Święty płomień [Holy Fire - pl]
- Автор: Стерлинг Брюс
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-48-X
- Переводчик: Krzysztof Sokolowski
- Жанр: Киберпанк
Электронная книга - «Święty płomień [Holy Fire - pl]». Краткое содержание книги:
Antonio wraz z dwójką przyjaciół z zapałem pracował przy maszynie do koktajli. Właściwe jej użycie było czymś w rodzaju sztuki zachowania się przy stole, wymagało opanowania, wdzięku, zdolności przewidywania oraz umiejętności przywiązywania uwagi do detali. Narkomani nie mają żadnej z tych cech. Byli nieskoordynowani, niezdarni, tyle że pełni zapału. Byli też na haju, toteż popełniali mnóstwo drobnych błędów. Gdy tylko popełnili błąd, natychmiast wycofywali się i próbowali znaleźć jakieś rozwiązanie. Maya miała wrażenie, że obserwuje trzy małe pajączki, krok po kroku przygotowujące się do zjedzenia złapanego w siatkę, walczącego o życie owada.
Zdarżała gwałtownie. Brett delikatnie pogłaskała ja po ramieniu.
— Nie bój się — powiedziała.
Maya nie bała się, póki Brett nie wspomniała o strachu. Strach pojawił się wówczas, oczywiście, nagle pojawił się chłodny prąd strachu, wypływający z przepełnionego nim naczynia, niczym z bezbrzeżnego czarnego oceanu. Lecz… czego właściwie ma się bać? Dlaczego ma nagle wpaść w panikę? Przecież nie ma powodu do strachu… oczywiście, nie ma powodu, tylko że poddała się pożądaniu. Pożądanie wrosło w jej starzejący się mózg nowymi warstwami połączeń nerwowych. Jej młodzieńcza joie de vivre była w każdym calu tak sztuczna, jak pajęcze podrygi narkomanów. Oni marzyli o syntetycznym raju, ona stała się syntetycznym rajem.
Snuła się tam i siam po Europie, wierząc, że nikt nigdy nie odkryje prawdy, jakim cudem jednak mogła ukryć prawdę? Zwykła bezczelność sprawiła, że udało się jej przeżyć trzy miesiące poza prawem, strzeżonej wyłącznie przez zwariowany pozór doskonałego szczęścia i bezwzględnej pewności siebie. Gładka skórka kryjąca proste oszustwo. Szła mostem zawieszonym nad niewiarą ludzi. Tylko ktoś oślepiony szalonym podnieceniem uwierzyłby, że taka sytuacja może trwać wiecznie.
Oczywiście, że zostanie złapana. Oczywiście, że kiedyś w końcu się potknie. Ponura rzeczywistość w każdej chwili może przebić materię jej fantazji swym ostrym rogiem nosorożca. Zdemaskowanie i zdrada nadejść mogą z dowolnego kierunku kompasu. Ze strony Paula, który wiedział zbyt wiele. Ze strony Josefa, gdyby Josefowi zachciało się kiedyś zrobić cokolwiek. Ze strony Benedetty, która rzuciłaby się na nią jak furia, gdyby tylko zaczęła coś podejrzewać. A co, jeśli Emil zatęskni za nią i postanowi poprosić o pomoc policję?
Fala tych strasznych przeczuć powinna wystarczyć, by Maya na czworakach i na oślep zaczęła szukać wyjścia z budynku, okrutna szczerość narkotyku zatrzymała ją jednak na miejscu. Powiedzmy, że ucieknie jeszcze raz. Załóżmy, że wskoczy do pociągu do Władywostoku, do Ułan Bator albo do Johannesburga… co się stanie, jeśli zachoruje? Jeśli pojawią się jakieś skutki uboczne kuracji? Jak ona, ekonomistka medyczna, mogła w ogóle zachować się aż tak głupio? Jasne przecież, że kuracja tak skomplikowana, jak NTRDK, musi mieć jakieś skutki uboczne — to dlatego jej twórcy błysnęli intelektem i postanowili poddać ją wnikliwej obserwacji. Pragnęli obserwować i badać nieoczekiwane skutki uboczne, przede wszystkim te świadczące o szybkim przyroście tkanki, paznokcie, włosy…
Maya spojrzała na obgryzione paznokcie i jęknęła boleśnie. Jak mogła zrobić sobie coś takiego. Jest potworem. Jest potworem, który uciekł z klatki, i w najlepszym interesie wszystkich, których znała, było wpakowanie jej tam z powrotem.
Zadrżała w beznadziejnym strachu.
— Może nie powinnam dać ci aż tyle — powiedziała zatroskana Brett. — Ale nie chciałam, żebyś wzięła odrobinę lacrimogenu, przejechała sobie przez niego ze śpiewem na ustach i zmusiła mnie do rzucenia go.
— Jestem potworem — jęknęła Maya. Wargi jej drżały.
Brett przytuliła ją mocno.
— Wszystko będzie dobrze, kochanie — powiedziała. — Wcale nie jesteś potworem. Wszyscy wiedzą, że jesteś bardzo piękna. Najlepiej, żebyś sobie popłakała. Przy lacrimogenie płacz zawsze pomaga.
— Jestem potworem — powtórzyła Maya i posłusznie rozpłakała się.
— Jeszcze nigdy nie spotkałam pięknej dziewczyny bez kompleksów — stwierdziła Brett.
Antonio podszedł do nich chwiejnie. Zajrzał do plecaka.
— Dobrze się czuje? — spytał. — Jak to znosi?
— Nie najlepiej — odparła Brett. — Co to za zapach?
— Przypaliliśmy próbkę — wyjaśnił Antonio. — Musimy ją spłukać i zacząć od nowa.
— Jak to „spłukać”? — Brett wyraźnie się zaniepokoiła. Antonio gestem wskazał drzwi. Brett gwałtownie usiadła w hamaku, rozhuśtując go, aż mógł przyprawić o mdłości.
— Słuchaj, nie wolno przecież spłukiwać popsutych nalewek w toalecie. Oszalałeś, czy co? Popsutą nalewkę trzeba rozłożyć w aparaturze! Człowieku, ścieki są przecież monitorowane. Nie można wylewać produktów nieudanej reakcji chemicznej wprost do kanalizacji. Mogą być toksyczne, rakotwórcze! Monitory środowiskowe oszaleją!
— Spłukiwaliśmy już nieudane próbki — tłumaczył cierpliwie Antonio. — Robimy to przez cały czas.
— Nieudane lacrimogeny?
— Nie, entheogeny. Ale nie mieliśmy nigdy żadnych problemów.
— Jesteś nieodpowiedzialnym socjopatą, któremu obojętny jest los niewinnych ludzi — powiedziała Brett ponuro, gorzko i całkowicie prawdziwie.
Antonio uśmiechnął się, być może nieco już rozgniewany lecz zbyt uprzejmy, by okazać gniew.
— Po lacrimogenie zawsze jesteś taka nieprzyjemna, Natalie. Jeśli nadal pragniesz być taka nieprzyjemna, znajdź sobie chłopca. Przygoda miłosna załatwi ci równie nieprzyjemne przeżycia.
Jedna z kobiet podeszła do nich, powłócząc nogami.
— Natalie, to nie jest San Francisco — próbowała wyjaśnić. — To rzymskie ścieki, najstarsze na świecie. Przykrywają katakumby i zalane wille, stare świątynie wzniesione ku czci dziewic, mozaiki, kości chrześcijan… — Mrugnęła szybko kilka razy, zachwiała się. — Zły lacrimogen nie uczyni rzymskich duchów bardziej żałosnymi.
Brett potrząsnęła głową.
— Powinniście wyczyścić sprzęt, puścić diagnostykę i zdekomponować wadliwy produkt. Tak to się robi. Nie mam nic więcej do powiedzenia.
— Za bardzo się zmęczyliśmy. — Antonio westchnął. — Chcesz lacrimogenu, czy go nie chcesz?
— Nie chcę niczego z tego zestawu. Myślicie, że oszalałam? Mogliście mnie otruć! — I Brett wybuchnęła płaczem.
Leżący na hamaku narkoman, wielki, tęgi, o groźnych łukach brwiowych i nie golonej od paru dni brodzie, oprzytomniał, słysząc płacz.
— Nie przeszkadzam wam? — spytał po angielsku z wyraźnym irlandzkim akcentem. — Czytajcie głośno, kochani, rozmawiajcie, bawcie się dobrze, ale nie kłóćcie się, nie spierajcie, a przede wszystkim nie płaczcie.
— Bardzo cię przepraszam, Kurt — powiedział Antonio. Trzymał w ręku spodeczek. Zaniósł go do łazienki. Rozległo się brzęczenie staroświeckiego łańcuszka, bulgot wody.
Kurt usiadł.
— No proszę, jakiego ślicznego mamy tu dziś gościa — stwierdził.
— Jest na lacrimogenie. — Brett próbowała bronić Mayi.
— Dziewczyny na lacrimogenie potrzebują mężczyzn — oznajmił basem Kurt. — Przytul się do mnie, kochanie. Płacz, aż zaśniesz.
— Nie sypiam z nikim tak brudnym — wybełkotała Maya.
— Kobiety na lacrimogenie są także wyjątkowo nietaktowne — dodał Kurt. Przewrócił się na bok i hamak zaskrzypiał.
Przez chwilę panowała cisza. W końcu Antonio wziął książkę i powrócił do głośnej lektury.
— Zdradzę ci pewną tajemnicę — szepnęła Brett do Mayi.
— Jaką tajemnicę?