Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Biała Gardenia». Краткое содержание книги:

Akcja Białej gardenii rozpoczyna się pod koniec II wojny światowej w wiosce na granicy chińsko-rosyjskiej. Książka opisuje historię matki i córki, rozdzielonych wojenną zawieruchą. W Harbinie, schronieniu dla rodzin, które uciekły z Rosji po upadku caratu, Alina Kozłowa musi podjąć rozdzierającą serce decyzję, dotyczącą życia lub śmierci swojego jedynego dziecka, córki Ani. Biała gardenia to książka o zderzeniu kultur różnych kontynentów. Jej bohaterów spotkamy zarówno w nocnych klubach Szanghaju, jak i w surowej Rosji radzieckiej lat sześćdziesiątych XX wieku, w najtrudniejszym okresie zimnej wojny, na samotnej wyspie Pacyfiku i w powojennej Australii. Matka i córka muszą się przygotować na wiele poświęceń, ale czy cena przetrwania nie jest zbyt wysoka? I, przede wszystkim, czy jeszcze się kiedyś odnajdą? Mnogość przygód przeplatanych licznymi faktami historycznymi owocuje znakomitą opowieścią o tęsknocie i wybaczaniu.
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 111
Перейти на страницу:

Jej głos się załamał, wyjęła drugiego papierosa z paczki leżącej na oparciu fotela. Pomyślałam o tamtym pokoju. O tym, że Betty trzyma w nim rzeczy synów.

– Rose mówiła nam, że straciłaś synów na wojnie – odezwałam się. Zaskoczyłam samą siebie. Na Tubabao nigdy nie pytałabym nikogo o przeszłość. Jednak sama wiele przecierpiałam, nie mogłam znieść cudzego bólu. Nagle chciałam, aby Betty wiedziała, że rozumiem jej rozpacz, bo także ją czuję.

– Charliego w Singapurze, a Jacka miesiąc później. – Betty zacisnęła pięści. – Tom miał złamane serce, już się nie śmiał. A potem i on odszedł.

Poczułam taki sam smutek, jak w pokoju jej synów. Dotknęłam palcami ramienia Betty. Ku mojemu zdumieniu przytrzymała moją dłoń w swojej ręce. Jej uścisk był kościsty, ale ciepły. Miała suche oczy, choć jej usta drżały.

– Jesteś młoda, Aniu, ale wiesz, o czym mówię – powiedziała.

– Te dziewczyny dziś w barku… Też są młode, ale nie mają o niczym pojęcia. Poświęciłam synów, żeby uratować ten kraj.

Ześliznęłam się z fotela i uklękłam obok niej. Rozumiałam jej smutek. Wyobraziłam sobie, że podobnie jak ja boi się zamykać w nocy oczy ze względu na sny, i że nawet w otoczeniu przyjaciół przebywa we własnym świecie. Nie mogłam sobie jednak wyobrazić ogromu żalu związanego z utratą jednego dziecka, a co dopiero mówić o dwójce. Betty była silna, czułam jej moc, ale jednocześnie wiedziałam, że doprowadzona do ostateczności, załamałaby się.

– Jestem dumna – stwierdziła. – Dumna z takich młodych ludzi jak moi synowie, dumna, że ten kraj nadal jest wolny, że możecie tu przyjeżdżać i rozpoczynać nowe życie. Zrobię wszystko, by wam pomóc. I nie pozwolę, żeby ktokolwiek was obrażał.

– Betty… – Poczułam łzy pod powiekami.

– Ty, Witalij, Irina, jesteście teraz moimi dziećmi – dodała.

ŚMIETANKA TOWARZYSKA

Pewnego lipcowego wieczoru Betty uczyła mnie przyrządzania swojej słynnej zapiekanki z wołowiny i ananasa, kiedy do kuchni wpadła Irina, wymachując listem.

– Babcia przyjeżdża! – krzyknęła.

Wytarłam ręce o fartuch, wzięłam od niej list i przeczytałam kilka pierwszych linijek. Francuscy lekarze uznali Ruselinę za zdrową, a konsulat przygotowywał dokumenty, żeby mogła wyjechać do Australii. Tak wiele się wydarzyło, odkąd ostatni raz widziałam Ruselinę. Nie mogłam uwierzyć, że mamy się jej spodziewać w Sydney pod koniec miesiąca. Czas strasznie szybko płynął.

Przetłumaczyłam Betty tę informację.

– Czekaj, aż usłyszy, jak świetnie mówisz teraz po angielsku – odezwała się do Iriny. – Nie rozpozna cię.

– Nie rozpozna, bo za dobrze mnie karmisz – odparła z uśmiechem Irina. – Przybrałam na wadze.

– Nie ja! – zaprotestowała Betty, odcinając plaster bekonu i trzepocząc rzęsami. – To chyba Witalij cię przekarmia. Kiedy jesteście w kuchni, w kółko słyszę chichoty!

Pomyślałam, że to zabawne, ale Irina oblała się rumieńcem.

– Przed przyjazdem Ruseliny Witalij pewnie naprawi swojego austina – powiedziałam. – Zabierzemy ją na wyprawę w Góry Błękitne.

Betty przewróciła oczami.

– Witalij naprawia tego austina, odkąd się tu zatrudnił, ale auto nadal stoi w warsztacie. Myślę, że pociąg będzie pewniejszy.

– Jak sądzisz, znajdziemy babci mieszkanie w okolicy? – spytała ją Irina. – Nie mamy zbyt wiele czasu.; Betty wsunęła zapiekankę do piekarnika i nastawiła czas.

– Mam inny pomysł – obwieściła. – Na dole jest pokój, który należy do mnie, służy mi za schowek. Ale jest duży i ładny. Wysprzątam go, jeśli chcecie.

Z dzbana na kuchennym kredensie wyciągnęła klucz i podała go Irinie.

– Idźcie, zerknijcie na niego, same ocenicie. Obiad będzie dopiero za jakiś czas.

Irina i ja popędziłyśmy po schodach na parter. W drzwiach ujrzałyśmy Johnny’ego.

– Witajcie, dziewczyny – powiedział, wyciągając papierosy z kieszeni. – Idę w trasę, chociaż mama twierdzi, że będzie padało.

Przywitałyśmy się z nim i patrzyłyśmy, jak zmierza ścieżką do wyjścia i mija furtkę. W ubiegłą niedzielę Witalij zabrał nas do zoo. Kiedy dotarliśmy do wybiegu misiów koala, Irina i ja popatrzyłyśmy na siebie, wykrzykując jednocześnie: „Johnny!”. Nasz sąsiad też miał na wpół przymknięte powieki i równie leniwe usta.

Pokój, o którym opowiadała nam Betty, znajdował się na końcu korytarza, za schodami.

– Myślisz, że jest tam głośno, gdy Johnny ćwiczy? – zapytała mnie Irina, wkładając klucz w zamek.

– Nie, od pianina Johnny’ego oddzielają ten pokój jeszcze dwa inne. Poza tym i tak nikt się nie skarży.

Miałam rację. Kiedy słyszałyśmy grę Johnny’ego, wyłączałyśmy radio. Jego wykonanie Księżycowej rzeki zawsze doprowadzało nas do płaczu.

– Masz rację – powiedziała Irina. – Babcia pewnie będzie zachwycona, mieszkając obok muzyka.

Po otwarciu drzwi znalazłyśmy się w pomieszczeniu pełnym kredensów, walizek, stało tam też łoże z baldachimem. W powietrzu czuć było kurz i naftalinę.

– To łóżko musiało kiedyś stać w naszym pokoju – zauważyłam. – Pewnie należało do Toma i Betty.

Irina popchnęła wahadłowe drzwi pod schodami i zapaliła światło.

– Tu jest umywalka i ubikacja – powiedziała. – Babcia może się kąpać na górze. Otworzyła drzwiczki rzeźbionego kredensu. Był pełen herbaty Bushells.

– Jak sądzisz? – spytała mnie Irina.

– Myślę, że powinnaś się zgodzić – odparłam. – Prędzej czy później Betty musi pozbyć się tych rzeczy, a kiedy posprzątamy, zrobi się tu naprawdę przyjemnie.

Statek Ruseliny wpłynął do portu w piękny poranek. Letnia wilgoć była mi znana, w Szanghaju panował podobny klimat, ale nigdy nie widziałam, by zimą promienie lśniły wśród drzew, a powietrze było tak rześkie, że chciało się je schrupać jak świeże jabłko. W przeciwieństwie do Harbinu, tu nie było powolnego przechodzenia w zimę, a potem miesięcy śniegu, lodu i ciemności. Zima w Sydney dodała sprężystości moim krokom i zaróżowiła mi policzki. Irina i ja postanowiłyśmy wybrać się na nabrzeże, by powitać Ruselinę. Podskakując, nie mogłyśmy powstrzymać się od cichego śmiechu na widok Australijczyków, otulonych w kurtki i płaszcze i uskarżających się na „przenikliwy ziąb” i grożące im „odmrożenia”.

– Pewnie jest z piętnaście stopni powyżej zera – powiedziałam do Iriny.

– Babcia pomyśli, że to lato. – Zaśmiała się. – Kiedy mieszkała w Rosji, takie temperatury traktowano jak upał.

Z ulgą ujrzałyśmy, że statek, którym Ruselina przypłynęła do Australii, nie jest tak zatłoczony jak ten widziany przez nas pierwszego dnia w Sydney, choć nabrzeże roiło się od ludzi czekających na pasażerów. Orkiestra Armii Zbawienia grała Waltzing Matilda, niektórzy dziennikarze i fotografowie robili zdjęcia. Ludzie grzecznie schodzili gęsiego po trapie. Grupka skautów wysunęła się na czoło tłumu, aby poczęstować pasażerów jabłkami.

– Skąd przypłynął ten statek? – zapytałam Irinę.

– Wyruszył z Anglii, po drodze zabrał innych pasażerów.

Nic nie powiedziałam, ale poczułam się urażona, że Australijczycy najwyraźniej patrzyli łaskawszym okiem na brytyjskich imigrantów niż na nas.

Gorączkowo wypatrywałyśmy w tłumie twarzy Ruseliny.

– Tam jest! – wykrzyknęła Irina, wskazując środek kolejki.

Zamrugałam. Kobieta schodząca po trapie nie była tą Ruseliną, którą znałam na Tubabao. Poszarzałą cerę zastąpiła zdrowa opalenizna, Ruselina nie podpierała się laską. Z jej twarzy zniknęły tak dobrze mi znane ciemne plamy. Zauważyła nas i wykrzyknęła:

– Irina! Ania!

Obie wybiegłyśmy na jej powitanie. Kiedy się do niej przytuliłam, okazało się, że nie jest już tak chuda jak kiedyś.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)