich możliwych Morrisonowców biły się między sobą o przyszłe władanie globem? Hę?
– Kompletny idiotyzm – mruknął Zielony Jasiu, drapiąc się po karku.
– Biją się z nami – rzekł Muchobójca.
– Że co?
– Zaraz, zarazi – wtrąciła się Rosanne. – Wyjaśnijmy sobie najpierw, żeby nie było potem nieporozumień: tu chodzi o rdzennych mieszkańców Morrisona, nie jakichś przybyszy z innych planet. Tak?
– Tak – stwierdził Muchobójca.
– Co to znaczy, że biją się z nami? – natarł Zielony Jasiu. – O co niby się biją? O Smoka?
– O siebie.
– Więc czemu akurat upatrzyły sobie Smoka?
– Przypuszczam, że po prostu dlatego, iż wy przykładacie doń tak dużą wagę. Uderzają w miejsce najczulsze.
– Przypuszczasz?
– Przecież ich nie rozumiem. To nie jest moje piękno, to nie jest moja miłość.
– Słucham?
– Przepraszam. Nieważne.
– Ja wciąż nie pojmuję… – zaczął Pułaski.
– Czego niby nie pojmujesz? – parsknęła Siena, przykładając sobie zimną szklankę do szyi. – Wszystko jasne. Chcą nas przegonić, zanim tak przerobimy Morrisona, że nie wyewoluuje na nim żadna inteligencja, a więc i oni. Bardzo pragmatyczne duchy, nie powiem… Ich zdrowie!
Przez chwilę trawili słowa d'Ascent.
– Kompletny idiotyzm! – wybuchnął w końcu Zielony Jasiu, czepiając się tego hasła niczym koła ratunkowego. – Logiki za grosz! Bajki, bajki nam opowiada!
– Bajki jak bajki, duchy widziałam na własne oczy… -zamamrotała Siena, zezując w głąb pustej już szklanicy.
– Panie Mrozowicz. – Pułaski odrzucił niedopałek i zamachał ręką, by ściągnąć na siebie spojrzenie Muchobójcy. – Niech pan zastanowi się przez chwilę. Załóżmy, że się nie wycofamy i wytrujemy tu całą rdzenną florę i faunę i co tu jeszcze żyje; nie będzie więc w przyszłości żadnych Morrisonowców, prócz mieszkających tu ludzi. Kto zatem, do ciężkiej cholery, straszy w Smoku? Czyje duchy? No? Słucham pana.
Muchobójca myślał chyba z minutę, po czym rzekł:
– Nie dostrzegam żadnej sprzeczności. Pułaski głośno wypuścił powietrze z płuc, wzniósł oczy ku sufitowi.
– Poddaję się – stęknął. – To wariat. Muchobójca wbił weń suchy wzrok.
– Pan mnie obraża – oznajmił.
– Pan obraża moją inteligencję – odpalił mu Pułaski.
– Pan mnie obraża – powtórzył Muchobójca i wstał.
– No, no, no, tylko bez takich… – podniósł głos Pułaski, zadzierając głowę i cofając się za stolik.
– Panie Mrozowicz, daj pan spokój, burdy jakieś będzie pan tu urządzał, bądźmy poważni… – mitygował Zielony Jasiu.
Muchobójca usiadł.
– Przepraszam. Nie powinienem.
– Powiedział pan, że już nie będą sprawiać problemów – podjęła po chwili Rosanne. – Co pan zrobił, egzorcyzmował ich?
– Nie posiadam ich magii – odparł Muchobójca.
– A czyją pan posiada? – parsknęła Siena, rozglądając się po półkach w poszukiwaniu trunków do następnego koktajlu.
– Co pan zrobił z duchami? – zaakcentowała Rosanne, nie pozwalając zdryfować rozmowie w bok.
– Zawarłem układ.
– Układ?
– Układ. Nie będą przeszkadzać.
– A jakiż układ mógł pan z nimi zawrzeć? – zdumiał się Pułaski. – Cóż takiego mógł im pan zaproponować w zamian za, według pana słów, skazanie na niebyt?
– Wydymał ich i tyle – zaśmiała się Siena. – Orżnął duchy na śmierć i życie! Hę, hę, hę! Zielony Jasiu pogroził jej pięścią.
– Poszedł pan do Smoka i wynegocjował całkowite wycofanie się duchów z Morrisona, tak? – chciała się upewnić Rosanne.
– Czy ja dobrze rozumiem? – zaniepokoił się Pułaski, odsuwając się pospiesznie aż pod bar. – On tu przylazł prosto ze Smoka?
– Aha – przytaknęła mu rozbawiona d'Ascent.
– Czy ktoś ma przy sobie geigera?
– Rany boskie! – Zielony Jasiu poderwał się z krzesła, przewracając je zresztą, i skoczył w tył. – Hosannę, ty go nie zbadałaś…?!
Rosanne zmieszała się.