Małe, duże [Little, big - pl]
- Автор: Краули Джон
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-024-8
- Переводчик: Beata Horosiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Małe, duże [Little, big - pl]». Краткое содержание книги:
Aby przywrócić równowagę światu bohaterowie powieści podejmują próbę ponownego zawiązania tej więzi.
— Przyjaciel — odpowiedział i ruszył ku drzwiom.
Bez wątpienia w powietrzu unosił się zapach dżinu. Kobieta, oparta o dolną część drzwi, należała do tych, których wiek średni trwa wyjątkowo długo. Smoky nie był w stanie określić, ile ma lat. Jej rzadkie włosy mogły być szare albo brązowe, nosiła kocie okulary i wyszczerzała sztuczne zęby w uśmiechu; jej ramiona, wsparte niedbale na framudze, pokryte były piegami.
— Cóż, nie wiem, kim jesteś — odezwała się.
— Chciałbym zapytać — zaczął Smoky — czy jestem na właściwej drodze prowadzącej do miasteczka zwanego Edgewood.
— Trudno mi powiedzieć — odparła. — Jeff? Czy możesz pokazać temu młodzieńcowi drogę do Edgewood?
Poczekała na odpowiedź z głębi mieszkania, której nie usłyszał, i otworzyła drzwi.
— Wejdź — poprosiła. — Zobaczymy.
Domek był maleńki i czysty, przeładowany różnymi gratami. Stary, bardzo stary pies o wyglądzie postrzępionej miotły, skakał mu pod nogami, ziejąc radośnie. Smoky wpadł na bambusowy stolik, zawadził ramieniem o ozdobną półkę, przejechał się na śliskim dywaniku i przez wąskie, sklepione przejście wpadł do saloniku pachnącego różami, rumem i zimowym ogniem. Jeff opuścił gazetę i zdjął z podnóżka nogi w bamboszach.
— Edgewood? — zapytał, przypalając fajkę.
— Edgewood. Dostałem instrukcje, w pewnym sensie.
— Podróżujesz autostopem? — Jeff otworzył wąskie usta jak ryba, by wypuścić dym, i zmierzył Smoky’ego podejrzliwym wzrokiem.
— Właściwie wędruję.
Nad kominkiem wisiała haftowana makatka. Napis na niej brzmiał:
— Idę na swój ślub.
Ach, wyczytał z ich twarzy.
— Dobrze — podniósł się Jeff. — Marge, przynieś mapę. Była to mapa okręgu lub czegoś w tym rodzaju, o wiele dokładniejsza niż mapa Smoky’ego; odnalazł konstelację miasteczek, którą już znał, wyraźnie zaznaczoną, ale Edgewood tam nie było.
— To musi być gdzieś tutaj. — Jeff znalazł kawałek ołówka i mrucząc „hmm” i „popatrzmy”, połączył kółka pięciu miasteczek w pięcioramienną gwiazdę.
Postukał kilkakrotnie ołówkiem w pięciokąt wyznaczony wierzchołkami gwiazdy i patrząc na Smoky’ego, podniósł piaskowe brwi. Stara sztuczka z odczytywaniem mapy, domyślił się Smoky. Rozpoznał cień drogi przecinającej pięciokąt, łączącej się z drogą, którą wędrował. Droga ta kończyła się tutaj, w Meadowbrook.
— Hmm — mruknął.
— To wszystko, co mogę ci powiedzieć — stwierdził Jeff, zwijając mapę.
— Zamierzasz wędrować po nocy? — zapytała Marge.
— Mam ze sobą coś do spania.
Marge zacisnęła usta na widok niewygodnych koców przytroczonych do plecaka.
— Przypuszczam, że nic nie jadłeś przez cały dzień.
— Nie, ale mam kanapki i jabłko…
Kuchnia zastawiona była koszami nieprawdopodobnie soczystych owoców: granatowych winogron, szarych renet i rozciętych brzoskwiń — dumnych dowodów udanego owocobrania. Marge wyciągnęła parujące potrawy z piecyka i stawiała je na ceratę, a kiedy wszystko już skonsumowano, Jeff nalał likieru bananowego do maleńkich, rubinowych kieliszków. Smoky nie miał już siły zaprotestować przeciw ich gościnności, Marge rozłożyła tapczan i Smoky ułożony został do snu w brązowym, indiańskim kocu.
Kiedy Juniperowie wyszli, leżał przez chwilę z otwartymi oczyma, rozglądając się po pokoju. Oświetlał go jedynie blask nocy, blask w kształcie małego, wiejskiego domku porośniętego różami. Dostrzegł klonowy fotel Jeffa, którego płaskie, pomarańczowe poręcze wyglądały niezwykle apetycznie, niczym dwa lśniące lizaki. Zauważył, że koronkowe firanki falują przy każdym podmuchu wiatru o różanym zapachu. Wsłuchał się w senne pomruki psa miotły. Natknął się na jeszcze jedną makatkę. Na tej, z kolei, choć nie był pewien, napis brzmiał:
Zasnął.
II
Zauważyliście chyba, że nie stawiam myślnika pomiędzy dwoma słowami. Piszę „country house”, a nie „country-house”. Jest to zamierzone.