Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3
Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3». Краткое содержание книги:

PAN Z WAMI. Jako i ogród jego. Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, umilkną telefony. Tu włada magia.
WŁADZA… Wystarczyło zaledwie czworo obdarzonych jej pełnią Ziemian, by z planety Midgaard uczynić prawdziwe piekło.
VUKO DRAKKAINEN… Podąża śladami ich przerażającego szaleństwa. Z misją: Zlikwidować! Wsadzić do promu i odesłać na Ziemię, albo zabić. I pogrzebać na bagnach. Problem w tym, że oni stali się… Bogami.
FILAR, cesarski syn, w krótkim życiu zaznał już losu władcy i wygnańca, wodza i niewolnika. Podąża ku przeznaczeniu, szukając ratunku dla swego skazanego na zagładę świata. Podobnie jak Vuko, i jego próbowano już zabić na najprzeróżniejsze sposoby.
Wsiadasz? Lodowy drakkar topnieje…
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 93
Перейти на страницу:

Benkej grał bez końca, jakby sam się do tego zmuszał, coraz głośniej.

A później wstał, podszedł do mnie i znienacka trącił w ramię, przewracając na ziemię. Porwałem się na nogi z gniewem, ale on wciąż stał przede mną i grał.

– Tańcz, tohimonie – powiedział, odejmując na chwilę flet od ust. – Obudź się i tańcz. Myśl o dobrych rzeczach, które cię spotkały w życiu. Przypomnij sobie o pięknych kobietach, które miałeś w swoim pałacu, o palmowym winie, które wypiłeś, o przyjaciołach i krewnych. Tańcz!

– Zostaw mnie, głupcze – odrzekłem z gniewem. – Czy jest coś bardziej czczego i głupiego niż taniec?

On jednak znienacka kopnął mój miecz tak, że poleciał w krzaki na brzegu strumienia, i nadal grał, trzymając flet jedną ręką, po czym drugą dobył swojego ostrza.

– Tańcz – powtórzył znowu. – Tańcz, bo zabiję. Mnie także chce się płakać albo i umrzeć, i dlatego musimy tańczyć. To, co się z nami dzieje, nie jest naturalne. Tańcz więc, tohimonie!I znowu przyłożył fujarkę do ust, po czym zaczął drobić nogami i podskakiwać w miejscu, wymachując mieczem tak blisko mojej głowy, że musiałem się uchylić.

– Bardzo dobrze! – zawołał. – Tańcz! Tańcz i śpiewaj o koziołku!

Znów świsnęło ostrze, a ja z trudem odskoczyłem do tyłu. Benkej ciął w dół i musiałem zabrać nogę, boby mi ją przerąbał.

– Doskonale! Teraz druga! – krzyknął i machnął mieczem.

Chcąc nie chcąc zacząłem w końcu tańczyć, przekonany, że zwariował, a on grał tę przeklętą melodię. Śpiewałem i podskakiwałem, on skakał i grał, a nasze konie patrzyły z osłupieniem na to przedstawienie. Tańczyliśmy bardzo długo, aż obaj słanialiśmy się na nogach cali zlani potem.

I nagle wszystko minęło. Nadal czułem przygnębienie, ale zacząłem się jakby budzić i rozumieć, że Benkej ma rację, więc podskakiwałem niczym małpa i darłem się, wykrzykując tę głupią pijacką śpiewkę posępnym górskim turniom, mgle i strumieniowi, a smutek odsuwał się ode mnie.

Wreszcie obaj przestaliśmy skakać. Ja siadłem na kępie trawy, zaś Benkej schował swoją fujarkę i obmył twarz wodą z potoku.

Teraz byliśmy w stanie wziąć się do zwykłych obozowych prac. Rozsiodłać i spętać konie, naznosić drągów na ognisko. Benkej zabrał łuk i długie strzały, po czym wszedł do strumienia, brodząc w wodzie z grotem zanurzonym pod powierzchnią. Udało mu się trafić trzy duże ryby, które oprawiliśmy i upiekliśmy na patykach.

Przez cały czas czułem się dziwnie, ale nie dopadało mnie już przygnębienie, zamiast tego słyszałem niepokojące szelesty wśród liści, jakby szepty i szmery. Nie widziałem jednak niczego, ani zwierząt, ani ludzi. Zaczęło się to, kiedy zabraliśmy się do oprawiania ryb. Kiedy ich krew zmieszała się z wodą, a splątane wnętrzności popłynęły z nurtem, nagle rozległ się przeraźliwy krzyk ptaków, które gwałtownie wzbiły się w niebo, liście zaszumiały, jakby zerwał się wiatr, i wydało mi się, że ziemia zadrżała.

Pomyślałem, że może trafiliśmy na uroczysko. Jednak rośliny były zwyczajne, nie znalazłem też śladów martwych zwierząt ani rzeczy, które zmieniałyby naturę, ani niczego, co świadczyłoby, że w okolicy leży zagubione imię boga.

Przenieśliśmy się w końcu dalej z biegiem potoku i tam rozbiliśmy obóz. Jednak drzewa i krzaki wciąż kołysały się wokół naszego ogniska i żwirowej łachy na brzegu, jakby targał nimi wicher, mimo że nadal było spokojnie. Dziesiątki razy któryś z nas wstawał i z mieczem w ręku przepatrywał gałęzie, i nie znajdował niczego.

Zapadł zmierzch i co trochę wciąż słyszeliśmy szepty i szelesty. Co chwilę milkliśmy i nasłuchiwaliśmy. Kilka razy nawet ostrożnie zawołaliśmy, lecz odpowiedziała nam cisza.

– Czy wydaje ci się, że słyszysz jakieś słowa? – zapytał Benkej.

– Wydaje mi się, że słyszę, jakby szeptano „krew, krew!” w mowie Wybrzeża – przyznałem.

– Ja słyszę to samo. Ale czasem słyszę też „śmierć”.Kilka razy, kiedy wchodziłem w krzewy z płonącą pochodnią w jednym ręku i mieczem w drugim, coś małego czmychnęło między źdźbła i gałęzie, coś z trzepotem wyfrunęło w ciemność, muskając niemal moją twarz.

Zapewne nocny gryzoń lub ćma albo nietoperz.

Jednak wciąż słyszałem szepty.

Za plecami.

W ciemnościach. Tam, gdzie akurat nie patrzyłem.

Konie parskały i rżały w przerażeniu, musieliśmy je przywiązać, by nie uciekły nam w dolinę.

Niewiele spaliśmy tej nocy, pilnując na zmianę i na zmianę kładąc się w pancerzach na posłaniu, z mieczem w dłoni. Kiedy wypadała moja zmiana, siedziałem, dokładając do ognia, i patrzyłem w mrok, poza bezpieczny krąg ciepłego, pomarańczowego światła, gdzie stała gęsta ciemność jak zasłona, skąd dochodziły szepty i chichoty. Te chichoty wydawały mi się najbardziej złowieszcze, bo brzmiały, jakby to dokazywały dzieci, lecz dzieci ze szczętem złe i z pewnością niebezpieczne. Nie wiedziałem, skąd coś podobnego przychodzi mi do głowy, ale dawno tak się nie bałem.

Czasem, gdy ogień przygasał nieco, widziałem, że w mroku jarzą się czyjeś oczy. Płonęły mdłym, zielonkawym światłem, czasem odbijały na czerwono blask ogniska i przygasały. Nikt nas jednak nie atakował, tylko ze dwa razy z krzaków wypadł mały kamyczek, który potoczył się po żwirze albo wpadł do wody.

Szelesty, chichoty i szepty. I tak do rana.

Myślałem, że zdecydowanie wolałbym ryk dzikich bestii. Wolałbym, żeby coś rzuciło się na nas z krzaków, wolałbym dobyć miecza i walczyć. Zamiast tego musiałem czuwać ze spoconymi palcami ściskającymi rękojeść miecza, napięty jak cięciwa i zmęczony.

Benkej zmienił mnie późno w noc, ale zasypiałem tylko na chwilę i budziłem się na szelest liści, chichot albo trzepot skrzydeł, jak dziecko, które po raz pierwszy nocuje poza domem.

Ocknąłem się o świcie, kiedy niebo robiło się już szare. W otulonej grzbietami górskimi dolinie nie dało się zobaczyć brzasku ani wschodu słońca, tylko smolista ciemność ustępowała szarości.

Znów próbowaliśmy ustrzelić jakieś ryby, lecz wszystkie znikły, choć poprzedniego dnia widzieliśmy je przemykające wśród kamieni i stojące w kryształowej wodzie w rozlewiskach strumienia dosłownie co krok. Znikły ptaki. Nie zdołaliśmy znaleźć ani węża, ani ślimaka, ani w ogóle niczego, co nadawałoby się do zjedzenia.

Natomiast wciąż słyszeliśmy wokół szelesty i szepty.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, i to spiesznie, pragnąc opuścić dolinę. Czekała nas długa marszruta na dół, gdzie rozciągały się lasy i łąki, potem wzdłuż strumienia szeroką równiną, w kierunku zamglonych szczytów na północy, gdzie należało poszukać jakiejś przełęczy. Dolina była duża i wątpiliśmy, by dało się ją opuścić jednego dnia. Wśród skał i lasów czasem jedna staja to odległość, którą przemierza się całymi dniami, jeśli teren jest trudny, trzeba kluczyć albo przedzierać się przez przeszkody.

Tu znaleźliśmy ścieżkę biegnącą zygzakiem przez las opodal strumienia, więc powinniśmy wędrować szybko, a jednak tak się nie działo. Kiedy widzieliśmy ją z góry, zapraszała do wędrówki, zwłaszcza że wiodła na północ.Kiedy nią ruszyliśmy, drogę zaczęły nam przegradzać bagna, skały i zwalone drzewa, choć przysiągłbym, że niczego takiego przedtem na niej nie było. Na domiar złego zza górskich szczytów spłynęła mgła i zalała dolinę niczym mętna woda. Przedzieraliśmy się przez opar, wśród pokręconych gałęzi drzew, które wyglądały, jakby splatały się specjalnie, by nas zatrzymać, albo jakby wyciągały w naszym kierunku konary pokręcone niczym drapieżne szpony.

Brnęliśmy jednak dalej. Przed siebie. Na północ.

Chyba na północ. Nie było widać słońca, zewsząd otaczały nas krzewy, a ścieżka wiła się wśród bagien, skał i porośniętych grzybami oraz mchem zwalonych pni.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 93
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)