W 20 lat później
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1957
- Язык: польский
- Год: Państwowe Wydawnictwo “Iskry”
- ISBN: 83-207-1207-6
- Переводчик: Stefan Flukowski
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «W 20 lat później». Краткое содержание книги:
Jechali tak z godzinę. Konie były białe od piany, z brzuchów ściekała im krew.
— Czyżbym tam coś widział? — rzekł d’Artagnan.
— Masz wielkie szczęście, jeśli coś widzisz w taką noc — odrzekł Portos.
— Jakieś iskry.
— I ja również widzę — odparł Muszkiet.
— Czyżbyśmy ich doganiali?
— A to dopiero! Padły koń — rzekł d’Artagnan ściągając swego wierzchowca, który właśnie uskoczył w bok. — Zdaje się, że i oni są u kresu sił.
— Wydaje mi się, że słychać jakby cały oddział jeźdźców — rzekł Portos pochylony nad grzywą swego konia.
— Niemożliwe.
— Cała kupa.
— A to co innego.
— Znów koń — wyrzekł Portos.
— Martwy?
— Nie, zdycha.
— Z siodłem czy bez?
— Z siodłem.
— Więc to oni.
— Śmiało, mamy ich.
— Ale jeśli ich kupa — rzekł Muszkiet — to nie my ich mamy, ale oni nas.
— Ba! — odparł d’Artagnan — uważają nas za silniejszych, ponieważ ich ścigamy. Nastraszą się i rozproszą.
— Na pewno — powiedział Portos.
— O, widzicie! — wykrzyknął d’Artagnan.
— Tak, znów iskry. Tym razem i ja je widziałem — rzekł Portos.
— Naprzód, naprzód! — rzucił d’Artagnan swym skrzeczącym głosem. — Za pięć minut będziemy się śmiać.
I znów ruszyli przed siebie. Konie oszalałe z bólu i pościgu leciały mroczną drogą, pośrodku której zaczęła się rysować jakaś masa bardziej zwarta i ciemniejsza od reszty horyzontu.
XXVIII. Spotkanie
Gnali tak jeszcze z dziesięć minut.
Nagle od zwartej masy odcięły się dwa czarne punkty i jęły się zbliżać, róść, a w miarę jak rosły, przybierać kształt dwóch jeźdźców.
— O — rzekł d’Artagnan — idą na nas.
— Tym gorzej dla nich — odrzekł Portos.
— Kto tam? — zakrzyknął ochrypły głos.
Trzej jeźdźcy w pełnym galopie nie zatrzymali się i nie odpowiedzieli. Słychać było tylko chrzęst dobywanych szpad i szczęk kurków odwodzonych przez czarne zjawy.
— Cugle w zęby! — rzucił d’Artagnan.
Portos pojął w lot. Jednocześnie z d’Artagnanem wyciągnął lewą ręką pistolet z olster i odwiódł kurek.
— Kto idzie? — zakrzyknięto po raz wtóry. — Ani kroku dalej albo śmierć!
— Ba! — odrzucił Portos, niemal dławiąc się kurzem i żując uzdę jak koń wędzidło — ba, jużeśmy takich widzieli!
Na te słowa dwa cienie zatarasowały drogę i w świetle gwiazd błysnęły lufy wymierzonych do strzału pistoletów.
— Z drogi!— wrzasnął d’Artagnan — albo zginiecie!
Odpowiedzią na tę groźbę były dwa strzały, lecz nacierający szli z takim impetem, że w tejże chwili siedzieli już na przeciwnikach. Rozległ się trzeci strzał, oddany z bardzo bliska przez d’Artagnana i jego przeciwnik padł. Portos zaś trącił swego z taką siłą, że choć trzymał szpadę odwróconą, samym tylko uderzeniem odrzucił go na jakieś dziesięć kroków od konia.
— Kończ go, Muszkiet! — zakrzyknął.
I rzucił się naprzód obok przyjaciela, który podjął już dalszy pościg.
— No? — zapytał.
— Rozwaliłem mu łeb — odparł d’Artagnan. — A ty?
— Obaliłem go tylko, ale uwaga...
Rozległ się huk strzelby: to Muszkiet wykonał w biegu rozkaz pana.
— Nuże, nuże — odezwał się d’Artagnan. — Dobrze idzie, pierwszą partię wygraliśmy.
— Otóż i nowi gracze — rzekł Portos.
Istotnie, nowi dwaj jeźdźcy odłączyli się od głównej grupy i przybliżali gwałtownie, aby znów zagrodzić drogę.
Tym razem d’Artagnan wcale nie czekał, aż się sami odezwą.
— Z drogi! — krzyknął pierwszy. — Z drogi!
— Czego chcecie? — padło zapytanie.
— Diuka! — ryknęli obaj jak jeden.
Odpowiedział im wybuch śmiechu zakończony jękiem: d’Artagnan śmiejącego się przebił na wylot.
W tejże chwili dwa wystrzały huknęły jak jeden. To Portos i jego przeciwnik wystrzelili do siebie.
D’Artagnan obejrzał się i dostrzegł Portosa tuż obok.
— Brawo, Portosie — rzekł. — Zdaje się, że go zabiłeś.
— Zdaje się, trafiłem tylko konia.
— Cóż chcesz, mój drogi, nie każdy wystrzał trafia w punkt i nie ma się co skarżyć, gdy pójdzie tylko w kartę. Ale dalibóg, co z moim koniem?
— Twój koń pada — rzekł Portos zatrzymując swego.
W samej rzeczy, rumak d’Artagnana potykał się i padał na kolana, po czym jął rzęzić i legł na ziemi.
Trafiony został w pierś kulą pierwszego z przeciwników d’Artagnana.
D’Artagnan rzucił przekleństwo, od którego niebo gotowe było się rozpaść w kawałki.
— Potrzebuje pan konia? — zagadnął go Muszkiet.
— Do kata! Czy potrzebuję... — krzyknął d’Artagnan.
— Proszę — odparł Muszkiet.
(audio 10 b)
— Do kroć diabłów, skąd masz te dwa luzaki? — rzucił d’Artagnan wskakując na jednego.
— To po zabitych. Pomyślałem, że mogą się nam przydać, i zabrałem.
Tymczasem Portos nabił z powrotem pistolet.
— Baczność! — rzucił d’Artagnan. — Znowu dwóch.
— Ależ to może być tak do jutra — rzekł Portos.
Istotnie dwaj nowi jeźdźcy już nadjeżdżali pędem.
— Panie — rzekł Muszkiet — ten, co go pan obalił, podnosi się.
— Czemuś z nim nie zrobił tego co z poprzednim?
— Byłem zajęty, panie; przytrzymywałem konie.
Rozległ się strzał. Muszkiet wydał okrzyk bólu.
— Och, panie, w drugi! — zawołał. — Akurat w drugi. Taki sam strzał jak na drodze do Amiens.
Portos odwrócił się jak lew i runął na spieszonego jeźdźca, który usiłował właśnie dobyć szpady. Zanim wyciągnął ją z pochwy, Portos gałką swojej szpady zadał mu tak straszliwy cios w głowę, że tamten padł jak byk pod obuchem rzeźnika.
Muszkiet, jęcząc żałośnie, zsunął się wzdłuż konia, gdyż rana nie pozwalała mu pozostawać w siodle.
Dostrzegłszy jeźdźców d’Artagnan zatrzymał się i znowu nabił pistolet. Co więcej, jego nowy koń miał strzelbę przytroczoną do łęku siodła.
— No i co? — zapytał Portos. — Czekamy czy atakujemy?
— Atakujemy.
— Atakujemy — powtórzył Portos.
I wbili ostrogi w brzuchy wierzchowców. Jeźdźcy byli już o dwadzieścia kroków.
— W imieniu króla, z drogi! — krzyknął d’Artagnan.
— Król nie ma tu nic do gadania! — odparł posępny i wibrujący głos, który zdawał się dobywać z jakiejś chmury, gdyż jeździec zbliżał się spowity kłębem pyłu.
— Dobrze, dobrze, zobaczymy, czy król nie przejdzie wszędzie — podjął d’Artagnan.
— Zobaczycie — odparł ten sam głos.
I dwa wystrzały pistoletowe rozległy się niemal jednocześnie; jeden d’Artagnana, drugi przeciwnika Portosa. Kula d’Artagnana zrzuciła przeciwnikowi kapelusz, kula zaś przeciwnika Portosa przeszła przez gardziel jego rumaka, który wydawszy tylko jeden jęk padł na miejscu.
— Zapytuję po raz ostatni, dokąd zmierzacie? — indagował ten sam głos.
— Do diabła — rzucił odpowiedź d’Artagnan.
— Doskonale! Możecie być spokojni, że tam zajedziecie.
D’Artagnan ujrzał wymierzoną w siebie lufę muszkietu. Nie miał już możności sięgnąć do olster. Przypomniał sobie radę daną mu swego czasu przez Atosa i jął wspinać konia.
Kula trafiła zwierzę w sam środek brzucha. D’Artagnan poczuł, jak się koń pod nim osuwa, i z właściwą sobie cudowną zręcznością rzucił się w bok.