Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dworzec Perdido [Perdido Street Station]
Dworzec Perdido [Perdido Street Station] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dworzec Perdido [Perdido Street Station]

Электронная книга - «Dworzec Perdido [Perdido Street Station]». Краткое содержание книги:

Metropolia Nowe Crobuzon to centralny punkt świata Bas-Lag. Ludzie, mutanty i niezwykłe obce rasy żyją tu obok siebie, w ponurym labiryncie walących się domów i wysokich kominów, w widłach rzek niosących tony zanieczyszczeń, pośród fabryk i hut pracujących dzień i noc. Od ponad tysiąca lat Parlament z pomocą brutalnej milicji sprawuje kontrolę nad społecznością robotników i artystów, szpiegów i żołnierzy, uczonych i magików, a także włóczęgów i prostytutek.
Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów…
To mocna, buzująca energią i pomysłami powieść, dowód świeżej wyobraźni, która nie uznaje ograniczeń ni autorytetów. Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiej i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić Nowe Crobuzon Chiny Mievillea – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku. Jacek Dukaj
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 196
Перейти на страницу:

Isaac wyprostował się powoli i spojrzał w oczy Yagharka.

– No tak – mruknął. – Lepiej późno niż wcale. Wreszcie robi to, po co ją kupiłem. Przeobraża się.

Chwilę później Yagharek w zamyśleniu skinął głową.

– Wkrótce będzie mogła latać – powiedział cicho.

– Niekoniecznie, bracie. Nie wszystko, co się przepoczwarza, musi mieć skrzydła.

– Nie wiesz jeszcze, co to będzie?

– I to właśnie, Yag, jest jedyny powód, dla którego jeszcze tu trzymam to bydlę. Cholerna ciekawość, jakoś nie potrafię się jej oprzeć – wyjaśnił z uśmiechem Grimnebulin.

Prawda jednak była taka, że obserwował ze sporym niepokojem przemianę, na którą tak długo czekał. Ciało gąsienicy w coraz szybszym tempie pokrywało się warstewką krzepnącego śluzu. Jaskrawe, soczyste kolory szarzały pod delikatną mgiełką już przy pierwszym zetknięciu z lepką substancją, a wkrótce potem znikały bez śladu.

Zainteresowanie Yagharka poczynaniami larwy nie trwało długo. Garuda założył na plecy drewnianą ramę maskującą kalectwo i zakrył ją obszernym, coraz bardziej zniszczonym płaszczem.

– Pójdę już, Grimnebulin – oświadczył.

Isaac oderwał wzrok od gąsienicy, której zachowanie obserwował z niezdrową fascynacją.

– Jasne. W porządku, Yag. Zaraz zabieram się do pracy nad… no… nad maszyną. Wiem już, że nie powinienem pytać, kiedy się znowu zobaczymy. Wpadniesz, gdy uznasz to za stosowne – powiedział, kręcąc głową z dezaprobatą.

Yagharek był już na dole. Odwrócił się tylko raz, by zasalutować Isaacowi, po czym zniknął za drzwiami.

Uczony machnął ręką na pożegnanie. Pogrążony w myślach, stał z uniesionym ramieniem przez długą chwilę, zanim zdał sobie sprawę, że Yagharek wyszedł. Wtedy zamknął dłoń z cichym klapnięciem i powrócił do klatki z gąsienicą.

Okrywa z mokrych niteczek śluzu szybko wysychała. Tylna część ciała zwierzęcia była już sztywna i nieruchoma. Fakt ten utrudniał larwie zadanie, zmuszając ją do coraz bardziej akrobatycznych sztuczek. Isaac obserwował jej wysiłki z zainteresowaniem – przyciągnął bliżej krzesło i zaczął robić notatki.

Jakaś cząstka umysłu podpowiadała mu, że pozwala sobie na intelektualną rozpustę i że powinien wziąć się w garść, bo czekają go znacznie pilniejsze zajęcia. Była to jednak cząstka bardzo mała, a jej podszepty jakoś nie brzmiały przekonująco, jakby dyktowane były pod przymusem. Zresztą w takiej chwili żadna siła nie zdołałaby powstrzymać uczonego przed oddaniem się pasywnej obserwacji fenomenalnego zjawiska. Isaac usiadł więc wygodniej na krześle i sięgnął po lupę.

Minęło niewiele ponad dwie godziny, nim gąsienica zdołała okryć całe ciało wilgotnym płaszczem. Najbardziej skomplikowanym manewrem było pokrycie śluzem samej głowy. Larwa zaczęła pluć śluzem dookoła, tworząc coś w rodzaju kołnierza. Odczekała moment, by substancja podeschła, a potem opuściła się nieco niżej w swym lśniącym mieszkaniu. Na moment stała się krótsza i grubsza, a wykorzystała tę chwilę na uplecenie pokrywy, którą zamknęła nad sobą. Zaraz potem rozciągnęła się nieco, napierając na zamknięcie, by sprawdzić jego wytrzymałość. Wtedy wydzieliła jeszcze odrobinę śluzu i jej głowa znikła na dobre w szczelnie zamkniętym kokonie.

Przez kilka minut organiczny całun trząsł się, rozciągał i kurczył pod wpływem ruchów zamkniętej w nim istoty. Jego biała powierzchnia ściemniała nieco, ale nie straciła połysku – przypominała teraz macicę perłową. Przez chwilę kokon kołysał się jeszcze, poruszany mikroprądami powietrznymi, ale był już na tyle twardy, że ruchy larwy nie były zauważalne.

Isaac wyprostował się i dokończył notatkę. „Yagharek prawie na pewno ma rację, jeśli chodzi o skrzydła tego stworzenia” – pomyślał. Kołyszący się łagodnie, organiczny worek byłby książkowym wręcz przykładem przeobrażenia motyla lub ćmy, gdyby nie jego zdumiewające rozmiary.

Tymczasem za oknami magazynu słoneczne światło zgęstniało nieco, a cienie wydłużyły się.

Kokon zwisał nieruchomo od ponad pół godziny, kiedy drzwi budynku otworzyły się z trzaskiem. Przerażony Isaac w mgnieniu oka stanął na baczność.

– Jest tam kto? – krzyknął od progu David. Isaac wychylił się ponad poręczą, by go powitać.

– Był tu jakiś gość, naprawił ten wasz konstrukt. Mówił, że wystarczy napełnić mu zbiornik i włączyć. Podobno będzie działać.

– I bardzo dobrze. Mdli mnie na widok tych śmieci. Możemy się zająć i twoimi. Trzeba, prawda? – spytał David, uśmiechając się złośliwie.

– Ależ skąd – odparł swobodnie Grimnebulin, strącając przez szpary w podłodze kłębki kurzu i okruchy. David roześmiał się i zniknął pod platformą. Po chwili Isaac usłyszał głuche, metaliczne łupnięcie, którym jego kolega czule powitał swoją maszynę. – Mam ci też przekazać, że twój konstrukt to „uroczy model” – dodał niezmiernie oficjalnym tonem. Tym razem roześmieli się obaj. Isaac zszedł do połowy schodów i przysiadł na stopniu. Ujrzał Davida, który wrzucał właśnie skondensowane bryłki koksu do małego piecyka w kadłubie maszyny – doskonałego, wydajnego piecyka o potrójnym obiegu. Serachin z hukiem zamknął drzwiczki i przesunął bolec blokady. Na koniec sięgnął ręką ku głowie konstruktu i pociągnął małą dźwigienkę uruchamiającą mechanizm.

Rozległ się cichy syk i gwizd pary wypełniającej cienkie rurki. Maszyna analityczna będąca mózgiem konstruktu powoli budziła się do życia. Automatyczny czyściciel podłóg drgnął spazmatycznie i oparł się o ścianę.

– Za chwilę powinien być rozgrzany – stwierdził z satysfakcją David, wciskając ręce do kieszeni. – Co tam dziś porabiałeś, Zaac?

– Chodź na górę, coś ci pokażę – odparł tajemniczo Isaac.

Kiedy David ujrzał zawieszony pod sufitem klatki kokon, oparł ręce na biodrach i zarechotał.

– Na Jabbera! – zawołał. – Ależ to wielkie! Nie wiem jak ty, ale ja będę wiał, gdzie mnie oczy poniosą, kiedy zacznie się wykluwać…

– Między innymi dlatego pokazuję ci to, co widzisz. Chciałbym, żebyś miał to maleństwo na oku. Pomożesz mi zatrzymać je w klatce, kiedy już wylezie z kokonu.

Mężczyźni wymienili uśmiechy.

Gdzieś w dole rozległa się seria stuknięć, jakby woda z wysiłkiem przeciskała się przez zapowietrzoną instalację. Tłoki zasyczały z cicha. Isaac i David spojrzeli po sobie skonsternowani.

– Zdaje się, że nasz konstrukt sprzątający szykuje się do akcji – orzekł Serachin.

W krótkich, mosiężnych i miedzianych rurkach, które były mózgiem maszyny, pojawiły się nowe dane i instrukcje. Przekazywane przez tłoki, śruby i niezliczone zawory drobiny informacji składające się na prymitywną inteligencję kłębiły się w ciasnej przestrzeni.

Nieskończenie małe impulsy energii pobudzały do życia mikroskopijne, precyzyjnie wykonane młoteczki parowe. W centralnej części mózgu maszyny znajdowało się pudełko zawierające nie kończące się rzędy maleńkich przełączników, które zmieniały pozycję w ogromnym – i stale rosnącym – tempie. Każde poruszenie się dźwigni w mózgu oznaczało sygnał dla parowego mechanizmu, a nieustający ciąg impulsów tworzył skomplikowaną kombinację rozkazów dla żelaznego ciała konstruktu.

Maszyna drgnęła. W głębi jej mózgu zaczęły krążyć dane zawierające wirus, zrodzony z minimalnego błędu któregoś z trybików, tłoków czy zębów. Para wodna przeciskała się przez matrycę mechanicznego umysłu pod coraz większym ciśnieniem, powtarzając bezsensowne sekwencje rozkazów stworzone przez wirus i mieląc je w autystycznej pętli. Te same zawory otwierały się i zamykały bez celu; te same przełączniki zmieniały pozycję w nie zmodyfikowanym porządku.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 196
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)