Rzymianka [La romana - pl]
- Автор: Моравиа Альберто
- Год: 1974
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Переводчик: Zofia Ernstowa
- Жанр: Классическая проза
Электронная книга - «Rzymianka [La romana - pl]». Краткое содержание книги:
Rozdział 5
Zbliżając się do drzwi jadalni i kładąc rękę na klamce uświadomiłam sobie, że jeśli nie zdarzy się jakiś cud, to mój stosunek do Giacoma stanie się równie żałosny, jak stosunek Astarity do mnie. Teraz wiedziałam już, że te uczucia niewolniczej zależności, lęku i nieustającego pożądania, jakie miał dla mnie Astarita, ja żywiłam do Giacoma; i chociaż zdawałam sobie sprawę, że jeżeli chcę być kochana, nie powinnam do tego dopuścić, nie umiałam zachowywać się wobec niego inaczej niż jak wobec budzącego trwogę zwierzchnika. Jakie były przyczyny owego poczucia niższości, nie umiałabym wytłumaczyć, zresztą, gdybym je znała, tym samym przestałyby istnieć. Wyczuwałam tylko instynktownie, że jesteśmy ulepieni z innej gliny, ja z twardszej niż Astarita, ale bardziej kruchej niż Giacomo; że istnieje coś, co nie pozwala mi kochać Astarity, tak jak Giacomowi nie pozwala kochać mnie; i że zarówno miłość Astarity dla mnie, jak i moja miłość do Giacoma zaczęła się nieszczęśliwie, a skończy się jeszcze gorzej. Serce skakało mi w piersi, brakowało mi tchu, choć jeszcze ani go nie widziałam, ani z nim nie rozmawiałam; bałam się bardzo, żeby nie zrobić jakiegoś fałszywego kroku, nie zdradzić mojego podniecenia i chęci podobania mu się, gdyż wtedy straciłabym go znowu, i to raz na zawsze. Prawdziwym przekleństwem miłości jest, że nigdy nie jest wzajemna; kiedy się kocha, nie jest się kochanym, a kiedy jest się kochanym, samemu się nie kocha. Wiedziałam, że właśnie dlatego, iż zakochałam się w Giacomie, on nie zakocha się we mnie. I wiedziałam także, choć sama przed sobą nie przyznawałam się do tego, że cokolwiek zrobię, nie uda mi się zdobyć jego miłości. Wszystkie te myśli przelatywały mi przez głowę, kiedy jak nieprzytomna stałam za drzwiami jadalni, nie mając odwagi wejść.
Byłam zupełnie oszołomiona, gotowa popełnić każde szaleństwo, i świadomość tego drażniła mnie w najwyższym stopniu. Na koniec zebrałam się na odwagę i weszłam.
Siedział w tej samej pozycji, w jakiej zobaczyłam go przez szczelinę drzwi: oparty o stół, odwrócony plecami. Słysząc, że wchodzę, odwrócił, się spojrzał na mnie nieco krytycznie i dość obojętnie, po czym powiedział:
— Przechodziłem tędy i przyszło mi do głowy, żeby cię odwiedzić… Może źle zrobiłem. — Zauważyłam, że mówi powoli, jakby chciał przyjrzeć mi się dokładnie, zanim wypowie zdanie do końca. Zmieszałam się na myśl, że wydam mu się inna i mniej powabna od tej, jaką zachował we wspomnieniu, które kazało mu wrócić po tak długim czasie. Ale otuchy dodała mi myśl, że przed chwilą, kiedy przeglądałam się w lustrze, wydałam się sobie taka śliczna. Odpowiedziałam zadyszana:
— Ależ skąd… doskonale zrobiłeś… Miałam właśnie wyjść na obiad, możemy pójść razem coś zjeść.
— Czy poznajesz mnie? — zapytał, zapewne z ironią. — Wiesz, kto ja jestem?
— Jak mogłabym cię nie poznać? — odpowiedziałam głupio; i zanim zdążyłam się opanować, ujęłam go za rękę i podniosłam ją do ust, patrząc na niego z miłością. Zmieszał się i zrobiło mi to przyjemność. Zapytałam: — Dlaczego nie pokazałeś się więcej… ty niedobry — tkliwym i przejmującym głosem.
— Byłem bardzo zajęty — odpowiedział.
Ja zupełnie straciłam głowę. Oderwałam jego rękę od ust i położyłam ją sobie pod piersią, na sercu, mówiąc:
— Czy czujesz, jak mi serce bije? — ale w duchu nazwałam siebie idiotką, bo wiedziałam, że źle robię. Skrzywił się, zakłopotany, a ja przestraszona dorzuciłam szybko: — Pójdę włożyć płaszcz i zaraz wrócę… zaczekaj na mnie.
Byłam tak oszołomiona i tak się bałam go utracić, że w przedpokoju przekręciłam gwałtownie klucz u drzwi wejściowych i wyjęłam go z zamka, na wypadek gdyby Giacomo chciał wyjść beze mnie. W swoim pokoju stanęłam przed lustrem i starłam rąbkiem chusteczki szminkę z oczu i ust, wzięłam pomadkę i na nowo pomalowałam usta, ale bardzo delikatnie. Podeszłam do wieszaka po płaszcz i nie znalazłszy go tam straciłam głowę i dopiero po chwili przypomniałam sobie, iż powiesiłam go w szafie, więc wyjęłam go stamtąd i szybko zarzuciłam na siebie. Jeszcze raz przejrzałam się w lustrze i wydało mi się, że moje uczesanie jest wyzywające. W pośpiechu przeczesałam grzebieniem włosy i ułożyłam je tak, jak za czasów narzeczeństwa z Ginem. Czesząc się przysięgłam sobie, że od tej chwili będę panować nad odruchami namiętności i kontrolować surowo każde słowo i każdy gest. Na koniec byłam gotowa, wyszłam do przedpokoju i zajrzałam do stołowego, żeby zawołać Giacoma.
Kiedy wychodziliśmy, zamknięte drzwi wejściowe, które w tym zamieszaniu zapomniałam otworzyć, wyjawiły mój podstęp.
— Bałaś się, że ucieknę — mruknął, podczas gdy ja zawstydzona szukałam w torebce klucza. Wziął go ode mnie i sam przekręcił w zamku, patrząc na mnie i potrząsając głową z tą właściwą mu serdeczną surowością. Radość przepełniła mi serce, dogoniłam go na schodach, ujęłam pod ramię i zapytałam prawie bez tchu:
— Nie gniewasz się za to, prawda? — Nic nie odpowiedział.
Na ulicy szliśmy w słońcu, pod rękę, wzdłuż bram i sklepów. Byłam tak szczęśliwa, że idę przy jego boku, że zupełnie zapomniałam o niedawnej przysiędze; i kiedy przechodziliśmy koło willi z wieżyczką, wydało mi się, że ktoś chwyta moją rękę i każe mi ją zacisnąć na dłoni Giacoma; jednocześnie pochyliłam się do przodu, zajrzałam mu w twarz i powiedziałam:
— Czy wiesz, jak bardzo się cieszę, że cię widzę?
On zrobił ten sam co zawsze grymas zniecierpliwienia i odpowiedział: — Ja także się cieszę — ale wydało mi się, że ton jego wcale nie wyrażał zadowolenia.
Przygryzłam wargi do krwi i wysunęłam palce z jego dłoni. Zdawało się, że w ogóle tego nie zauważył, z roztargnieniem rozglądał się dokoła. Kiedy doszliśmy do bramy w murze, zawahał się, stanął i rzekł obojętnie:
— Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć.
— Co takiego?
— Naprawdę przypadkiem wstąpiłem do ciebie i tak się złożyło, że nie mam przy sobie ani grosza, a więc najlepiej będzie, jeżeli się pożegnamy.
W pierwszej chwili ogarnęło mnie straszliwe przerażenie. Pomyślałam: „Opuszcza mnie” i byłam tym tak zdruzgotana, że nie widziałam innej rady, jak tylko objąć go za szyję, płakać i błagać o zmiłowanie. Ale zaraz zmieniłam zamiar, bo zmyślony przez niego pretekst nasunął mi wyjście z sytuacji; przecież mogę za niego zapłacić — i spodobała mi się ta myśl, że zapłacę za niego, tak jak inni płacili za mnie. Wspominałam już o zmysłowej przyjemności, jaką odczuwałam zawsze otrzymując zapłatę. A teraz zrobiłam odkrycie, że wcale nie mniejszą przyjemnością jest dawać i że rola, jaką grają pieniądze w miłości, nie ogranicza się do wyrównania rachunków. Zawołałam z uniesieniem: — Nic się tym nie przejmuj! Ja zapłacę… Popatrz, mam pieniądze — i otworzyłam torebkę, pokazując mu banknoty, które włożyłam tam poprzedniego wieczora.
Odpowiedział z odcieniem rozczarowania:
— Ależ to nie wypada!
— Cóż to może mieć za znaczenie?… Wróciłeś… i ja chcę uczcić twój powrót.
— Nie, nie… lepiej nie. — Zrobił ruch, jakby chciał podać mi rękę na pożegnanie i odejść, ale wzięłam go pod ramię mówiąc:
— Chodźmy i nie mówmy już o tym więcej! — i poszliśmy do gospody.
Usiedliśmy przy tym samym stoliku co za pierwszym razem i wszystko było tak, jak wówczas, tyle tylko że promień zimowego słońca wpadał przez oszklone drzwi, oświetlając ścianę i stoliki. Gospodarz podał nam kartę i ja zamówiłam potrawy pewnym siebie, protekcjonalnym tonem, takim samym, jakim przemawiali w takich okolicznościach moi kochankowie. Giacomo milczał i miał spuszczone oczy. Zapomniałam o winie, bo go nie pijam; potem przypomniałam sobie, że Giacomo pił, kiedy byliśmy tu pierwszym razem, zawołałam więc gospodarza i zamówiłam litr wina.