Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Tożsamość Bourne’a
Tożsamość Bourne’a - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Tożsamość Bourne’a

Электронная книга - «Tożsamość Bourne’a». Краткое содержание книги:

Mężczyzna, który wypadł podczas sztormu za burtę małego trawlera, nie pamięta żadnych faktów ze swojego życia. Pewne okoliczności sugerują, że nie był on zwyczajnym człowiekiem – zbyt wiele osób interesuje się jego poczynaniami, zbyt wielu najemnych morderców usiłuje go zlikwidować. Sprawność, z jaką sobie z nimi radzi, jednoznacznie wskazuje na specjalne przygotowanie, jakie przeszdł. Jego przeznaczeniem jest walka o przeżycie i wyjaśnienie tajemnic przeszłości…
Tożsamość Bourne'a należy do najlepszych powieści Roberta Ludluma, pisarza przewyższającego popularnością wszystkich znanych polskiemu czytelnikowi pisarzy gatunku sensacyjnego. Niektórzy twierdzą, że jest to jego najlepsze dzieło, czego pośrednim dowodem kontynuacja w postaci następnych dwóch tomów oraz doskonały film i serial z Richardem Chamberlainem, cieszący się ogromnym powodzeniem na całym świecie.
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 151
Перейти на страницу:

– Dlaczego?

– To był najbardziej bezwzględny człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkałem, najniebezpieczniejszy i o reakcjach nadzwyczaj łatwych do przewidzenia. Myślałem sobie wtedy, że dla niego to jest dziwna wojna; był jak Savonarola, ale bez zasad religijnych, miał tylko swoją własną dziwaczną moralność, która służyła jedynie jemu. Wszyscy byli jego wrogami – zwłaszcza przywódcy – i żadna ze stron nie obchodziła go ani trochę.

Mężczyzna w średnim wieku znowu przerwał, wzrok utkwił w rajzbrecie, a myślami znajdował się najwidoczniej o tysiące mil stąd, w przeszłości.

– Warto pamiętać, że w „Meduzie” znaleźli się rozmaici ludzie, desperaci. Wielu było opętanych nienawiścią do komunistów – zabij komunistę, a Pan Jezus się uśmiechnie; dziwaczne rozumienie nauki chrześcijańskiej. Inni – tacy jak ja – zostali przez Viet Minh okradzeni z wielkich fortun; nadzieję na ich odzyskanie dawało tylko zwycięstwo Amerykanów w tej wojnie. Francja pod Dien Bien Phu pozostawiła nas własnemu losowi. Ale było też kilkudziesięciu takich, co zorientowali się, że na „Meduzie” można zbić fortunę. W sakiewkach miewali często pięćdziesiąt, czasem siedemdziesiąt pięć tysięcy dolarów amerykańskich. Kurier biorący sobie połowę podczas dziesięciu, piętnastu kursów mógł osiąść w Singapurze albo Kuala Lumpur, albo stworzyć w Trójkącie własną siatkę do przemytu narkotyków. Niezależnie od ogromnych zarobków – i częstego wybaczania dawnych przestępstw – istniały niezliczone inne możliwości. Właśnie do tej ostatniej kategorii ludzi zaliczyłem owego bardzo dziwnego faceta. Był to najczystszej wody nowoczesny pirat.

Bergeron rozplótł dłonie.

– Chwileczkę. Użyłeś sformułowania: „akcja, którą dowodził”. W „Meduzie” brali udział wojskowi; czy jesteś pewny, że on nie był amerykańskim oficerem?

– Amerykaninem oczywiście tak, ale na pewno nie wojskowym.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Nienawidził wszystkiego, co wojskowe. Jego niezadowolenie z dowództwa w Sajgonie wyrażało się w każdej decyzji, jaką podejmował; uważał przedstawicieli armii za durniów i ludzi niekompetentnych. W którymś momencie, w Tam Quan, przekazywano nam przez radio rozkazy. On przerwał nadawanie i powiedział dowódcy pułku, żeby się odpieprzył; nie zamierzał się podporządkować. Oficer raczej by tego nie zrobił.

– Chyba że przygotował się do porzucenia tego zawodu – stwierdził projektant. – Tak jak Paryż ciebie porzucił, a ty starałeś się, jak mogłeś, okradając „Meduzę”, rozwijając własną, niezbyt patriotyczną działalność – wszędzie tam, gdzie mogłeś.

– Moja ojczyzna zdradziła mnie, zanim ja ją zdradziłem, René.

– Wróćmy do Kaina. Mówisz, że nie używał nazwiska Bourne. Jakiego więc?

– Nie pamiętam. Jak mówiłem, dla wielu z nas nazwiska nie były ważne. Ja go znałem po prostu jako „Deltę”.

– Mekongu?

– Nie, chyba w alfabecie.

– Alfa, Bravo, Charlie… Delta – powiedział zamyślony Bergeron. – Ale w wielu operacjach pseudonim „Charlie” był zastępowany pseudonimem… „Kain”, ponieważ „Charlie” stało się synonimem Wietkongu. „Charlie” stał się „Kainem”!

– Zgadza się. Tak więc Bourne przesunął się o kilka liter i przyjął pseudonim „Kain”. Mógł wybrać „Echo” albo „Fokstrot”, albo „Zulus”. Dwadzieścia kilka innych. Jaka różnica? Do czego zmierzasz?

– On wybrał rozmyślnie pseudonim „Kain”! To imię coś symbolizowało! Chciał, żeby od początku było to jasne.

– Żeby co było jasne?

– Że Kain zastąpi Carlosa. Pomyśl! Carlos to po hiszpańsku Charles – Charlie. „Kain” pojawił się zamiast pseudonimu „Charlie” – Carlos! Taka była od początku jego intencja. Kain miał zastąpić Carlosa, i chciał, żeby Carlos o tym wiedział.

– Czy Carlos wie?

– Oczywiście! Rozchodzą się słuchy, w Amsterdamie i Berlinie, w Genewie i Lizbonie, no i tutaj, w Paryżu. Kain jest do wzięcia; można z nim zawierać kontrakty; jego stawki są niższe od honorariów Carlosa. On podkopuje! On stale podkopuje pozycję Carlosa.

– Dwóch matadorów na tej samej arenie. A może być tylko jeden.

– Będzie nim Carlos. Tamten zarozumiały wróbel wpadł w naszą pułapkę. Znajduje się gdzieś tutaj, dwie godziny jazdy dzielą go od Saint-Honoré.

– Ale gdzie?!

– Nieważne. Znajdziemy go. W końcu on nas znalazł. On wróci; jego „ja” każe mu to zrobić. A wtedy orzeł szybko zleci i pochwyci wróbla. Carlos go zabije.

Starzec poprawił sobie kulę pod lewą pachą, rozsunął czarną zasłonę i wszedł do konfesjonału. Nie czuł się dobrze; na jego twarzy pojawiła się śmiertelna bladość, cieszył się więc, że tamta postać w sutannie, za przezroczystą firanką, nie widzi go wyraźnie. Ten morderca nie dałby mu następnego zlecenia, gdyby wyglądał na zbyt znużonego, by je wykonać; a pracy potrzebował teraz. Pozostało mu tylko parę tygodni i miał pewne zobowiązania. Odezwał się:

– Angelus Domini.

– Angelus Domini, dziecię Boże – dobiegł go szept. – Czy twoje dni upływają w dostatku?

– Zbliżają się do kresu, ale uczyniono je dostatnimi.

– Tak… To będzie chyba ostatnie zlecenie, jakie dla mnie wykonasz. Jest ono jednak tak ważne, że twoje honorarium będzie pięć razy większe niż zwykle. Mam nadzieję, że ci się przyda.

– Dziękuję, Carlosie. A więc wiesz.

– Wiem. Oto co musisz zrobić w zamian i ta informacja musi opuścić ten świat razem z tobą. Nie ma tu miejsca na pomyłkę.

– Zawsze jestem dokładny. Spotkam swoją śmierć będąc dokładnym i tym razem.

– Umrzyj spokojnie, stary przyjacielu. To łatwiejsze… Pójdziesz do ambasady wietnamskiej i zapytasz o pewnego attaché nazwiskiem Phan Loc. Kiedy będziecie sami, przekaż mu te oto słowa; „Koniec marca 1968 roku, Meduza, sektor Tam Quan. Kain tam był. I jeszcze ktoś.” Zapamiętałeś?

– „Koniec marca 1968 roku, Meduza, sektor Tam Quan. Kain tam był. I jeszcze ktoś.”

– On ci powie, kiedy masz przyjść ponownie. Nastąpi to kilka godzin później.

17

– Chyba już czas porozmawiać o une fiche plus confidentielle z Zurychu.

– Boże!

– Nie jestem człowiekiem, którego szukacie.

Bourne chwycił kobietę za rękę, przytrzymał na miejscu, żeby mu nie uciekła pomiędzy rzędy stolików tłocznej, eleganckiej restauracji w Argenteuil, trzydzieści kilometrów pod Paryżem. Kadryl się skończył, umilkł gawot. Byli sami. Obity aksamitem gabinet przypominał klatkę.

– Kim pan jest? – Twarz Madame Lavier wykrzywił skurcz. Próbowała wyszarpnąć rękę, na upudrowanej szyi wystąpiły jej żyły.

– Bogatym Amerykaninem, który mieszka na Wyspach Bahama. Nie wierzy mi pani?

– Powinnam się była domyślić – odparła. – Żadnych kredytów, żadnych czeków, wyłącznie gotówka. Nawet pan nie spojrzał na rachunek.

– Ani wcześniej na ceny. Właśnie to panią do mnie przekonało.

– Idiotka ze mnie. Bogaci zawsze patrzą na ceny, choćby dla przyjemności lekceważenia ich – mówiąc to Lavier rozglądała się ukradkiem; szukała wolnego miejsca między stolikami, kelnera, którego mogłaby zawołać. Żeby tylko stąd uciec.

– Nie radzę – odezwał się Jason patrząc jej w oczy. – To by nie było zbyt mądre. Lepiej dla nas obojga, jeśli porozmawiamy.

Kobieta wbiła w niego wzrok. Pomost wrogiego milczenia, tym wyraźniejszy pośród szmeru głosów w przestronnej, słabo oświetlonej kandelabrami sali i sporadycznych wybuchów stłumionego śmiechu od sąsiednich stolików.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)