Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Вольский Марчин
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
Marcin Wolski nie zamyka się w jednej konwencji, miesza je. żongluje, nagina do swoich potrzeb. Znajdziemy tu kryminał, polityczną sensację, historię alternatywną, science fiction, romans, horror. Część opowiadań jest po raz pierwszy prezentowana czytelnikowi. Wszystkie teksty łączy wspólny rodowód – Radio, na którego zamówienie i potrzeby powstały. A także niepowtarzalny styl Marcina Wolskiego: humor, ironia, sensacyjne spięcia fabuły i zaskakująca puenta. To proza, którą uwielbiają czytelnicy w każdym wieku.
– Proszą zaczekać. Mówisz, że naprawdę żałujesz?
– Szczerze i gorąco.
– A znasz katechizm?
– Kto jak kto, ale każdy z nas zna go na pamięć. Jednocześnie, biorąc pod uwagę moje wielowiekowe doświadczenie, musi być jasne, iż jestem wierzącym. A praktykującym będę… podczas każdej sumy sztuka złota zasili tacę.
Ksiądz wpadł w panikę, naraz wyobraził sobie szatana na niedzielnej mszy, jak ze stukotem kopytek sunie główną nawą… Wolał nawet nie myśleć o możliwych reakcjach parafian, którzy wzdrygali się przekazać znak pokoju nawet jedynemu Wietnamczykowi w gminie. Delikatnie więc zapytał, czy – przynajmniej z początku – nie mógłby pozostać podczas nabożeństwa niewidzialnym?
– Oczywiście, mógłbym – zachichotał czart. – Ale czy ksiądz nie uważa, że jego parafianom przydałaby się praktyczna lekcja tolerancji… Przecież dopiero kiedy wraz z ich dziećmi przystąpię do pierwszej komunii, będą mogli śmiało powiedzieć: „weszliśmy do Europy”.
Po upewnieniu się, że święcona woda nie działa żrąco na przedstawiciela piekieł, a znak krzyża przyjmowany jest z czcią i pokorą, kapłan zdecydował się. Ochrzci diabła! Zaprosi gospodynią i organistą na rodziców chrzestnych i zobaczy, co z tego wyniknie. Podniósł się z miejsca, ale w tym momencie gość sam go powstrzymał:
– Chwileczkę. A jeśli kłamię? W końcu my, diabły, jesteśmy specjalistami od fałszu i prowokacji. Przecież mogę być na przykład współpracownikiem pisma „NIE”, które tylko czeka, żeby zrobić reportaż z ukrytej kamery, jak to Ojciec Łukasz diabła pobłogosławił.
– Istnieje takie ryzyko – westchnął ksiądz. – Ale czy mam inne wyjście?
I ochrzcił dobry kapłan czarta. A niedawnemu funkcjonariuszowi Zła odpadły rogi, kopyta i ogon, i stał się wiernym i hojnym parafianinem, pod lasem pobudował niewielki zakład utylizacji odpadów siarkowych, pojął za żonę bratanicę gospodyni, a po kolejnych wyborach nawet został sołtysem. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pewnego dnia Ojciec Łukasz nie otrzymał dziwnego telefonu.
– Dzwonię do księdza w bardzo nietypowej sprawie – powiedział ciepły alt. – Zamierzam albowiem niestety upaść.
– Ależ córko! – żachnął się proboszcz. – Jeśli spodziewasz się mej aprobaty, to jesteś w błędzie. Owszem, wysłuchuję kobiet upadłych, czasem je rozgrzeszam, ale wtedy kiedy już upadną, nigdy przed.
Telefonujący(a) przerwał wywód kapłana, uprzejmie wyjaśniając, że jest… a właściwie był, aniołem. Co prawda, dotąd udawało mu się okiełznywać nietypowe dla anielskiej kondycji preferencje, ale teraz skorzysta z okazji, jaką daje mu umowa transferowa zawarta na najwyższym szczeblu i dołączy do synów ciemności.
– Jaka umowa? – spytał proboszcz.
– Stara jak świat, która przewiduje, że jeśli jeden diabeł się nawróci, to niestety dla równowagi jeden anioł powinien… Bilans musi wyjść na zero!
Fala smutku, która zalała księdza, przybrała jeszcze na sile, gdy dowiedział się, że anioł konwertyta był jego osobistym aniołem stróżem. Co gorsza, popadł on w grzeszne skłonności z nudów, albowiem mając tak zacnego podopiecznego od lat praktycznie był bezrobotnym. Zapłakał wtedy dobry ksiądz. I pomyślał nawet, że może by powstrzymał anioła przed karygodnym odstępstwem, popełniając jakiś grzech drobny, no może średni, który wstrząsnąłby zawodową etyką rozmówcy. Puścił nieudolną wiązanką przekleństw, strzelił setkę koniaku, zagroził wizytą w gminnej agencji towarzyskiej, atoli głos anioła w słuchawce był coraz cichszy, a dochodzący z zakrystii chichot diabła coraz głośniejszy…
Adventure Explorer
Za minutę dwunasta wszyscy na pokładzie Transpacyfika „ Adventure Explorer” gotowi byli na powitanie Nowego Roku i Nowego Tysiąclecia, pół setki kelnerów z butelkami szampana, uśmiechnięty kapitan na podium, dyżurujący nawigatorzy na mostku, orkiestra… Cały ogromny ekran telebimu wypełniała tarcza zegara, na którym sekundowa wskazówka nieubłaganie postępowała naprzód. Za panoramicznymi taflami szkła widać było mroczne morze i rozświetlone plaże atolu Kiribati, na których setki mieszkańców i turystów czekały na wielki moment nadejścia Nowego Tysiąclecia. Właśnie tu, w miejscu, gdzie przebiega niewidzialna granica zmiany daty.
Zabrzmiały uderzenia perkusji i talerzy. Tłum gości począł odliczać. Dziesięć, dziewięć, osiem…
Stuletnia pasażerka – Diana Leyton – jedyna, która urodziła się jeszcze w XIX wieku, przymknęła oczy: „Kto by pomyślał – zaczynam trzeci wiek?” W jednej chwili ujrzała tysiąc obrazów – dziecięce zabawy w Hyde Parku, ochotniczą służbę w szpitalu u schyłku Wielkiej Wojny, rozkoszne lata trzydzieste, kiedy tańczyła w rewii, naloty na Londyn. Kolejne małżeństwa, podróże, porody. Miała czwórkę dzieci, jedenastu wnuków, dwudziestkę prawnuków… Dziś była sama i gdyby nie pieniądze, służba, pielęgniarki i ten komputerowy rozrusznik… Ech!
– Trzy, dwa, jeden, zero… – Naraz zapadła ciemność, zgasł telebim, ucichła muzyka… Ludzie zaczęli bić brawo. Minęło jednak pół minuty i zaniepokojony szmer wypełnił mroczną restaurację. Kapitan Hart zmarszczył brwi. Płonące lody zaplanowano na później.
– Proszę zachować spokój – zawołał głośno. – Wszystko znajduje się pod kontrolą! – sam nie był o tym przekonany. Światła i owszem, miały przygasnąć, ale tylko na pięć sekund. I na pewno nie lampki na topie ani awaryjne podświetlacze schodów…
– Do cholery, dlaczego jeszcze nie włączyło się oświetlenie awaryjne?
Po omacku dotarł na mostek.
– Co tu się dzieje? – rzucił
– Nie mamy pojęcia – odparł Pierwszy, którego twarz w słabym płomyku zapalniczki przypominała oblicze Draculi. – Nagle wszystko zgasło. Matt sprawdza, dlaczego nie włączyło się zasilanie awaryjne. Zresztą, nie my jedni mamy kłopoty. Niech pan spojrzy – wskazał w kierunku atolu. Na wybrzeżu nie paliło się ani światełka. Zgasła nawet latarnia morska usytuowana na cyplu.
– Co podaje radio?
– Przecież nic nie działa.
– Mamy chyba odbiorniki na baterie w szalupach ratunkowych.
Około kwadransa zajęło im wstępne opanowywanie sytuacji. Trzeba było przełączyć sterowanie automatyczne na ręczne – udało się też uruchomić zasilenie awaryjne i w końcu w sterowni pojawiła się słaba poświata.
– Wygląda na to, że siadły wszystkie komputery – stwierdził Główny Mechanik Matt Stone. – Niepojęte! Przed wyjściem z portu w Honolulu wszystko było sprawdzone.
– Co z silnikami? Głównymi generatorami?
– To dłuższa robota.
– Nie możemy czekać, aż prąd zniesie nas na rafy…
– Rzućmy kotwice…
– Kabestany też są uruchamiane przez komputer. Ten statek to pieprzone arcydzieło elektroniki.
– A szalupy ratunkowe?
– Można spróbować ręcznie odblokować wyciągi. Jest taka opcja.
– Wezwijcie wszystkich członków załogi. Niech zajmą się kotwicami i szalupami… Żadnej paniki. A przy okazji, nie macie pojęcia, co stało się na lądzie?
– Nie działają radiostacje ani telefony komórkowe, umilkło radio…
– A gdzie indziej?
Drugi oficer wrócił ze starym tranzystorem. Na wszystkich zakresach rozbrzmiewały radosne dźwięki muzyki. I naraz, w pół taktu, zamilkło Radio Auckland w Nowej Zelandii, dwadzieścia pięć minut potem cisza spowiła wyspy Fidżi, wkrótce po nich Nową Kaledonię.
– Co się dzieje? – wołał kapitan, gdy nawet laptopy wyposażone w akumulatory nie dały się uruchomić.
– Wygląda, że nastąpił koniec świata elektroniki – powiedział Matt Stone. – Przed chwilą umilkł środkowo-pacyficzny satelita komunikacyjny.
– Czyżby to ta cholerna pluskwa milenijna? Wszyscy zdążyli o niej zapomnieć, a ona przyszła z rocznym opóźnieniem?