Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
W 20 lat później - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

W 20 lat później

Электронная книга - «W 20 lat później». Краткое содержание книги:

Od ostatniego spotkania słynnych czterech muszkieterów — d’Artagnana, Atosa, Portosa i Aramisa — minęło prawie dwadzieścia lat. Nie żyją już kardynał Richelieu i król Ludwik XIII, a rządy we Francji sprawuje w imieniu swojego nieletniego syna Anna Austryjaczka, pozostająca pod wpływem ambitnego i bezwzględnego następcy Richelieu — Mazariniego. Dwór huczy od intryg, a mieszczanie paryscy wylegają zbrojnie na ulice miasta.
1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 113
Перейти на страницу:

Jechali tak z godzinę. Konie były białe od piany, z brzuchów ściekała im krew.

— Czyżbym tam coś widział? — rzekł d’Artagnan.

— Masz wielkie szczęście, jeśli coś widzisz w taką noc — odrzekł Portos.

— Jakieś iskry.

— I ja również widzę — odparł Muszkiet.

— Czyżbyśmy ich doganiali?

— A to dopiero! Padły koń — rzekł d’Artagnan ściągając swego wierzchowca, który właśnie uskoczył w bok. — Zdaje się, że i oni są u kresu sił.

— Wydaje mi się, że słychać jakby cały oddział jeźdźców — rzekł Portos pochylony nad grzywą swego konia.

— Niemożliwe.

— Cała kupa.

— A to co innego.

— Znów koń — wyrzekł Portos.

— Martwy?

— Nie, zdycha.

— Z siodłem czy bez?

— Z siodłem.

— Więc to oni.

— Śmiało, mamy ich.

— Ale jeśli ich kupa — rzekł Muszkiet — to nie my ich mamy, ale oni nas.

— Ba! — odparł d’Artagnan — uważają nas za silniejszych, ponieważ ich ścigamy. Nastraszą się i rozproszą.

— Na pewno — powiedział Portos.

— O, widzicie! — wykrzyknął d’Artagnan.

— Tak, znów iskry. Tym razem i ja je widziałem — rzekł Portos.

— Naprzód, naprzód! — rzucił d’Artagnan swym skrzeczącym głosem. — Za pięć minut będziemy się śmiać.

I znów ruszyli przed siebie. Konie oszalałe z bólu i pościgu leciały mroczną drogą, pośrodku której zaczęła się rysować jakaś masa bardziej zwarta i ciemniejsza od reszty horyzontu.

XXVIII. Spotkanie

Gnali tak jeszcze z dziesięć minut.

Nagle od zwartej masy odcięły się dwa czarne punkty i jęły się zbliżać, róść, a w miarę jak rosły, przybierać kształt dwóch jeźdźców.

— O — rzekł d’Artagnan — idą na nas.

— Tym gorzej dla nich — odrzekł Portos.

— Kto tam? — zakrzyknął ochrypły głos.

Trzej jeźdźcy w pełnym galopie nie zatrzymali się i nie odpowiedzieli. Słychać było tylko chrzęst dobywanych szpad i szczęk kurków odwodzonych przez czarne zjawy.

— Cugle w zęby! — rzucił d’Artagnan.

Portos pojął w lot. Jednocześnie z d’Artagnanem wyciągnął lewą ręką pistolet z olster i odwiódł kurek.

— Kto idzie? — zakrzyknięto po raz wtóry. — Ani kroku dalej albo śmierć!

— Ba! — odrzucił Portos, niemal dławiąc się kurzem i żując uzdę jak koń wędzidło — ba, jużeśmy takich widzieli!

Na te słowa dwa cienie zatarasowały drogę i w świetle gwiazd błysnęły lufy wymierzonych do strzału pistoletów.

— Z drogi!— wrzasnął d’Artagnan — albo zginiecie!

Odpowiedzią na tę groźbę były dwa strzały, lecz nacierający szli z takim impetem, że w tejże chwili siedzieli już na przeciwnikach. Rozległ się trzeci strzał, oddany z bardzo bliska przez d’Artagnana i jego przeciwnik padł. Portos zaś trącił swego z taką siłą, że choć trzymał szpadę odwróconą, samym tylko uderzeniem odrzucił go na jakieś dziesięć kroków od konia.

— Kończ go, Muszkiet! — zakrzyknął.

I rzucił się naprzód obok przyjaciela, który podjął już dalszy pościg.

— No? — zapytał.

— Rozwaliłem mu łeb — odparł d’Artagnan. — A ty?

— Obaliłem go tylko, ale uwaga...

Rozległ się huk strzelby: to Muszkiet wykonał w biegu rozkaz pana.

— Nuże, nuże — odezwał się d’Artagnan. — Dobrze idzie, pierwszą partię wygraliśmy.

— Otóż i nowi gracze — rzekł Portos.

Istotnie, nowi dwaj jeźdźcy odłączyli się od głównej grupy i przybliżali gwałtownie, aby znów zagrodzić drogę.

Tym razem d’Artagnan wcale nie czekał, aż się sami odezwą.

— Z drogi! — krzyknął pierwszy. — Z drogi!

— Czego chcecie? — padło zapytanie.

— Diuka! — ryknęli obaj jak jeden.

Odpowiedział im wybuch śmiechu zakończony jękiem: d’Artagnan śmiejącego się przebił na wylot.

W tejże chwili dwa wystrzały huknęły jak jeden. To Portos i jego przeciwnik wystrzelili do siebie.

D’Artagnan obejrzał się i dostrzegł Portosa tuż obok.

— Brawo, Portosie — rzekł. — Zdaje się, że go zabiłeś.

— Zdaje się, trafiłem tylko konia.

— Cóż chcesz, mój drogi, nie każdy wystrzał trafia w punkt i nie ma się co skarżyć, gdy pójdzie tylko w kartę. Ale dalibóg, co z moim koniem?

— Twój koń pada — rzekł Portos zatrzymując swego.

W samej rzeczy, rumak d’Artagnana potykał się i padał na kolana, po czym jął rzęzić i legł na ziemi.

Trafiony został w pierś kulą pierwszego z przeciwników d’Artagnana.

D’Artagnan rzucił przekleństwo, od którego niebo gotowe było się rozpaść w kawałki.

— Potrzebuje pan konia? — zagadnął go Muszkiet.

— Do kata! Czy potrzebuję... — krzyknął d’Artagnan.

— Proszę — odparł Muszkiet.

(audio 10 b)

— Do kroć diabłów, skąd masz te dwa luzaki? — rzucił d’Artagnan wskakując na jednego.

— To po zabitych. Pomyślałem, że mogą się nam przydać, i zabrałem.

Tymczasem Portos nabił z powrotem pistolet.

— Baczność! — rzucił d’Artagnan. — Znowu dwóch.

— Ależ to może być tak do jutra — rzekł Portos.

Istotnie dwaj nowi jeźdźcy już nadjeżdżali pędem.

— Panie — rzekł Muszkiet — ten, co go pan obalił, podnosi się.

— Czemuś z nim nie zrobił tego co z poprzednim?

— Byłem zajęty, panie; przytrzymywałem konie.

Rozległ się strzał. Muszkiet wydał okrzyk bólu.

— Och, panie, w drugi! — zawołał. — Akurat w drugi. Taki sam strzał jak na drodze do Amiens.

Portos odwrócił się jak lew i runął na spieszonego jeźdźca, który usiłował właśnie dobyć szpady. Zanim wyciągnął ją z pochwy, Portos gałką swojej szpady zadał mu tak straszliwy cios w głowę, że tamten padł jak byk pod obuchem rzeźnika.

Muszkiet, jęcząc żałośnie, zsunął się wzdłuż konia, gdyż rana nie pozwalała mu pozostawać w siodle.

Dostrzegłszy jeźdźców d’Artagnan zatrzymał się i znowu nabił pistolet. Co więcej, jego nowy koń miał strzelbę przytroczoną do łęku siodła.

— No i co? — zapytał Portos. — Czekamy czy atakujemy?

— Atakujemy.

— Atakujemy — powtórzył Portos.

I wbili ostrogi w brzuchy wierzchowców. Jeźdźcy byli już o dwadzieścia kroków.

— W imieniu króla, z drogi! — krzyknął d’Artagnan.

— Król nie ma tu nic do gadania! — odparł posępny i wibrujący głos, który zdawał się dobywać z jakiejś chmury, gdyż jeździec zbliżał się spowity kłębem pyłu.

— Dobrze, dobrze, zobaczymy, czy król nie przejdzie wszędzie — podjął d’Artagnan.

— Zobaczycie — odparł ten sam głos.

I dwa wystrzały pistoletowe rozległy się niemal jednocześnie; jeden d’Artagnana, drugi przeciwnika Portosa. Kula d’Artagnana zrzuciła przeciwnikowi kapelusz, kula zaś przeciwnika Portosa przeszła przez gardziel jego rumaka, który wydawszy tylko jeden jęk padł na miejscu.

— Zapytuję po raz ostatni, dokąd zmierzacie? — indagował ten sam głos.

— Do diabła — rzucił odpowiedź d’Artagnan.

— Doskonale! Możecie być spokojni, że tam zajedziecie.

D’Artagnan ujrzał wymierzoną w siebie lufę muszkietu. Nie miał już możności sięgnąć do olster. Przypomniał sobie radę daną mu swego czasu przez Atosa i jął wspinać konia.

Kula trafiła zwierzę w sam środek brzucha. D’Artagnan poczuł, jak się koń pod nim osuwa, i z właściwą sobie cudowną zręcznością rzucił się w bok.

1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 113
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)