Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Bez Pudła
Bez Pudła - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bez Pudła

Электронная книга - «Bez Pudła». Краткое содержание книги:

Jack Reacher samotnie wędruje po kraju. Nie ma pracy, dokumentów, stałego adresu. Ale nigdy nie odwraca się od kogoś, kto prosi o pomoc. Teraz zaś pewna kobieta zwraca się do niego, bo potrzebuje wsparcia w nowej pracy.Czym się zajmuje? Ochroną wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Przed ludźmi, którzy grożą mu śmiercią.I tak Reacher, zbrojny jedynie w szczoteczkę do zębów i ubranie, które ma na sobie, wkracza do niezwykle ekskluzywnego klubu w sercu waszyngtońskich kręgów władzy: siedziby amerykańskiej Secret Service. W grze o życie z upartymi biurokratami i tajemniczym bezwzględnym zabójcą musi wykorzystać swoją wrodzoną inteligencję, łajdacki urok i instynktowną skłonność do starannie kontrolowanej przemocy.Bez Pudła to kolejny thriller Lee Childa, błyskotliwa, romantyczna i trzymająca w napięciu opowieść o Jacku Reacherze, bohaterze twardym, fascynującym, brutalnym i obdarzonym iście zwierzęcym magnetyzmem.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 102
Перейти на страницу:

Armstrong także miał na sobie dżinsy, on jednak zachowywał się, jakby się w nich urodził. Do tego włożył czerwoną, kraciastą, ciasno zapiętą kurtkę, nieco zbyt małą, by ukryć przed okiem fachowca zarys kamizelki. Głowę miał gołą, włosy starannie zaczesane. Agenci z ochrony osobistej towarzyszyli im w drodze na dziedziniec. Kamery kręciły całą scenę. Członkowie ochrony byli ubrani podobnie jak Froelich: czarny dżins, czarne nylonowe kurtki, pod nimi kamizelki. Dwaj mieli na nosach okulary przeciwsłoneczne, jeden na głowie czarną czapkę. W uszach wszystkich

tkwiły słuchawki, kurtki u pasa odstawały lekko, ukrywając kabury.

Froelich zaprowadziła ich do miejsca za stołami. Dwóch agentów zajęło pozycje po bokach. Stanęli z rękami splecionymi na piersiach i zaczęli obserwować tłum. Trzeci agent, Froelich i Armstrongowie mieli podawać posiłki. Przez chwilę krążyli w środku, w końcu zajęli miejsca. Trzeci agent po lewej, następnie Armstrong, Froelich i żona Armstronga po prawej. Armstrong w jednej ręce trzymał chochelkę, w drugiej łyżkę. Sprawdził, czy obserwują go kamery i uniósł utensylia niczym broń.

– Szczęśliwego Święta Dziękczynienia – krzyknął.

Tłum ruszył powoli przez bramę. Bezdomni nie przypominali jednak gości na przyjęciu w hotelu. Byli spokojni, pokorni, poruszali się ospale, niewiele rozmawiali, nie gawędzili ze sobą. Większość dreptała ciężko, zakutana w liczne warstwy grubego odzienia. Niektórzy przepasali się sznurkami. Wszędzie widać było stare czapki, rękawiczki bez palców, spuszczone głowy. Każdy po kolei musiał lawirować w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, pomiędzy sześcioma agentami. Pierwszy minął ostatniego z nich, odebrał od agenta plastikowy talerz i znalazł się pod ostrzałem promiennego uśmiechu Armstronga. Wiceprezydent elekt nałożył mu nóżkę indyka. Bezdomny ruszył naprzód. Froelich podała jarzyny, żona Armstronga nadzienie. A potem mężczyzna, szurając nogami, minął Reachera i skierował się do środka, by usiąść za stołem. Jedzenie pachniało apetycznie, on wręcz przeciwnie.

Wszystko szło gładko przez pięć minut. Każdy opróżniony pojemnik zjedzeniem natychmiast zastępowano pełnym, podanym przez okno z kuchni. Armstrong uśmiechał się, jakby świetnie się bawił. Kolejka bezdomnych posuwała się naprzód. Kamery kręciły. Na dziedzińcu słychać było jedynie brzęk metalowych sztućców uderzających o tace i wielokrotnie powtarzane banalne słowa serwujących indyka: smacznego, szczęśliwego Święta Dziękczynienia, dziękuję, że przyszedłeś.

Reacher zerknął na Neagley, która uniosła brwi. Spojrzał w górę na dachy, potem na Froelich manewrującą łyżką o długim trzonku, na wyraźnie znudzoną ekipę telewizyjną. Operatorzy kręcili całą godzinę; wiedzieli, że zostanie z niej najwyżej ośmiosekundowa migawka ze sztampowym komentarzem: „Wiceprezydent elekt podawał dziś w Waszyngtonie tradycyjny świąteczny posiłek w schronisku dla bezdomnych. A teraz wyniki meczów.”

W kolejce czekało wciąż trzydzieści osób, gdy to się stało.

Reacher poczuł, że coś uderza w ścianę nieopodal, coś ukuło go w prawy policzek. Kątem oka dostrzegł obłoczek kurzu otaczający niewielkie zagłębienie w murze. Niczego nie słyszał, absolutnie nic. W ułamek sekundy później mózg poinformował go: kula, tłumik. Spojrzał na kolejkę, nikt się nie ruszał. Gwałtownie uniósł głowę, obracając ją w lewo. Dach. Crosettiego nie było na posterunku. Nie, był, osiem metrów dalej, strzelał. To nie był Crosetti.

A potem Reacher zaczął walczyć z czasem, próbując poruszać się szybciej, niż pozwalało mu na to zwolnione, paniczne tempo. Odepchnął się od ściany, napełnił płuca powietrzem i odwrócił w stronę Froelich, powoli niczym człowiek biegnący przez basen. Jego usta otworzyły się i zaczęły formować rozpaczliwe słowa. Próbował je wykrzyczeć, ale ona okazała się szybsza. Krzyczała.

– Strzela-a-a-a-a-a-a-ją!

Obracała się w zwolnionym tempie, jej łyżka wzleciała w powietrze, zataczając łuk nad stołem, połyskując w słońcu, rozsiewając wokół jedzenie. Froelich znajdowała się po lewej stronie Armstronga. Skoczyła ku niemu bokiem, unosząc gwałtownie lewą rękę, by go osłonić. Poruszała się niczym koszykarz próbujący wsadzić piłkę do kosza, z obrotem w powietrzu. Prawą dłonią oparła mu się o ramię i wykorzystała ją jako dźwignię, pozwalając, by siła rozpędu obróciła ją twarzą do Armstronga. Uniosła kolana i wylądowała mu na piersi, tak że stracił oddech. Nogi ugięły mu się i zaczął upadać w tył, dokładnie w chwili, gdy drugi wytłumiony pocisk trafił ją w kark. Nadal nie towarzyszył temu żaden dźwięk, absolutnie żaden – jedynie jaskrawoczerwona mgiełka krwi w blasku słońca, drobna niczym jesienna mżawka.

Przez chwilę obłok krwi wisiał w powietrzu – długa stożkowata chmura, różowa, połyskująca w słońcu. Chmura wydłużała się w miarę, jak Froelich padała na ziemię. Przeleciała przez nią wirująca łyżka. W powietrzu pozostał długi, wdzięczny, krwawy łuk. Froelich leżała na ziemi, ciągnąc za sobą smugę krwi niczym znak zapytania. Reacher odwrócił z trudem głowę, jakby przygniatał ją olbrzymi ciężar, i ujrzał kształt ramienia daleko na dachu, oddalający się, cofający. Nieskończenie powoli odwrócił się z powrotem, zobaczył mokrą różową strzałę krwi Froelich, wskazującą w dół na miejsce gdzieś poza stołami.

A potem czas znów ruszył z miejsca, jednocześnie zdarzyło się sto rzeczy naraz, wszystkie przyspieszone, wszystkie ogłuszająco głośne. Ochrona skoczyła na żonę Armstronga i pociągnęła ją na ziemię. Kobieta krzyczała głośno, rozpaczliwie. Agenci wyciągnęli broń i zaczęli ostrzeliwać dach magazynu. W tłumie rozległy się krzyki i zawodzenia.

Ludzie uciekali w panice, rozbiegali się, umykając przed ciężkim łoskotem potężnej broni. Reacher chwycił gwałtownie stół, odrzucił do tyłu i przecisnął się naprzód w stronę Froelich. Agenci wywlekali spod niej Armstronga. Na ulicy kolejno startowały silniki, piszczały opony, słychać było strzały. W powietrzu wisiał dym. W dali odezwały się syreny. Armstrong zniknął z ziemi. Reacher padł na kolana w kałużę krwi obok Froelich i uniósł jej głowę w ramionach. Zniknęły wszystkie ślady gibkości. Froelich była całkowicie bezwładna i nieruchoma, jakby ktoś opróżnił jej ubranie. Ale oczy miała szeroko otwarte. Poruszały się wolno z boku na bok, jakby czegoś szukały.

– Nic mu nie jest? – szepnęła.

Głos miała bardzo cichy, lecz czujny.

– Bezpieczny – odparł Reacher. Wsunął dłoń pod jej szyję, poczuł kabel od słuchawki. I krew. Była zalana krwią, pulsującą, więcej, tryskającą niczym ciepła potężna fontanna, całą mocą wewnętrznego ciśnienia. Wyciekała mu między zaciśniętymi palcami niczym woda z szerokiego kranu, który ktoś na zmianę odkręca i zakręca, odkręca i zakręca. Odrobinę uniósł jej głowę, pozwolił, by opadła, i ujrzał poszarpaną ranę wylotową po prawej stronie u podstawy gardła. Wypływała z niej krew, jak rzeka, powódź, krew tętnicza pospiesznie opuszczała ciało.

– Lekarza! – krzyknął.

Nikt go nie usłyszał. Jego głosowi brakowało siły, a hałas wokół był zbyt duży. Agenci wciąż ostrzeliwali dach magazynu. Słyszał nieustającą kanonadę, jego plecy zasypywały wypadające łuski, które odbijały się od ciała i lądowały na ziemi z cichym, metalicznym grzechotem.

– Powiedz mi, że to nie był jeden z nas – szepnęła

Froelich.

– To nie był jeden z was – odparł Reacher.

Spuściła brodę na pierś, krew tryskała spomiędzy fałdów skóry, spływała na dół, mocząc koszulę. Zbierała się na ziemi i ściekała szczelinami w betonie. Reacher przycisnął mocno płaską dłoń do karku Froelich. Był mokry. Naparł jeszcze mocniej. Strumień krwi odpychał mu rękę, spłukiwał ją. Jego dłoń ślizgała się w morzu wilgoci.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 102
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)