Zapiski Stanu Poważnego
- Автор: Szwaja Monika
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:
Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.
Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…
„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
Motory były najpiękniejsze.
Myślałam, że Filip przesadza z ich liczbą, bo ma on taką tendencję, ale naprawdę było ich ze dwieście. Wystartowane przez Krysię, przejechały z rykiem podrasowanych silników, przeważnie bez tłumików, ulicą koło budynku. Michałek rzęził z zachwytu na ich widok. Nie dziwiłam mu się. Były przepiękne! Jednego dzikiego jeźdźca Michałek odpytał, zatrzymując go uprzednio niemal z narażeniem życia, bo metodą rzucenia się pod koła. Trafił mu się napakowany superman z tatuażami wszędzie tam, gdzie wystawał ze skórzanego odzienia (zapewne pod spodem miał ich dużo więcej). Jechał na starym junaku ze szczecińskiej fabryki.
– Kolego! – zachrypiał motocyklista z uczuciem. – Młody jesteś i nie możesz tego motoru pamiętać! To jest junak! Motor szczeciński! I telewizja jest szczecińska! To my życzymy naszej telewizji wszystkiego najlepszego!
Zagrzmiał silnikiem, wystartował i oddalił się dostojnie.
O przewidzianej porze zeszliśmy z anteny. Nie na długo, bo następne wejście miało być za czterdzieści minut. Przebijając się przez gromady zwiedzających, popędziliśmy – Ewa, Maciek i ja – napić się kawy.
Na dole okazało się, że już jest tłok. Próbowaliśmy dopchać się do kanapek, ale z marnym skutkiem. Zwróciliśmy się więc ku wyjściu. Ale stał się cud. Zatrzymały nas nasze koleżanki, pracujące na co dzień w biurze, te same, które tak się dziwiły nerwówie w reżyserce, a które zazwyczaj odnosiły się do nas raczej obojętnie.
– Bez kanapeczki was nie puścimy! Musicie się pokrzepić! Kawy? Herbaty?
Od ręki dostaliśmy wszystko. Zapchaliśmy więc gęby kanapeczkami od zaprzyjaźnionej restauratorki, popiliśmy gorącą kawą i polecieliśmy z powrotem.
W tym właśnie wejściu czekała nas mina w postaci sekwencji w reżyserce. Jędruś miał zwywiadować mnie w towarzystwie inżyniera studia, jak to rozsądnie zasugerował Maciek.
Pierwszych cztery czy pięć rozmów poszło gładko. Podczas tej piątej do reżyserki wleciała ekipa w składzie: operator Paweł, Jędruś i jakiś pomagier dźwiękowy. Paweł podpiął kamerę do stosownego wejścia i ustawił się w gotowości. Szósta rozmowa była nasza.
Jędrek – cały czas na dopalaczach, bo leciutko zaczynaliśmy gonić czas – przedstawił panią redaktorkę programu, pani redaktorka przedstawiła inżyniera studia; potem szybko opowiedziałam o dwóch najważniejszych facetach w czasie trwania tego programu – tu Paweł najpierw podstawił kamerę pod nos Maćkowi, który założył na uszy słuchawki i dokonywał cudów koncentracji, jednocześnie uśmiechając się mile, kiedy była mowa o nim i miksując obrazek od Pawła z czymś tam ze studia; potem Pawełek obrócił się błyskawicznie w stronę Marcina, a my usiłowaliśmy wyjść kamerze z pola widzenia. Cały czas reżyserka pełna była ludzi, których też należało pokazać. Kiedy już przedstawiliśmy Marcina i powiedziałam, do czego nam służy realizator dźwięku (ten nasz dźwięk też on cały czas robił), poprosiłam inżyniera studia, żeby powiedział o całej technicznej reszcie.
I wtedy poczułam, że coś się dzieje niepokojącego.
Mianowicie coś jakby mi ciekło po nogach!
A wciąż byliśmy na antenie!
Boże jedyny, żeby tylko operator nie odszedł od nas z kamerą za daleko! Bo jeszcze to pokaże!
Na szczęście Paweł nie miał miejsca na żadne zamiatanie kamerą po parterach. Szedł po reżyserce i starał się pokazywać to, o czym mówił kolega inżynier.
I Spojrzałam na zegar. Przewalamy! A ja nie mogę Jędrusiowi nic powiedzieć!
Sprawdziłam szybko, gdzie patrzy kamera, pomachałam dramatycznie rękami. Ewa dostrzegła moją panikę. Postukałam wymownie palcem w tarczę zegarka i z ulgą zauważyłam, że Ewa, która siadła na moim miejscu, mówi do mikrofonu. Niemal w tym samym momencie Jędrek, który zawsze był sprawny i szybki, zgrabnie zakończył story o reżyserce i ponownie podszedł do mnie.
– A teraz, proszę, powiedz mi, co właściwie ty tu robisz? Kto to taki: autor programu?
I podstawił mi pod nos mikrofon.
– Autor programu – powiedziałam – to jest człowiek, który program wymyślił. A kiedy ten program leci na żywo, tak jak nasz, i kiedy autor widzi, że prowadzący za długo gada z jednym rozmówcą, mówi mu na ucho: Spadaj, czas ci się skończył!
Jędrek rozłożył ręce, a właściwie tę jedną, bez mikrofonu.
– No cóż, kiedy autorka mówi „spadaj”, to dla prezentera jest to absolutny rozkaz! Spadam zatem!
Maciek przeszedł na obrazki z ulicy, Jędrek z ekipą polecieli dalej. Ewa zaczęła wydobywać się z mojego fotela, żebym mogła dalej wspierać Maćka jako ta autorka programu.
– Ewa, siedź tam – powiedziałam pospiesznie. – I lećcie dalej dokładnie tak jak w scenariuszu, Maciek sobie poradzi, tylko pilnuj mu czasów! Ja chyba rodzę! Powodzenia.
Zaczęłam się wycofywać z reżyserki. W brzuchu czułam jakieś dziwne sensacje. To się nazywa, że wody odeszły, cholera, zaraz zaczną się bóle!
Obserwatorzy z parapetu, a zwłaszcza obserwatorki, zorientowały się w sytuacji. Rozległy się okrzyki:
– Wika rodzi! Pogotowie! Trzeba ją zabrać!
– Cisza! – ryknął strasznym głosem Maciek. – Zabierzcie ją i spokój ma być!
I powrócił do wydawania poleceń operatorom.
Udało mi się przedostać do przedsionka. Na szczęście zaraz za progiem wpadłam na Filipa, który skończył z lipnymi stendapami i oddawał się oprowadzaniu wycieczek. Filip jest człowiek przytomny. Filip pomoże.
– Filipku – powiedziałam półgłosem, łapiąc go za rękaw, podczas gdy wokół nas kłębił się tłum podekscytowanych biuralistek. – Ja rodzę, cholera jasna! Ściągnij mi jaką karetkę czy co!
– Masz bóle? – zapytał fachowo czołowy pistolet redakcji informacji.
– A bo ja wiem, co to jest? Może to i bóle! Zdążyłam zrobić własne wejście i mnie złapało. Kałuża po mnie została!
– Wody odeszły – skonstatował Filip, ojciec półrocznego niemowlaka. – Chodź, schowamy cię w emisji, tam się wycieczek nie prowadzi.
Mówiłam, że Filipek przytomny. Drzwi do pokoju emisji były o krok.
Aż mnie zgięło!
– Cholera! Boli! Pomóż mi przejść!
Filip zdecydowanym ruchem jednego przedramienia rozgonił gapiów, drugim podparł mnie i pomógł mi przejść te cztery kroki. Po czym rąbnął pięścią w drzwi do emisji.
– Co pan robi, panie? – obruszył się jakiś facet z wycieczki. – Domofonu tu nie ma czy co?
– Na razie jest tylko taki – powiedział zgodnie z prawdą Filip i walnął jeszcze raz.
W drzwiach stanął kolega Zbyszek – Czego się awanturujesz? – spytał pogodnie. – O kurczę! Wika, chodź szybko, no chodź, pomogę ci, dawaj ją, Filip.
Drzwi za nami się zamknęły, odcinając nas od kłębiącego się tłumu, złożonego z naszych zdenerwowanych kolegów i koleżanek oraz nieświadomych powagi sytuacji miłośników telewizji.
– Chłopaki, czy ja wreszcie mogę sobie pokrzyczeć? – spytałam cichutko.
– Wrzeszcz, Wicia – powiedział życzliwie Zbyszek. – To dobrze robi, a nam nie przeszkadza.
Wrzasnęłam więc sobie, bo już mnie zdrowo zabolało. Ale po chwili przeszło.
Filip już dzwonił na pogotowie. Nie bawił się w żadne 997, tylko zadzwonił na numer wewnętrzny, znany sobie dobrze, bo stale tam przecież siedział i coś nagrywał.
– Hania? Jak to dobrze, że to ty dzisiaj masz dyżur! Słuchaj koleżanka nam rodzi! Coś ty, oglądacie nas? Tak, ta sama, przed chwilą występowała! Wika, kiedy ci te wody odeszły?
– Właśnie wtedy!
– No, Hania, właśnie wtedy! Jak to, kiedy? Jak była na antenie! No, naprawdę! Wysyłasz? Cudnie, Hanuś, to zajedźcie od tylca, z przodu mamy jubel, zaraz zejdę i będę tam na was czekał, sami nie traficie. Hej!
Odwrócił się do nas.
– Oglądają nas! Widzieli twoje wejście, Wika, mówiła Hania, że się śmiali, że możesz zaraz urodzić! Wykrakali, to przez nich! Zbigu, zadzwoń do wartowników, niech otworzą tyły, karetka musi podjechać! Trzymaj się, Wicia!
I poleciał.
Podczas kiedy Zbyszek zawiadamiał wartowników o naglącej potrzebie, rzuciłam okiem na zestaw ekranów. Program spokojnie leciał, jak miał napisane. Oglądałam go sobie zatem, od czasu do czasu pokrzykując, bo mnie bolało.
Kiedy pogotowiarze wynosili mnie z pokoju emisyjnego, do studia wjeżdżał właśnie potwornej wielkości tort od Henia z Duetu.
A za drzwiami czyhał już Filip z ekipą filmową.
Dostałam dzikiego ataku śmiechu.
– Filip, ty harpagonie – wyjęczałam. – Ze wszystkiego forsę wydusisz, koleżanki nie oszczędzisz…
– No wiesz – obruszył się Filipek. – Najpierw udzieliłem ci przecież pierwszej pomocy! Gramy, chłopaki!
Pogotowiarze nieśli mnie przez zapchany ludźmi korytarz, a moi kochani koledzy lecieli z kamerą za nami; Beret, chichocząc, podtykał mi zwisający z długiego kija mikrofon, a Filip do własnego nadawał jak nakręcony:
– Autorka dzisiejszego programu, nasza koleżanka, Wika Sokołowska, zdążyła jeszcze powiedzieć na antenie to, co sama dla siebie zaplanowała, po czym zaczęła rodzić! Proszę państwa, jesteśmy z nią. Wika, jak się czujesz?
– Świetnie – powiedziałam, bo trzeba było koledze zrobić ładny materiał. – Najważniejsze, że program poszedł! A właściwie jeszcze wciąż idzie, bez przeszkód. Filipie, pozdrów kolegów, którzy jeszcze będą do wieczora pracować, pozdrów naszych telewidzów, o kurrrr…
Zabolało! Pogotowiarze ze śmiechu o mało mnie nie wypuścili razem z noszami.
Filipowi ani powieka nie drgnęła. Wytnie się! Prując tuż obok noszy, przodem do kamery, a tyłem do kierunku biegu, klepał dalej: