Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Ledwie na oddziale zrobiło się widno jak w biały dzień, rozległo się stukanie do okna. McMurphy natychmiast podbiegł do szyby i przycisnął do niej twarz, osłaniając oczy, żeby lepiej widzieć. Po chwili odwrócił się do nas i uśmiechnął szeroko.
– Idzie jak Piękność, w nocy – powiedział. Chwycił Billy’ego za ramię i pociągnął w stronę okna. – Wpuść ją, Turkle. Ten szalony ogier nie może się doczekać.
– Ale, McM-M-M-Murphy, zaczekaj! – Billy zapierał się jak muł.
– Billy, chłopie, daj spokój z tym mamamamurphy. Za późno, żeby się wycofać. Dasz sobie radę. Słuchaj, założę się o pięć dolców, że będzie się słaniać na nogach, kiedy z nią skończysz. Przyjmujesz? Otwieraj okno, Turkle!
W mroku stały dwie dziewczyny – Candy i ta, która nie pojechała z nami na ryby.
– O raju! – krzyknął Turkle, pomagając im wejść. – Dla nikogo nie zabraknie!
Wszyscy polecieliśmy pomagać; dziewczyny musiały podnosić obcisłe spódnice wysoko nad kolana, żeby wejść do środka.
– McMurphy, niech cię licho! – zawołała Candy i z taką siłą zarzuciła rudzielcowi ręce na szyję, że o mało nie stłukła dwóch butelek, które trzymała w dłoniach. Porządnie się zataczała, a upięte na czubku głowy loki opadały jej na twarz. Wolałem ją, kiedy była uczesana w koński ogon, jak podczas wyprawy. Wskazała butelką na drugą dziewczynę, która właśnie wdrapywała się na parapet.
– Sandy też przyjechała. Nagle postanowiła rzucić tego wariata z Beaverton, za którego wyszła. Ale numer, co?
Sandy zeskoczyła z parapetu, pocałowała McMurphy’ego i powiedziała:
– Cześć, Mack. Przepraszam, że wtedy nie przyjechałam. Ale teraz skończyłam z tym głupkiem na dobre. Jak długo można znosić takie dowcipy, jak białe myszy w poszewce, robaki w kremie czy żaby w staniku? – Potrząsnęła głową i machnęła ręką, jakby chciała odsunąć od siebie wszelkie wspomnienia męża miłośnika zwierząt. – Jezu, co za wariat!
Obie bez butów, ubrane były w swetry, spódnice i pończochy, obie miały zaczerwienione policzki, obie chichotały.
– Musiałyśmy wstępować do każdego baru, żeby pytać o drogę – wyjaśniła Candy.
Sandy kręciła się na pięcie, wytrzeszczając oczy.
– Rety, Candy, w cośmy się wpakowały? Czy ja nie śnię? Naprawdę jesteśmy u czubków? To mi dopiero!
Była wyższa od Candy i jakieś pięć lat starsza. Kasztanowate włosy miała upięte w stylowy kok, ale teraz kosmyki spadały jej na szerokie, mlecznobiałe policzki i wyglądała jak dojarka strugająca damę. Ramiona, piersi i biodra miała zbyt wydatne, a uśmiech za szeroki i za otwarty, żeby mogła uchodzić za piękność, lecz była ładna i zdrowa. Jednym palcem trzymała za ucho czterolitrową butlę czerwonego wina, która kołysała się u jej boku niczym torebka.
– Candy, Candy, Candy, dlaczego to właśnie nam przytrafiają się te dziwne przygody? – Jeszcze raz okręciła się dookoła, stanęła w szerokim rozkroku i zachichotała.
– Wcale się wam nie przytrafiają – oświadczył z powagą Harding. – To senne rojenia, które wymyślacie w nocy, a o których boicie się wspomnieć waszemu psychoanalitykowi. W rzeczywistości wcale was tu nie ma. To wino nie istnieje; nic z tego, co widzisz, nie istnieje naprawdę. Zobaczmy więc, co będzie dalej.
– Cześć, Billy – powiedziała Candy.
– Spójrzcie, co ona ma! – ucieszył się pan Turkle.
Candy ze skrępowaniem wyciągnęła sztywno rękę z butelką do Billy’ego.
– Przyniosłam ci prezent.
– Prześladują was halucynacje! – zawołał Harding.
– Rety! – krzyknęła Sandy. – W cośmy się wplątały!
– Szszsz – syknął Scanlon i spojrzał gniewnie na wszystkich. – Zbudzicie tamtych osłów, jak będziecie tak głośno gadać.
– Taki jesteś sknera? – Sandy zachichotała i znów zaczęła obracać się wkoło. – Boisz się, że dla ciebie zabraknie?
– Sandy, mogłem się spodziewać, że przytaszczysz to kiepskie wińsko!
– Rety! – Dziewczyna przystanęła, żeby mi się przyjrzeć. – Spójrz na tego, Candy. Ale Goliat… Fiu, fiu!
Pan Turkle znów zawołał: “O raju!”, i zamknął siatkę, a Sandy powtórzyła: “Rety!” Czuliśmy się nieco speszeni, gdy tak staliśmy w gromadce pośrodku świetlicy i przestępując z nogi na nogę pletliśmy trzy po trzy, bo nie za bardzo wiedzieliśmy, co robić – wszyscy po raz pierwszy znaleźliśmy się w podobnej sytuacji; nie mam pojęcia, jak długo byśmy stali, wymieniając uwagi podnieconymi, nerwowymi głosami, chichocząc i szurając nogami, gdyby nagle w drzwiach oddziału nie zazgrzytał klucz. Podskoczyliśmy jak na dźwięk syreny alarmowej.
– O mój Boże! – jęknął pan Turkle, łapiąc się jedną ręką za łysinę. – To dyżurna. Dostanę kopa w czarny tyłek i wylecę z roboty!
Wbiegliśmy do toalety, zgasiliśmy światło i staliśmy tak po ciemku, wsłuchując się we własne oddechy. Dyżurna chodziła po oddziale, wołając pana Turkle’a donośnym, ale nieco zalęknionym szeptem. Głos jej, przyjemny, lecz zdenerwowany, wznosił się pytająco:
– Panie Tur-kle? Pa-nie Turkle?
– Gdzie on się podział, do diabła? – zapytał McMurphy. – Dlaczego jej nie odpowiada?
– Nic się nie martw – pocieszył go Scanlon. – Tu go nie będzie szukała.
– Ale czemu się nie odzywa? Pewnie tak się upalił, że nic do niego nie dociera.
– Człowieku, co ty wygadujesz? Ja miałbym się upalić jednym małym skrętem? – oburzył się pan Turkle z głębi mrocznej toalety.
– Jezu, Turkle, co ty tu robisz? – McMurphy usiłował nadać swojemu głosowi srogie brzmienie, ale jednocześnie ledwo powstrzymywał się od śmiechu. – Wyłaź natychmiast i zobacz, czego chce ta baba. Co sobie pomyśli, jak cię nie znajdzie?
– Nasz koniec się zbliża – oznajmił Harding i usiadł. – Niech Allah będzie nam litościwy.
Turkle otworzył drzwi, wysunął się na zewnątrz i podszedł do dyżurnej. Zjawiła się, żeby sprawdzić, po co palą się światła. Dlaczego zapalił wszystkie lampy na oddziale? Turkle odparł, że wcale nie zapalił wszystkich; w sypialni i w toalecie są zgaszone. Oświadczyła, że to wcale nie tłumaczy, dlaczego inne się palą; po co je włączył? Turkle nie wiedział, co odpowiedzieć – w ciszy, która zapadła, usłyszałem gdzieś w pobliżu brzęk podawanej butelki. Dyżurna powtórzyła pytanie, a wtedy Turkle odparł, że sprzątał. Czemu więc, skoro dbanie o czystość w toalecie należało do jego obowiązków, akurat tam było ciemno? Gdy czekaliśmy, co Turkle wymyśli tym razem, znów rozległ się brzęk butelki. Dotarła do mnie; pociągnąłem długi haust, żeby uspokoić nerwy. Słyszałem, jak Turkle przełyka na korytarzu ślinę, chrząka i wzdycha, szukając odpowiedzi.
– Zgłupiał do reszty – syknął McMurphy. – Jeden z nas musi iść mu pomóc.
Ktoś za mną spuścił wodę i drzwi się otworzyły; w świetle wpadającym z korytarza zobaczyłem Hardinga, który wychodził z toalety, podciągając spodnie od piżamy. Dyżurnej dech zaparło na jego widok, Harding zaś powiedział, że bardzo przeprasza, ale jej nie widział, bo jest ciemno.
– Wcale nie jest ciemno.
– Miałem na myśli toaletę. Zawsze gaszę światło, żeby mieć lepsze wypróżnienie. To przez te lustra; kiedy pali się światło, wydaje mi się, że siedzą za nimi sędziowie radzący nad tym, jak mnie ukarać, jeśli mi się nie powiedzie.
– Ale sanitariusz Turkle powiedział, że właśnie tam sprzątał…
– I mogę dodać od siebie, że robił to doskonale, jeśli wziąć pod uwagę, że niełatwo jest sprzątać w ciemnościach. Chce siostra zobaczyć?
Pchnął nieco drzwi; smuga światła przecięła posadzkę. W szparze mignęła mi sylwetka wycofującej się korytarzem dyżurnej; mówiła, że dziękuje, ale nie skorzysta, bo czeka ją jeszcze obchód całego budynku. Usłyszałem, jak odryglowuje drzwi i wychodzi z naszego oddziału. Harding zawołał za nią, żeby wkrótce znów nas odwiedziła, po czym wszyscy wybiegli z toalety, zaczęli mu ściskać prawicę, walić go po plecach i gratulować, że tak świetnie sobie poradził.