Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Świat finansjery [Making Money - pl]
Świat finansjery [Making Money - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Świat finansjery [Making Money - pl]

Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:

Była to propozycja nie do odrzucenia... Kto by nie chciał zarządzać Królewską Mennicą w Ankh-Morpork i sąsiadującym z nią bankiem? To posada na całe życie. Ale były oszust, Most von Lipwig, odkrywa, że niekoniecznie znaczy to: na długo.
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 90
Перейти на страницу:

Gladys bez słowa wyjęła mu spodnie z ręki, przyłożyła do ściany i przeciągnęła po nich wielką dłonią, po czym oddała. Kantem można się było ogolić.

A potem wróciła do okna.

Moist stanął obok. Przed bankiem zbierał się tłum, a powozy zajeżdżały jeden po drugim. Wokół kręciło się też sporo strażników. Krótki błysk dowodził, że Otto Chriek z „Pulsu” robi już obrazki. A tak, formowała się też delegacja. Ludzie chcieli być przy katastrofie. Wcześniej czy później ktoś zacznie się dobijać do drzwi.

O nie. Nie mógł do tego dopuścić.

Umyć się, ogolić, wyciąć zapomniane włoski z nosa, wyczyścić zęby. Uczesać włosy, wypolerować buty. Włożyć kapelusz, zejść po schodach, otworzyć zamek bardzo powoli, żeby na zewnątrz nikt nie usłyszał szczęknięcia, zaczekać, aż kroki zabrzmią głośniej…

Gwałtownie otworzył drzwi.

— Słucham, panowie?

Cosmo Lavish zachwiał się, kiedy stuknięcie nie dotarło do celu. Ale odzyskał równowagę i podsunął mu pod nos kartkę.

— Audyt nadzwyczajny — oświadczył. — Ci dżentelmeni… — gestem wskazał stojących za nim kilku godnie wyglądających mężczyzn — …są przedstawicielami głównych gildii i kilku banków. To standardowa procedura i nie może pan im utrudniać pracy. Zauważył pan pewnie, że przyprowadziłem również komendanta Vimesa ze Straży Miejskiej. Kiedy już potwierdzimy, że w skarbcu rzeczywiście nie ma złota, polecę mu, by pana aresztował jako podejrzanego o kradzież.

Moist spojrzał na komendanta. Niespecjalnie go lubił i podejrzewał, że Vimes nie lubi go wcale. Natomiast był pewien, że Vimes bardzo niechętnie słucha poleceń takich osobników jak Cosmo Lavish.

— Jestem przekonany, że komendant zrobi to, co uzna za stosowne — odparł spokojnie. — Zna pan drogę do skarbca. Przykro mi, ale jest tam trochę bałaganu.

Cosmo odwrócił się trochę, by mieć pewność, że tłum usłyszy każde jego słowo.

— Jest pan złodziejem, panie Lipwig, oszustem, kłamcą i defraudantem. I nie potrafi się pan dobrze ubrać.

— To trochę zbyt surowa ocena — odparł Moist, kiedy delegacja przeszła obok. — Uważam, że ubieram się całkiem szykownie!

Został sam na schodach, twarzą w twarz z tłumem. Nie zmienili się jeszcze w tłuszczę, ale to mogła być tylko kwestia czasu.

— Czy mogę pomóc jeszcze komuś? — zapytał.

— Co z naszymi pieniędzmi?! — zawołał ktoś.

— A co z nimi? — zdziwił się Moist.

— Piszą w azecie, że nie masz pan złota! — oświadczył pytający.

Podsunął mu pod nos wilgotny jeszcze egzemplarz „Pulsu”. Codziennik okazał się dość powściągliwy. Moist spodziewał się oskarżycielskich nagłówków, lecz artykuł zajmował tylko jedną kolumnę na pierwszej stronie. Pełen był też „jak rozumiemy”, „wydaje się”, „»Puls« uzyskał informację” i wszystkich tych fraz, jakich codziennikarze używają, kiedy piszą o faktach dotyczących dużych sum pieniędzy — faktach, których naprawdę nie rozumieją, i nie są całkiem pewni, czy to, co usłyszeli, jest prawdą.

Spojrzał prosto w twarz Sacharissy Cripslock.

— Przepraszam — powiedziała. — Ale w nocy wszędzie tu stali strażnicy i ochrona, a nie mieliśmy czasu. No i szczerze mówiąc, ten… atak pana Benta to temat sam w sobie. Wszyscy wiedzą, że to on kieruje bankiem.

— Prezes kieruje bankiem — odparł sztywno Moist.

— Nie, Moist. Prezes mówi tylko „hau”. Słuchaj, nie podpisywałeś czegoś, kiedy obejmowałeś to stanowisko? Pokwitowania albo co?

— Może i tak. Była cała masa papierów. Podpisałem tam, gdzie mi kazali. Pan Maruda też.

— Na bogów, prawnicy będą z tym mieli zabawę. — W dłoni Sacharissy magicznie pojawił się notes. — I to wcale nie żart[8]. Może wylądować w więzieniu za długi.

— W budzie — poprawił ją Moist. — Robi „hau”, zapomniałaś? Zresztą nie dojdzie do tego.

Sacharissa schyliła się, by pogłaskać Pana Marudę po małym łebku, i zamarła zgięta wpół.

— Co on trzyma w…?

— Sacharisso, czy możemy wrócić do tego później? W tej chwili naprawdę nie mam czasu. Przysięgam na dowolnych trzech bogów, w których wierzysz, chociaż jesteś codziennikarką, że kiedy to się skończy, dam ci taką rozmowę, która wystawi na próbę nawet umiejętność „Pulsu” unikania tematów nieeleganckich i sugestywnych. Możesz mi wierzyć.

— No tak, ale to wygląda na…

— Aha, czyli wiesz, co to takiego, więc nie muszę tłumaczyć — rzekł Moist energicznie.

Oddal azetę jej niespokojnemu właścicielowi.

— Pan jest Cusper, prawda? — zapytał. — Ma pan u nas konto w kwocie 7 dolarów, o ile pamiętam. — Zrobił na tym człowieku wrażenie. Naprawdę miał dobrą pamięć do twarzy. — Mówiłem przecież, że nie dbamy tutaj o złoto — dokończył.

— No tak, ale… — zaczął pan Cusper. — Co to za bank, jeśli ludzie mogą tak sobie wynieść z niego złoto?

— Przecież to żadna różnica. Mówiłem to wam wszystkim.

Mieli raczej niepewne miny. W teorii powinni pędzić teraz po schodach, ale Moist wiedział, co ich powstrzymuje — nadzieja. Ten cichy wewnętrzny głos, mówiący: „To się naprawdę nie dzieje”. Ten głos skłania ludzi, żeby w poszukiwaniu zgubionych kluczy trzeci raz wywracali na lewą stronę tę samą kieszeń. To obłąkana wiara, że świat musi znowu zacząć działać poprawnie.

Jeśli naprawdę uwierzę, będą tam klucze…

To był głos, który mówił: „To się naprawdę nie dzieje” bardzo głośno, żeby zagłuszyć pełznący strach, którym był.

Moist miał około trzydziestu sekund, póki trwała nadzieja.

I nagle tłum się rozstąpił. Pucci Lavish nie potrafiła wejść efektownie, ale Harry Król potrafił. Kłębiąca się i niepewna ciżba otworzyła się niczym morze przed hydrofobicznym prorokiem, pozostawiając kanał, który nagle po obu stronach obstawili potężni, ogorzali mężczyźni ze złamanymi nosami i znaczącymi siatkami blizn. Wzdłuż tej nowo utworzonej alei przeszedł Harry Król, ciągnąc za sobą smugę dymu cygara. Moist zdołał się nie cofnąć, dopóki pan Król nie znalazł się o stopę od niego. I starał się patrzeć mu prosto w oczy.

— Ile pieniędzy wpłaciłem do pańskiego banku, panie Lipwig? — spytał Harry.

— Ehm… O ile pamiętam, pięćdziesiąt tysięcy dolarów, panie Król.

— Tak, rzeczywiście coś koło tego. A odgadnie pan, co mam zamiar zrobić teraz?

Moist nie zgadywał. Splot wciąż krążył mu w żyłach i odpowiedź zabrzmiała w mózgu niczym dzwon pogrzebowy.

— Chce pan wpłacić jeszcze więcej, prawda, panie Król?

Harry Król się rozpromienił, jakby Moist był psem, który właśnie pokazał nową sztuczkę.

— Zgadza się, panie Lipwig. Pomyślałem sobie: Harry, tak pomyślałem, te pięćdziesiąt tysięcy czuje się trochę samotnie, więc przyszedłem, żeby zaokrąglić je do sześćdziesięciu tysięcy.

Na to hasło za Harrym stanęło jeszcze kilku ludzi dźwigających ciężkie skrzynie.

— Większość to srebro i złoto, panie Lipwig — wyjaśnił Harry. — Ale wiem, że ma pan wielu sprytnych młodych ludzi, którzy je dla pana policzą.

— Bardzo pan łaskaw, panie Król — przyznał Moist. — Lecz lada chwila wrócą tu audytorzy i bank znajdzie się w bardzo poważnych kłopotach. Nie mogę przyjąć pańskich pieniędzy.

Harry pochylił się do Moista, otaczając go chmurą dymu z nutą gnijącej kapusty.

— Wiem, że coś pan kombinuje — szepnął, stukając się w bok nosa. — Ci dranie chcą pana dorwać, to oczywiste! Ale umiem poznać zwycięzcę, kiedy go widzę. I wiem, że chowa pan coś w rękawach.

вернуться

8

Dziwną cechą tego, z czym prawnicy mają zabawę, jest to, że nikt inny nie uważa tego za żart.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)