Zima w Edenie [Winter in Eden - pl]
- Автор: Гаррисон Гарри Максвелл
- Серия: Eden (pl) #2
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-7075-005-2
- Переводчик: Janusz Pultyn
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Zima w Edenie [Winter in Eden - pl]». Краткое содержание книги:
Kerrick wraz ze swą żoną i synkiem wyrusza na pomoc ludzkości. Wśród jaszczurów żyje istota, której celem jest zniszczenie przeciwnej kultury. To właśnie knowania Vanite doprowadzają do nieustannych starć i tragedii. Kerrick zna jednak sposób na wymuszenie rozejmu.
Vaintè przyjęła zaproszenie, wyraziła gestem przyjemność i zapytała o powód. Akotop splotła grube kciuki w sposób świadczący o odprężonym-koleżeństwie i powiedziała:
— Dziękuję ci, mocna Vaintè, bo twój przykład przyczynił się do uratowania mego życia. Logika nauki rządzi mym istnieniem, lecz wiem też aż za dobrze o znaczeniu ciała, nie zważającego na polecenia mózgu. Wiedziałam, iż rozkaz eistai może wyzwolić u Yilanè zmiany metaboliczne, które spowodują jej pewną śmierć. Potem widziałam wraz ze śmiercią wszystkich w tragicznym Alpèasaku, że również zagłada miasta może rozpocząć taką reakcję. Gdy to zrozumiałam, zaczęłam bać się o siebie, że pomimo mej wielkiej wiedzy, sama też doznam śmiercionośnego wstrząsu. Pomogło mi trwanie przy życiu samca. Skoro on żyje, to mogę i ja. Dlatego to ściskałam go mocno, walcząc o przetrwanie. Potem przyszłaś, zabrałaś mi go. Odzyskałam wówczas świadomość i wzrok. Ujrzałam cię triumfalnie żywą, tak samiczą, iż dodało mi to siły. Wiedziałam już, że uniknęłam śmierci. Dziękuję ci za życie, mocna Vaintè. Jest teraz twoje, możesz nim dysponować; jestem twą fargi, zrobię, co rozkażesz.
W tej chwili następna długa fala zakolebała uruketo, rzucając w bok pulchną postać Akotolp. Vaintè chwyciła ją za ręce, chroniąc przed upadkiem. Przytrzymała uczoną, wyrażając szczere podziękowanie równej wobec równej.
— Teraz ja dziękuję tobie, wielka Akotolp. Mam wiele do zrobienia i długą drogę do przebycia. Potrzebna mi pomoc. Przyjmuję cię jako pierwszą towarzyszkę w tym, co muszę osiągnąć.
— Sprawia mi to radość, Vaintè, czekam na twe polecenia.
Zachwiały się razem, gdy uruketo wspięło się na wielką falę. Jakiś cień przesłonił na mgnienie oka słońce. Spojrzały w górę i Akotolp okazała radość-z-widoku.
Rzeczywiście było czym sycić oczy. Mijały ujście wielkiej rzeki, obramowanej po obu brzegach żółtawozieloną dżunglą. W miejscu zetknięcia się rzeki z oceanem powstawały wysokie fale, kłębiły się i pieniły. Łowiły tam ryby niezliczone ilości estekel*. Wpadały na fale ze zwiniętymi wielkimi, pokrytymi sierścią skrzydłami, długie dzioby zanurzały głęboko, pozostawiając nad wodą jedynie kościste występy na tyłach głów. Inne powoli krążyły wyżej, po morzu przemykały szybko ich cienie. Ochrypłe krzyki tych stworzeń stawały się coraz głośniejsze, gdy uruketo wpłynęło między nie.
— Widzisz, jak rzucają się w powietrze — zawołała z radością Akotolp. — Badałam te zwierzęta. Gdybyś się im przyjrzała, dostrzegłabyś, że rozpiętość ich skrzydeł jest zbyt wielka, a długość nóg zbyt mała, by mogły wzlecić poza ujściem. Tworzą się tu wysokie fale napierające na wiatr, a nie uciekający przed nim estekel*, po zjedzeniu swej zdobyczy startuje z grzbietu fali ustawiony pod wiatr — tak unosi się w powietrze. Wspaniałe!
Vaintè nie podzielała entuzjazmu uczonej dla tych śmierdzących rybami, pokrytych sierścią, latających stworzeń. Nurkowały za blisko, ich wrzaski raziły uszy. Zostawiła Akotolp, zeszła na dół i pomimo kołysania zapadła znów w głęboki sen. Spędziła tak resztę drogi; tkwiła w nieruchomym letargu, gdy Erafnaiś przysłała załogantkę z wiadomością, że osiągnęły swój wyspiarski cel i wkrótce przybądą do Ikhalmenetsu.
Vaintè wspięła się na płetwę, by ujrzeć, iż ocean za nimi jest pusty. Większość dnia płynęły z daleka od brzegów Entoban*, aby dotrzeć do tego archipelagu, zagubionego w ogromie morza. Mijały teraz wielką wyspę z tkwiącymi w jej środku wysokimi górami. Ich szczyty pokrywał śnieg, zasłaniały chmury, siekły strugi deszczu, smutne przypomnienie zimy, będącej wrogiem wszystkich Yialnè. Te skaliste wyspy leżały zbyt daleko na północ, jak na gust Vaintè, myśl ta zmroziła ją, zapragnęła wyjechać stąd, najszybciej jak tylko można.
Ale czy powinna? Zbliżały się teraz do otoczonego morzem Ikhalmenetsu, miasta zamkniętego od tyłu zieloną dżunglą, otoczonego z boków plażami o żółtym piasku, za którymi wznosiła się wysoka, zwieńczona śnieżnym szczytem góra. To ich cel. Patrzyła na pokrte śniegiem wierzchołki, wpatrywała się w nie bez ruchu, ze sztywnym ciałem, pozwalając rozwijać się i krzepnąć nowemu pomysłowi. Może przybycie do Ikhalmenetsu nie jest jednak takie złe.
ROZDZIAŁ III
Es et naudiz igo kaloi, thuwot et freinazmal.
Jeśli łapiesz dwa króliki naraz, nie chwycisz żadnego.