Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
— Chcesz się z nimi spotkać?! Zabiją nas bez słowa!
— Najpierw i tak trzeba porozmawiać.
— Zdaje mi się — Łuks wstrzymał oddech — że oni nas śledzą. Wiedzą, że tu jesteśmy.
— No i doskonale. Jesteśmy zatem na dobrej drodze. Naprzód, bracie.
I znowu zacisnął pięty na bokach wierzchowca.
Południowy wiatr szumiał nad drzewami, gnał obłoki i niósł oddział na skrzydlakach. Trzy, a może cztery? Każdy trafi strzałą w ruchomy cel. Jedną strzałą. I strzały na wieki pozostaną w ciałach na znak, że odbyła się kaźń, a nie walka.
Znowu przypomniała mu się osada w ruinach starożytnego miasta. Jakby tu i teraz na własne oczy ujrzał starca, wysoko nad głowę podnoszącego tęczowy akt. Gdyby wydali Jaskę jak przestępcę, wybaczono by osadzie; wiedział o tym dobrze już dawno. Świadomość tego dotarła do niego, pośród wielu innych, jak błysk na wodzie. Jak plamka światła na błyszczących zielonych liściach.
Podniósł głowę. Chmury na górze rozstąpiły się, wyszło słońce, jaskrawe promienie dotarły do ziemi, pod korony drzew. Przed nimi otwierała się przestrzeń, wolna od podszycia, porosła szaroniebieską trawą. I kiedy Łuks z Razwijarem wstąpili na tę polanę, na ich spotkanie z zarośli, płynnie i zarazem bardzo zwinnie, wyszły stworzenia na dwóch nogach, z trójgraniastymi głowami i takimiż kopytami, o szarozielonej, łuskowatej skórze. Na grzbiecie każdego leżało siodło z przytroczoną włócznią.
Razwijar poczuł, jak Łuksem wstrząsnął dreszcz idący po całym ciele. Pociągnął za rzemień na piersi chimajryda, rozkazując mu się zatrzymać, ale ten i bez tego stanął jak wryty.
Jeźdźcy na dwunogich zwierzętach stanęli w szeregu. Było ich, na ile mógł zorientować się Razwijar, nie mniej niż dwudziestu. Siedział bez ruchu, wyprostowany, ze zdziwieniem i strachem dostrzegając w ich twarzach swoje własne rysy.
Naprzód wyszło dwunogie zwierzę, niosące w siodle starca z siwymi i biało–żółtymi, zaplecionymi w warkocze włosami, z rzadką, długa brodą, rozdzieloną na dwie części.
— Półkrwiak — odezwał się starzec, dziwnie wypowiadając słowa, które jednak dało się zrozumieć. — Kim jesteś?
— Rjezwi–arr— odpowiedział Razwijar, spoglądając w czarne, przenikliwe oczy starca.
W oczach tych coś się zmieniło. Rozszerzyły się źrenice, ledwie zauważalne na tle ciemnej tęczówki.
— Jak miała na imię twoja matka?
Mignął przed oczami wiewiórczy ogon. I przepadł. Nie wierząc sam sobie, odrobinę marszcząc czoło, odpowiedział:
— Rjezwi–jenna.
Jeźdźcy wymienili się spojrzeniami.
— Jeśli kłamiesz — powiedział starzec — twoja śmierć będzie nadchodziła bardzo długo.
— Nie kłamię — Razwijar podniósł podbródek. — I nie mam zamiaru umierać. W każdym razie nie dzisiaj.
— Co takiego jest pod tobą?
— Chimajryd.
— Kto cię wysłał?
— Przyszedłem z własnej woli.
Cienkie wargi starca skrzywiły się:
— „Przyszedł” mówi się o pieszych. „Przyszedł” mówi się o mięsie, smarkaczu.
Obóz Heksów obchodził się bez palenisk i osłon. Było to miejsce postoju, pastwisko; dwunogie zwierzęta, które nazywali po prostu „długonogami”, objadały z drzew liście i korę.
Całe plemię, mężczyźni i kobiety, żyli w siodle; jedli, załatwiali potrzebę, możliwe, że nawet spali. Nawet miłością zajmują się, nie schodząc z siodeł, pomyślał Razwijar. Jego matka, gdy przybyła do osady, nie umiała przecież chodzić…
— Rjezwi–jenna, skradzione życie. Tamtego roku Cień wskazał na jej dziada… Wiesz, co to takiego Cień, smarkaczu?
— Nie nazywaj mnie smarkaczem — powiedział Razwijar. — Mam imię.
Starzec błysnął białkami oczu. Na Razwijarze nie zrobiło to żadnego wrażenia, za to Łuks pod jego siodłem zadrżał silniej. Byli w lesie pośród milczących ludożerców, pośród łuskowatych, długonogich stworzeń z żółtymi oczami i ciężkimi kopytami, zostawiającymi trójkątne ślady.
— Cień wybiera, kto ma posłużyć za mięso. Był straszny głód. Dziczyzna uciekła z lasów.
Staliśmy w kręgu i przyzywaliśmy Cień, a on wybrał Gwiera, który był wtedy sławny i silny, miał pięcioro dzieci i dwanaście wnuków, pisał hymny na skórze wrogów. Ale Cień wskazał na niego, a on się nie sprzeciwiał i jego dzieci także, oprócz młodszej córki. Wypuściła do lasu jego wnuczkę. Głupia baba, puściła dziecko wierzchem w głuchą noc, głodne, bez nadziei, skazała je na długą, okrutną śmierć. Cały ród Gwiera umarł lekko, my przeżyliśmy i śpiewaliśmy jego hymny wysławiając go. Mam zobowiązanie wobec niego, które spoczywa na wszystkim, co znam, na wszystkim co mogę, i na każdym, kto do tej pory żyje. Jego zaginioną wnuczkę zwano Rjezwi–jenna, miała żelazny pas z wytłoczonym na nim imieniem. Ty nie masz tego pasa?
— Nie — powiedział Razwijar. — Nigdy go nie widziałem.
Starzec przez chwilę patrzył badawczo.
— Chytry półkrwiak — powiedział wreszcie. — Nie miała pasa, sprawdzałem cię tylko. Co się z nią stało? Z dziewczynką?
— Ukąsiła ją wiewiórka — wolno powiedział Razwijar. — I ona sama stała się wiewiórką. I do tej pory biega gdzieś po lasach.
Starzec milczał.
— Czego chcesz? — zapytał wreszcie. — Znowu głodujemy. Dzisiaj zjemy twojego wierzchowca, a tobie damy długonoga, któregoś z młodych.
Łuks zatrząsł się. Starzec wydawał rozporządzenia, jakby zapomniał o nowo przybyłych, j ego słowa zawisły w powietrzu jak topór, a Razwijar milczał, głęboko zamyślony.
— Mam do ciebie prośbę — odezwał się w końcu do starca.
— Jaką?
— Pokaż mi księgi. Chciałbym zobaczyć hymny, które ułożył Gwier, mój pradziad.
Starzec patrzył na niego bardzo długo i uważnie.
— Zadziwiasz mnie — powiedział wreszcie. — Wielu młodych teraz myśli tylko o mięsie.
Szczególnie w latach głodu. Jeść i gzić się — oto czego oni chcą, młodzi, urodzeni w siodle, z silnym zadem i pustą głową. Nikt z nich nie uczy się czytać i pisać z własnej woli. Umiesz czytać?
Razwijar nagle przestraszył się, że piśmiennictwo Heksów różni się, podobnie jak wymowa, od alfabetu, którego go uczono.
— Umiem.
Starzec wyciągnął z torby przy siodle skórzaną tubę. Wydobył z niej cienki zwitek, żółtawobrązowy, miękki z wyglądu. Razwijar przełknął: „Heksi piszą swoje księgi na skórze wrogów. To osobliwa, bardzo rozwinięta literatura. Nie tylko uwieczniają zwycięstwa, ale, powiedzmy, układają wiersze. Są bardzo uczuciowi, niekiedy sentymentalni…”.
Tak powiedział bibliotekarz z Fier na kilka godzin przed swoją śmiercią. Bibliotekarz był Złotym, z jakiegoś powodu wygnanym z Mirtie. To było strasznie dawno, wiele żyć temu.
Wstrzymując oddech, rozwinął zwitek. Wpadł w panikę. To, co było tam napisane, zdało mu się bzdurą. Słowa nie były rozdzielone przerwami, litery wypisane były to w rzędzie, to w słupku, jakby piszący zatroszczył się przede wszystkim o to, żeby ciasno zapełnić kartkę.
Dopiero po chwili Razwijar rozczytał pierwsze słowo: „Świt…”
Mrużąc oczy, wpatrując się w gęsty tekst, częściowo domyślając się znaczeń słów przeczytał: