Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
Ślepowidzenie [Blindsight - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ślepowidzenie [Blindsight - pl]

Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:

„Ślepowidzenie” w genialny sposób na nowo definiuje historię o pierwszym kontakcie. U Petera Wattsa obcy nie są ani cudacznie przebranymi ludźmi, ani kompletnie niezrozumiałymi czarnymi monolitami — są czymś nowym, o wiele bardziej bulwersującym, zmuszającym nas do wyciągnięcia dość nieprzyjemnych wniosków co do natury świadomości. Gdy przestaniesz o tym myśleć, poczujesz ciarki na plecach!
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 88
Перейти на страницу:

Kurwa, co za durne pytanie. Odpowiedziałbym na nie w sekundę, gdyby Sarasti nie zmusił mnie, bym je zrozumiał.

Dopiero zagubieni zaczynamy rozumieć samych siebie.

Thoreau

Wstyd oczyścił mnie i wyjałowił. Nie dbałem o to, kto mnie widzi. Nie obchodziło mnie, w jakim stanie. Przez całe dni unosiłem się w namiocie, zwinięty w kłębek, wdychając własny smród, podczas gdy reszta przygotowywała wszystko, co rozkazał im mój prześladowca. Tylko Amanda Bates zaprotestowała przeciwko temu, co zrobił mi Sarasti. Reszta potulnie spuściła wzrok i w milczeniu robiła, co im kazał — nie umiałem poznać, czy ze strachu, czy z obojętności.

Przestało mnie obchodzić cokolwiek.

Któregoś dnia pancerz na mojej ręce rozpękł się jak skorupa małża. Podkręciłem na chwilę lumeny, żeby ocenić jego dzieło; naprawiona dłoń swędziała i połyskiwała w półmroku, z dłuższą, głębszą linią losu biegnącą od przegubu do nasady palców. Wróciłem w ciemność i ślepą, nieprzekonującą iluzję bezpieczeństwa.

Sarasti chciał, żebym uwierzył. Przyszło mu skądś do głowy, że osiągnie to, maltretując mnie i upokarzając — że popękany, opróżniony, stanę się pustym naczyniem, które wypełni, czym zechce. Przecież to klasyczna technika prania mózgu — rozbić ofiarę, a potem posklejać kawałki według własnej specyfikacji? Może spodziewał się pojawienia syndromu sztokholmskiego. Albo miał jeszcze inny plan, którego nie zrozumie pospolite mięso.

Albo po prostu zwariował.

Złamał mnie. Przedstawił swoje argumenty. Poszedłem za jego tropem z okruszków przez ConSensus i Tezeusza. A teraz, zaledwie dziewięć dni po osiągnięciu przez Rorschacha dojrzałości, jednego byłem pewien: Sarasti się myli. Musi się mylić. Nie wiedziałem skąd to wiem. Myli się.

To absurdalne: tylko to mnie teraz zaprzątało.

* * *

W kręgosłupie nie było nikogo. Widziałem tylko Cunninghama w BioMedzie, dumającego nad cyfrowymi przekrojami, udającego, że zabija czas. Przepłynąłem nad nim, odbudowaną ręką łapiąc za szczyt najbliższej drabinki; w rytm obrotu Bębna pociągnęła mnie wolniutko po okręgu. Nawet stąd widziałem napięcie w ułożeniu jego ramion; system, który utkwił w zawieszeniu, przeżerający długie godziny, podczas gdy przeznaczenie idzie do przodu krok w krok z czasem.

Uniósł wzrok.

— O. To żyje.

Powstrzymałem chęć ucieczki. Rany, to tylko rozmowa. Dwóch ludzi rozmawia ze sobą. Ludzie robią to cały czas, bez twoich narzędzi. Dasz radę. Dasz radę. Spróbuj.

Zmusiłem więc stopy do zejścia po schodach, czując rosnące w marszowym rytmie ciążenie i niepokój. Próbowałem odczytać przez tę mgłę topologię Cunninghama. Może dostrzegłem tylko fasadę, na parę mikronów w głąb. Może ucieszy się każdym odwróceniem uwagi, choć się do tego nie przyzna.

A może tylko tak mi się wydaje.

— Jak tam? — zapytał, gdy dotarłem na pokład.

Wzruszyłem ramionami.

— Widzę, że ręka już w porządku.

— Ale nie dzięki tobie.

Próbowałem powstrzymać te słowa. Naprawdę.

Cunningham zapalił papierosa.

— Prawdę powiedziawszy, to ja cię poskładałem.

— Ale kiedy mnie rozdzierał, siedziałeś tam i patrzyłeś.

— W ogóle mnie tam nie było. — I po chwili: — Ale może i masz rację. Równie dobrze mogłem tam siedzieć. Amanda i Banda, one próbowały interweniować. Nic dobrego z tego nie wynikło.

— Więc nawet nie próbowałeś.

— A ty byś próbował, gdyby odwrócić sytuację? Poleciałbyś z gołymi rękami na wampira?

Nie odpowiedziałem. Cunningham przypatrywał mi się dłuższą chwilę, zaciągając się papierosem.

— Dobrze ci zalazł za skórę, co? — powiedział w końcu.

— Mylisz się — odparłem.

— Poważnie?

— Ja nie pogrywam z ludźmi.

— Mmmm. — Wyglądał, jakby rozważał propozycję. — To jakie słowo byś wolał?

— Ja obserwuję.

— No tak. Niektórzy nazwaliby to nawet „inwigilacją”.

— Ja… czytam mowę ciała.

— To kwestia ile, i dobrze o tym wiesz. Nawet w tłumie spodziewasz się odrobiny prywatności. Ludzie nie są przygotowani na czytanie ich myśli z każdego drgnienia gałek ocznych. — Dźgnął powietrze papierosem. — A ty jesteś kameleonem. Dla każdego z nas masz inną twarz, pewnie żadna nawet nie jest prawdziwa. Prawdziwe „ty”, o ile w ogóle istnieje, jest niewidzialne…

Pod przeponą coś ścisnęło mi się w supeł.

— A kto nie jest? Ktoś nie próbuje się dostosować, dopasować do otoczenia? Nie ma w tym nic złego. Boże, przecież jestem syntetykiem! Nigdy nie manipuluję zmiennymi.

— No właśnie w tym problem. Ty manipulujesz nie tylko zmiennymi.

Między nami kłębił się dym.

— Ale chyba naprawdę nie jesteś w stanie tego zrozumieć. — Wstał, machnął dłonią. Okienko ConSensusa implodowało. — W gruncie rzeczy, to nie twoja wina. Nie można kogoś winić za to, że jest tak skonstruowany.

— Daj mi, kurwa, spokój — warknąłem.

Martwa twarz nic nie okazywała.

To też wyrwało mi się, zanim ugryzłem się w język. A potem wylało się wszystko:

— Wszystko, kurwa, zainwestowałeś w tę pieprzoną empatię. Ja może faktycznie udaję, ale większość ludzi przysięgłaby, że wszedłem im prosto w duszę. To gówno wcale nie jest mi potrzebne, wcale nie muszę odczuwać czyichś motywów, żeby je odgadnąć. Nawet lepiej ich nie czuć, bo możesz być…

— Beznamiętny? — Uśmiechnął się lekko.

— Przyszło ci kiedyś do głowy, że ta empatia to może tylko uspokajające kłamstwo? Może wydaje ci się, że wiesz, co czuje inna osoba, a tak naprawdę czujesz tylko siebie, może jesteś jeszcze gorszy ode mnie. Albo wszyscy tylko zgadujemy. Jedyna różnica: ja sam siebie nie oszukuję.

— Wyglądają tak, jak sobie wyobrażałeś? — zapytał.

— Że co? O co ci chodzi?

— Wężydła. Kończyny z wieloma stawami i centralny korpus. Na oko brzmi dość podobnie.

Grzebał w archiwach Szpindla.

— E… nie do końca — odparłem. — W rzeczywistości ramiona mają bardziej… elastyczne. Bardziej segmentowane. A korpusowi nigdy się nie przyjrzałem. Ale co to ma do…

— I tak blisko, nie? Taka sama wielkość, taki sam kształt.

— No i co z tego?

— Czemu nikomu nie powiedziałeś?

— Powiedziałem. Isaac sądził, że to od stymulacji magnetycznej. Z Rorschacha.

— Widziałeś je jeszcze przed Rorschachem. A przynajmniej zobaczyłeś coś, co tak cię wystraszyło, że się ujawniłeś, choć szpiegowałeś Isaaca i Michelle.

Mój gniew ulotnił się, jak powietrze przez wybitą dziurę.

— Oni… wiedzieli?

— Chyba tylko Isaac. I zachował to dla siebie i dziennika. Chyba nie chciał ingerować w twoją zasadę nieingerencji, ale założę się, że wtedy ostatni raz przyłapałeś ich sam na sam.

Nic nie powiedziałem.

— A co, myślałeś, że oficjalny obserwator jest jakimś sposobem wyłączony spod obserwacji? — zapytał po chwili Cunningham.

— Nie — odpowiedziałem cicho. — Chyba nie.

Kiwnął głową.

— A potem jeszcze je widywałeś? I nie mówię o standardowych halucynacjach magnetycznych. Mam na myśli wężydła. Czy kiedy już zobaczyłeś je na własne oczy, odkąd wiesz jak wyglądają, pokazywały się jeszcze?

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)