Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Smuga natychmiast zatrzymał całą karawanę. W tych stronach utracenie zapasów żywności bądź sprzętu obozowego równało się przegranej walnej bitwie. Oczekiwała ich uciążliwa wędrówka przez bezdroża Tybetu, cóż by więc tam mogli począć straciwszy cenne zapasy? Wszyscy zsiedli z koni. Zgrupowali się przy Smudze.
— Kiepsko z nami — odezwał się bosman. — Trzeba nam było wcześniej rozprawić się z tymi pasibaranami.
— Nie unikniemy starcia — westchnął Tomek i zarepetował karabin.
Smuga nic nie odpowiedział. Był nie mniej zasępiony od Wilmowskiego. W milczeniu rozważał jakiś desperacki plan działania, to obrzucał spojrzeniem odległy jeszcze od nich wierzchołek najbliższego pasma, to znów spoglądał na pościg, podchodzący ku nim po głazach.
— Pandicie, czy podejmiesz się roli tłumacza? — zagadnął w końcu.
— Czy chcesz, szikarze, pertraktować? — zapytał Davasarman.
— Tak, może uda mi się dojść z nimi do porozumienia.
— Nie warto ryzykować — zaoponował bosman. — Popatrz pan, jak kiepsko są uzbrojeni. Nasze karabiny raz dwa nauczą ich moresu.
— Tłumaczyłem ci już, że to odważni ludzie. Nie ustąpią łatwo, a gdy raz zaczniemy walkę, będziemy musieli zabijać bez pardonu.
— To byłoby okropne — wzdrygnął się Tomek. — Przecież właściwie oni nam nic złego nie zrobili.
— Ci biedacy mają nas za szpiegów. Przy okazji chcą zdobyć przyrzeczoną przez policję nagrodę. Czy zdołasz, Janie, przekonać ich, że pomylili się co do nas? — denerwował się Wilmowski.
— Spróbuję — krótko odparł Smuga. — Czy pójdziesz ze mną jako tłumacz, Pandicie?
— Idę z tobą, szikarze.
Smuga postąpił kilka kroków do przodu. Zaczął powiewać w powietrzu białą chustką. Na ten widok ścigający przystanęli poniżej na stoku. Pandit Davasarman przyłożył do ust obie dłonie i zawołał coś w tiurskim języku. Pasterze zbili się w gromadę. Naradzali się, gestykulując rękoma. Po chwili jeden z nich udzielił odpowiedzi.
— Zgadzają się na rozmowę — oświadczył Davasarman. — Dwóch z ich strony i dwóch z naszej spotka się w połowie drogi, bez broni.
— Może w tym kryje się podstęp? — wtrącił bosman.
— Zaryzykujemy. Na wszelki wypadek bądźcie w pogotowiu — odpowiedział Smuga. Zaraz też odłożył karabin i zdjął pas z rewolwerem ukryty pod kożuchem.
— Ja pójdę z panem — zaproponował bosman. — Gdyby podstępnie napadli, to na pewno przydadzą się moje pięści.
— Nie kłopocz się, bosmanie, dam sobie jakoś radę. Przecież Pandit idzie ze mną, ponieważ nie mógłbym sam rozmówić się z nimi.
— Będziemy trzymali broń w pogotowiu. W przypadku zdrady wycofujcie się w ten sposób, abyśmy mogli razić ich strzałami — rzekł Wilmowski.
— Tomku, stań tu przy mnie z pukawką — polecił bosman. — A ty, Udadżalaka, ze swoimi ludźmi przycupnijcie za głazami.
Smuga powiewając chustką razem z Davasarmanem schodzili w dół stoku. Dwóch krępych pasterzy wyszło im naprzeciw. Układy trwały dość długo, lecz wkrótce nabrały zapewne pomyślnego biegu, gdyż Smuga poczęstował pasterzy tytoniem.
Tomek przez cały czas obserwował ich przez lornetę. W pewnej chwili zdumiony zawołał:
— Pan Smuga wyjął woreczek ze złotem, który otrzymał od swego brata.
— Domyślałem się, że zechce zaproponować im okup... — powiedział Wilmowski. — Oby tylko przystali na tę propozycję!
— Ani chybi, Smuga wyjdzie z tej wyprawy goły jak święty turecki — zżymał się bosman.
Posłowie uprzejmie się pożegnali, po czym Smuga z Panditem Davasarmanem ruszyli ku karawanie, a dwaj pasterze pospiesznie oddalili się w dół zbocza ku swoim.
— Jakie są wyniki pertraktacji, Janie? — niespokojnie zapytał Wilmowski, gdy posłowie, trochę zasapani wchodzeniem pod górę, znaleźli się wreszcie w kręgu przyjaciół.
— Zaraz przekonamy się naocznie — odparł Smuga. — Za chwilę powinni rozpocząć odwrót.
— Czy przyjęli okup? — ciekawił się Tomek.
— Przyjęli, dałem im podwójną sumę, jaką władze chińskie wyznaczyły za schwytanie nas — potwierdził Smuga. — To dla nich prawie majątek. Ponadto zapewniliśmy ich, że udajemy się do Tybetu jako pielgrzymi do świętej dla buddystów Lhasy.
— Chyba nie chcesz pan powiedzieć, że oni w to uwierzyli? — roześmiał się marynarz.
— Tego nie wiem, w każdym razie przychylnie przyjęli to do wiadomości i wziąwszy okup, przysięgli na Koran, że zaniechają pościgu.
— A jeśli nas oszukają?
— Na ogół mahometanin nie łamie przysięgi złożonej na swą świętą księgę.
— Odjeżdżają, naprawdę odjeżdżają! — zawołał uradowany Tomek.
Podróżnicy z uczuciem niezmiernej ulgi spoglądali za odjeżdżającymi pasterzami. Dopiero gdy konna grupa połączyła się z nadciągającą pieszą gromadką i wspólnie z nimi ruszyła ku pasmu górskiemu, Smuga odezwał się:
— Teraz możemy sobie powiedzieć, że odbyliśmy wyłącznie krajoznawczą wyprawę. Pozbyłem się już prawie wszystkiego złota, które mój nieszczęsny brat pozostawił mi w spadku. Tych kilka grudek, spoczywających na dnie niegdyś pękatego woreczka, starczy nam zaledwie na powrót do Europy.
— Najlepiej pan uczynisz, rzucając tę resztę w przepaść — powiedział bosman. — To złoto zbyt wielu ludziom przyniosło nieszczęście. Pana brat zmarł jako kaleka, biedny Abbas, który przechowywał dla nas depozyt, został zabity, morderca jego, a zarazem złodziej poniósł okrutną karę, potem dla tego właśnie złota musieliśmy zabić zbója Naib Nazara oraz wielu jego zuchów, a przed chwilą omal nie doszło do krwawej rozprawy. Tfu, do stu zdechłych wielorybów, lżej oddycham na myśl, że znów jesteśmy goli.
— Skoro nikt z nas nie martwi się utratą fortuny, to zajmijmy się odzyskaniem juków z żywnością, które razem z koniem leżą wśród głazów na stoku — rzekł Smuga, uśmiechając się do towarzyszy. — Kto na ochotnika opuści się na linie?
— Ja, proszę pana — zgłosił się Tomek. — Nabyłem już nawet pewnego doświadczenia w karkołomnych wyczynach podczas tej wyprawy.
— Dobra nasza, będę trzymał cię na linie — zaproponował marynarz. — Możesz na mnie polegać.
Pandit Davasarman ciekawie przysłuchiwał się rozmowie białych sahibów. Z coraz większym zdumieniem spoglądał na nich. Przecież wyruszyli na niebezpieczną wyprawę dla zdobycia złota, a teraz cieszyli się, że są tak samo biedni jak przedtem. W parowie, z zawaloną głazami pieczarą, Pandit Davasarman postanowił, po powrocie do Alwaru, prosić swoją siostrę, by szczodrze obdarowała jego zawiedzionych w nadziejach przyjaciół. Na pewno chętnie by to uczyniła, choćby przez wzgląd na rycerskość Tomka. Teraz jednak, gdy poznał ich niezwykłą szlachetność, zrozumiał, że taki dar byłby dla nich obrazą.
Tymczasem czterej biali przyjaciele, nieświadomi uznania, jakie wzbudzili w sercu wielkodusznego Hindusa, ochoczo przystąpili do pracy. Pokpiwali przy tym z siebie wesoło, jakby zapomnieli, że jeszcze mają przed sobą przeszło czterotygodniową, groźną wędrówkę.