Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]
Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]

Электронная книга - «Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]». Краткое содержание книги:

Akcja książki zaczyna się w momencie, w którym kończy się Krótka, zwycięska wojenka. Jest kontynuacją wątków w niej rozpoczętych, z nieco większym naciskiem położonym na kwestie polityczne — wojna między Gwiezdnym Królestwem Manticore a Ludową Republiką Haven stała się w końcu rzeczywistością — oraz na osobiste sprawy Honor Harrington. Wracają znane i lubiane postacie z pierwszych tomów. Jednak gdy Honor udaje się na planetę Grayson, by stać się rzeczywistym patronem, dają o sobie znać także starzy wrogowie. Nie do nich należy jednak ostatnie posunięcie…
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 93
Перейти на страницу:

— W takim razie każę przygotować rozkaz przedłużający pani urlop o trzy dni — powiedział spokojnie. — Jeśli będzie pani potrzebowała więcej czasu, nie będzie to problemem.

— Dziękuję, sir. — Tym razem zabrzmiało to znacznie łagodniej: wyczuła, co miał ochotę powiedzieć, i była mu wdzięczna, że tego nie zrobił.

— W takim razie do zobaczenia, damo Honor — zakończył cicho White Haven i rozłączył się.

ROZDZIAŁ XXIV

Trzech mężczyzn, którzy wyskoczyli z bocznego korytarza, miało dziennikarską profesję dosłownie wypisaną na czołach. Ich szef włączył naramienną holokamerę, zanim jeszcze Honor w ogóle go dostrzegła.

— Lady Harrington, czy mogłaby pani… — Głos umilkł nagle, gdy przed Honor wystąpił major LaFollet.

Major LaFollet nie wyglądał imponująco jak na standardy Królestwa, ale i tak był o trzydzieści umięśnionych procent cięższy od dziennikarza. Co więcej, miał całkowicie poważną minę, a jego wygląd, od krótko ściętych włosów po krój munduru, wskazywał, że jest cudzoziemcem. Wyraz oczu zaś mówił jednoznacznie, że ma gdzieś tradycje wolnej prasy, natomiast absolutnie nic przeciwko użyciu staromodnej siły fizycznej, jeśli uzna to za stosowne.

Nie odezwał się słowem — jedynie stał, przyglądając się wyczekująco. Nie zrobił też żadnego gestu, ale dziennikarz i tak nader wolno i ostrożnie wyłączył kamerę. LaFollet prychnął z lekkim rozbawieniem i cała trójka spróbowała stać się płaskorzeźbami, otwierając jak najszersze przejście.

Honor, mijając ich, skinęła uprzejmie głową, mając za plecami kaprala Mattingly’ego. I poszła dalej. LaFollet odczekał moment i dołączył do nich, przyspieszył i zajął właściwe miejsce o pół kroku z tyłu i krok z prawej od ochranianej.

— Wiesz, Andrew, niezupełnie w ten sposób traktowani są dziennikarze w Gwiezdnym Królestwie — powiedziała cicho Honor, spoglądając na niego.

— Wiem, milady — prychnął pogardliwie. — Spędziłem trochę czasu, oglądając nonsensowny stek bzdur i śmieci… proszę o wybaczenie: miałem na myśli lokalne programy związane z procesem Younga.

Honor przygryzła wargę i zmusiła się do zachowania powagi.

— Nie powiedziałam, że nie jestem ci wdzięczna. Chciałam ci tylko zwrócić uwagę, że nie możesz ciągle grozić dziennikarzom.

— Grozić, milady?! — zdumiało się wcielenie niewinności w mundurze majora gwardii. — A czym ja mu zagroziłem?

Honor ugryzła się w język. Miała już okazję przekonać się, że dyskusje z LaFolletem należały do bezproduktywnych. Słuchał jej uważnie, odpowiadał uprzejmie i konsekwentnie robił to, co uważał za słuszne, by zapewnić jej bezpieczeństwo i stosowne traktowanie. I był jeszcze bardziej niż ona uparty. Gdyby mu to poleciła, ustąpiłby z drogi dziennikarzom, ale nic poza jej rozkazem nie było go w stanie do tego zmusić.

Westchnęła w duchu, nadal targana mieszanymi uczuciami — zadowoleniem i rezygnacją. Dopiero tego ranka zorientowała się, że gwardziści stali się stałym elementem jej życia. Biorąc pod uwagę, w jakim stanie psychicznym znajdowała się ostatnio, nie powinno jej to zaskoczyć — gdyby zwracała większą uwagę na to, co się wokół dzieje, miała szansę ukręcić łeb całej sprawie w zarodku. Teraz było za późno. A żywiła poważne podejrzenia, że przyzwyczajenie się do ich obecności nie będzie najłatwiejszym przedsięwzięciem w życiu. Było jasne, że LaFollet został dobrze, starannie przygotowany i zapoznany z jej słabymi stronami. Jak dotąd zdążył bowiem nie tylko bez zająknięcia wyrecytować jej stosowne graysońskie przepisy, podając źródła, ale także bezwstydnie wykorzystać jej poczucie obowiązku. Wyczuwała w tym doborze taktyki rękę Clinkscalesa, a odkrycie, że LaFollet należał uprzednio do ochrony pałacu Protektora, tylko potwierdziło te podejrzenia.

Jak by nie było, dowódca jej osobistej ochrony zdążył z nienaganną uprzejmością i żelazną logiką uciąć każdą próbę dyskusji w kwestii obecności ochrony, chyba że uznał jakąś jej uwagę za niegodną komentarza. A ona nie mogła nawet odwołać się do prawa Gwiezdnego Królestwa, bowiem ranną pocztą nadeszło specjalne zezwolenie królewskie wystosowane na wniosek MSZ-u. Głosiło ono, że patronka Harrington (zajmująca, tak się składa, tę samą cielesną powłokę co kapitan Harrington) ma prawo do stałej, uzbrojonej ochrony osobistej na terenie całego Gwiezdnego Królestwa Manticore. W dodatku ochrona ta objęta została immunitetem dyplomatycznym! Fakt, że Ramirez był współkonspiratorem, a MacGuiness i Nimitz popierali cały pomysł, dawał LaFolletowi nieuczciwą przewagę. Powiększał ją upór treecata, by podłączyć ją do emocji majora; dzięki czemu wiedziała o jego głębokim oddaniu i jeszcze głębszej trosce o jej bezpieczeństwo.

LaFollet postarał się, by ani w wyrazie jego twarzy, ani w głosie nie pojawił się cień tryumfu, jednakże dzięki nadal istniejącemu połączeniu z jego umysłem Honor wyczuła jego wielką satysfakcję. Dopiero potem Nimitz przerwał to łącze. Honor była starsza od LaFolleta o trzynaście standardowych lat, ale w jego podejściu do niej było coś niepokojąco znajomego. Nie bardzo zdając sobie z tego sprawę, dorobiła się młodszej, energiczniejszej i uzbrojonej wersji MacGuinessa. I miała poważne podejrzenia, że dzięki temu jej życie już nigdy nie będzie takie jak dotąd.

Wsiedli do windy i przestała myśleć o swych gwardzistach. Teraz miała do załatwienia coś znacznie ważniejszego i skupiła się na tym, obserwując na wyświetlaczu, jak zbliżają się ku zaprogramowanemu celowi. A był nim „Dempsey’s Bar”.

Wysmukły blondyn wziął następnego precla. Siedział przy do połowy wypitym piwie, leniwie obserwując rosnący tłum gości — zbliżała się pora lunchu. Siedział plecami do drzwi i zdawał się na nic nie zwracać uwagi, lecz starannie kontrolował otoczenie, zerkając w lustrzaną ścianę za barem. Minę miał starannie obojętną, jak zwykle doskonale maskującą myśli.

Denver Summervale był wbrew pozorom człowiekiem uczuciowym. Przez lata nauczył się ukrywać to pod maską chłodu i żelaznej kontroli tak skutecznie, że często sam zapominał o tym fakcie. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak groźna potrafi być wściekłość czy nienawiść w jego zawodzie, ale w tym przypadku jego samokontrola zaczynała zawodzić — i nic nie był w stanie na to poradzić. To zadanie przestało już być kolejnym obiektywnym zleceniem, a stało się subiektywną sprawą osobistą. Powód był prosty — nie był przyzwyczajony, by go obijano i to na dodatek boleśnie. Wyrobił sobie taką reputację, iż od wielu lat nikt nie ośmielił się go uderzyć. Reputacja była tak miła, że nie zdawał sobie w pełni sprawy, jak bardzo na niej polega… ani jak wściekły będzie, gdy ktoś ją zignoruje.

Żując miarowo precla, czuł, jak nienawiść zalewa mu umysł. Już wcześniej drogi jego i Harrington skrzyżowały się, choć ona o tym nie wiedziała. Wówczas jej działania kosztowały go lukratywną posadę (choć naturalnie całkowicie nielegalną), ale pogodził się z tym bez żalu — to ryzyko miał wkalkulowane, stanowiło ono część reguł gry. Tym razem było inaczej — nikogo nie darzył tak szczerą i głęboką nienawiścią od czasu, gdy kuzynek, książę Cromarty, nie kiwnął palcem, by powstrzymać Korpus przed upokorzeniem go.

To, że Tankersley dał mu w pysk, było upokarzające i bolesne, ale do przyjęcia — po pierwsze pomogło mu wykonać zlecenie, po drugie oberwał z własnej winy, bo dał się zaskoczyć. Poza tym dodało to smaczku i atrakcyjności rutynowej robocie. Jedyna kula, którą kapitan zdołał wystrzelić w pojedynku, okazała się zaskakująco celna — gdyby trafiła dwa centymetry bliżej, z czystego postrzału w mięsień zrobiłaby się naprawdę groźna rana, ale to również było do przyjęcia. Ryzyko zwiększało przyjemność odczuwaną na widok przeciwnika walącego się na trawę.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 93
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)