Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 117
Перейти на страницу:

— Czy to jest bezpieczne?

— Jasne. A teraz, czy mógłbym cię prosić o wystukanie kodu na konsoli sterowania? Jest przed fotelem pilota.

— Czarny panel z migającymi lampkami?

— Tak. — Podał jej ciąg cyfr, a ona posłusznie je wprowadziła. — Teraz będę mógł porozmawiać bezpośrednio z SI — rzekł. Dostrzegła, że oczy mu się zwęziły. — Jesteś pewna, że dobrze sobie radzisz?

— Tak jest, kapitanie.

— Dobrze. Więc tak: jutro zabieramy „Wildside” z orbity. Lecimy w okolice windy orbitalnej, razem z całą resztą. Jak tam dolecimy, będzie trochę zamieszania. Parę osób wejdzie na pokład twojego statku. Nie musisz nic robić. Po prostu siedź grzecznie. Nie ma żadnego zagrożenia.

— Skoro tak mówisz. A co z Hutch? Jakie ona ma szanse?

— Szczerze?

— Oczywiście.

— Powiedziałbym, że nienajgorsze.

Wyłączył się, a ona patrzyła na pusty ekran. Wywołała „Wieczorną Gwiazdę”. Pojawiła się symulacja: młoda rudowłosa kobieta.

— Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

— Kiedy „Gwiazda” wraca na Ziemię?

— Zgodnie z planem start przewidziany jest w niedzielę, dziesiątego.

Dzień po kolizji.

— Czy możliwe jest zarezerwowanie miejsca?

Symulacja wykonała gest, jakby patrzyła na monitor, choć Embry wiedziała, że nie jest to konieczne.

— Tak, mamy kilka doskonałych kabin na Pokładzie Festiwalowym. Zarezerwować jedną dla pani?

Przy odrobinie szczęścia będzie mogła obciążyć Akademię.

— Ile? — spytała.

— Sto dziesięć.

Drogo.

— Zastanowię się i jeszcze się skontaktuję.

Nie ma potrzeby się spieszyć. Jeśli wszystko pójdzie jak trzeba i akcja ratunkowa się powiedzie, nie będzie to potrzebne. A głupio byłoby siedzieć na „Gwieździe”, jeśli Hutch i reszta wrócą na pokład.

XIX

Nie ma wielkiej różnicy między jednym dzikusem a drugim, bez względu na to czy, znajdziemy go w dżungli, czy na ulicach współczesnego miasta. Najlepiej pozostawić ich samym sobie, a warto się nimi zajmować tylko wtedy, jeśli kogoś interesuje, jak zbudować lepszą dmuchawkę.

Gregory MacAllister, Współczesny świat a powodzenie
Czas do rozpadu (prognoza): 129 godzin

— Wieczorna Gwiazda”. W czym możemy pomóc?

— Mówi John Drummond z „Wendy Jay”. Mogę prosić o specyfikację siły ciągu dla „Gwiazdy”?

— Nie ma problemu. Już wysyłamy specyfikację statku. Proszę o podanie kodu transmisji.

Spec od elektroniki, którego szukali, objawił się w postaci osobnika, który był nieomal nastolatkiem. Nazywał się Philip Zossimov. Ukończył Uniwersytet Moskiewski i pracował jako konsultant techniczny dla brytyjskiej firmy Technical Applications Ltd. Miał grube, brązowe włosy, zachowywał się spokojnie i miał taki wyraz twarzy, jakby był zdolny do wszystkiego.

Beekman objaśnił, jak planują przeprowadzić akcję ratunkową.

— Musimy jakoś otworzyć tę sieć — powiedział.

Zossimov poprosił o zdjęcia asteroidy.

— Jak chcecie się pozbyć asteroidy? — spytał.

— Jeśli uda nam się przytrzymać sieć po jej rozszerzeniu — rzekł Beekman — odleci sama. Możemy wprowadzić poprawki, jeśli to ci w czymś pomoże.

— Nie — odparł Zossimov. — Zróbcie, jak mówicie. Ale będzie wam potrzebna okrągła kryza. Macie taką?

— Nie. I między innymi dlatego ty jesteś nam potrzebny.

— Tak. Bardzo dobrze. W takim razie musimy ją zrobić. — Rozejrzał się po pracujących w pomieszczeniu, ale nie wydawało się, by zrobiło to na nich wielkie wrażenie. — To jest problem składający się z dwóch części. Zainstalujemy kryzę z przodu, żeby otworzyć sieć, a potem, jak lądownik będzie w środku, musimy ją zacisnąć, żeby go tam utrzymać.

— Zgadza się.

— Doskonale. Chcę zobaczyć specyfikację.

— Czego?

— Statków. Wszystkich.

— Dobrze — odparł Beekman. — Załatwię to. — Wydał Billowi polecenie udostępnienia danych, po czym zwrócił się znów do Zossimova. — Philipie, potrafisz to zrobić?

— Och, tak, oczywiście, tylko będzie mi potrzebnych parę części.

— Bierz wszystko, czego potrzebujesz. Katie będzie z tobą pracować. Jest specjalistką od grawitacji kwantowej. Ty nie będziesz musiał się o to martwić. Ważne, że ona zna „Wendy”. Rób, co chcesz, byleby to działało.

— Niewykluczone — powiedział — że trzeba będzie wyłączyć jeden statek.

— Nie możemy tego zrobić. Potrzebujemy wszystkich czterech do manewrowania.

— Rozumiem. A systemy podtrzymywania życia?

— Możemy w razie potrzeby ewakuować ludzi.

Hutch nadal cierpiała z powodu skutków ubocznych spotkania z kwiatkiem. Pozwolili jej pospać przez kolejną godzinę.

— Nie mamy tyle czasu — narzekała, kiedy w końcu ją obudzili.

— Randy też musiał trochę dłużej odpocząć — powiedziała Kellie. Wydawało jej się, że w ten sposób przedstawia wszystko tak, by nie obciążać winą za opóźnienie żadnego z nich.

Zjedli szybko śniadanie i wyruszyli.

Gdy szli, rozmawiała z Marcelem, który wydawał się wyjątkowo rozdrażniony. Zaprzeczył, jakoby był nie w humorze, ale domyśliła się, że się martwi: byli spóźnieni w stosunku do planu. Robiła, co mogła, żeby uśmierzyć jego obawy. Jesteśmy już blisko, powtarzała. Nie powinno być żadnych problemów. Spróbuj się nie przejmować.

Spytał o orchideę. Hutch rzuciła Kellie oskarżycielskie spojrzenie.

— Nie podałam mu żadnych szczegółów — broniła się Kellie na prywatnym kanale.

— Mała potyczka z rośliną-ludojadem — wyjaśniła Hutch.

— Rośliną? Masz na myśli przerośniętą rosiczkę? Coś takiego?

— Tak — odparła. — To było coś takiego.

Kiedy rozłączyła się kilka minut potem, Kellie posłała jej złośliwy uśmieszek.

— Raczej rośliną-kobietojadem.

Przeszli jeszcze kawałek, gdy MacAllister odebrał sygnał. Przychodzące połączenie na wizji.

— Ktoś chce rozmawiać — poinformował pozostałych. Obraz uformował się, rzucany przez komunikator MacAllistera. Spojrzeli na młodego człowieka. Wymuskany, przystojny. Smukły, kwadratowa szczęka. Ładny uśmiech. Starannie przystrzyżone ciemnobrązowe włosy. Miał na sobie białą koszulę i szare spodnie, a wyraz jego twarzy sugerował, że doskonale wie, iż przeszkadza, ale ma nadzieję, że mu wybaczą.

— August Canyon — rzekł MacAllister.

Gość wyglądał na zadowolonego.

— Dzień dobry, panie MacAllister. Miło pana poznać. — Siedział na obitym w tkaninę krześle. Wyglądało to, jakby unosił się jakiś metr nad ziemią przed nimi, gdy szli. — Wiem, że przeżywa pan teraz trudne chwile, ale jestem pewien, że oczy całego świata są zwrócone właśnie na pana. Czy chciałby pan coś powiedzieć na ten temat?

— Na temat Deepsix?

— Tak.

— Pewnie. Ta planeta to szambo. A ja jestem bliski narobienia w portki ze strachu.

— Cóż. Nic dziwnego. — Rozmówca uśmiechnął się sympatycznie. — Ale pomoc jest przecież w drodze?

— Nie. O ile mi wiadomo, pomoc nie jest dostępna. — MacAllister pozostawał w tyle za resztą, więc trochę przyspieszył. Obraz Canyona, rzecz jasna, podążał za nim. — Niech mi pan powie, nie macie przypadkiem lądownika na pokładzie?

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)