Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Bez pożegnania
Bez pożegnania - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bez pożegnania

Электронная книга - «Bez pożegnania». Краткое содержание книги:

Trzy dni przed śmiercią matka wyznała – to były niemal jej ostatnie słowa – że mój brat wciąż żyje – tak zaczyna się najnowszy thriller Cobena. Od dnia, w którym brat Willa Kleina, Ken, zamordował Julię, jego byłą sympatię, minęło jedenaście lat. Ścigany międzynarodowymi listami gończymi, dosłownie zapadł się pod ziemię. Z czasem rodzina uznała go za zmarłego. Przeglądając dokumenty rodziców, Will natrafia na świeżo zrobione zdjęcie Kena. Wkrótce potem znika Sheila, narzeczona Willa. Coraz więcej poszlak wskazuje, że nie była osobą, za którą się podawała. FBI poszukuje jej jako głównej podejrzanej w sprawie o podwójne zabójstwo. Co łączy Sheilę z serią morderstw i sprawą sprzed jedenastu lat? Czy ona także padła ofiarą zabójcy? Gdzie jest Ken? Will nie zazna spokoju, zanim nie dotrze do…
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 85
Перейти на страницу:

Zgłosiłem się na nocny dyżur w furgonetce. Squares, któremu opowiedziałem o wszystkim, dołączył do mnie i razem znikliśmy w ciemnościach. Dzieci ulicy stały oświetlone niebieskawym światłem nocy. Ich twarze były gładkie, bez zmarszczek, młode. Widzisz dorosłego włóczęgę, kobietę z torbami, człowieka z wózkiem z supermarketu, kogoś śpiącego w kartonie lub żebrzącego z papierowym kubkiem i wiesz, że to bezdomni. Młodzi, którzy uciekli z domu i wpadli w szpony nałogu, alfonsów lub szaleństwa, lepiej się maskują. W ich przypadku trudno powiedzieć, czy są bezdomni, czy tylko się włóczą.

Wbrew temu, co słyszeliście, niełatwo zignorować dorosłego bezdomnego. Za bardzo rzuca się w oczy. Możesz odwrócić głowę, przejść obok i powtarzać sobie, że jeśli się złamiesz i rzucisz mu dolara albo kilka ćwierćdolarówek, to on kupi wódę lub prochy. Możesz przytaczać inne racjonalne argumenty, wciąż jednak masz wyrzuty sumienia z powodu tego, że przeszedłeś obok człowieka w potrzebie. Tymczasem dzieciaki są naprawdę niewidoczne. Idealnie wtapiają się w noc. Bez trudu możesz je ignorować.

Z głośno nastawionego radia dochodziły latynoskie rytmy. Squares wręczył mi plik kart telefonicznych do rozdania. Zatrzymaliśmy się przy Alei A, gdzie krążą heroiniści, i zabraliśmy się do roboty. Rozmawialiśmy, pocieszaliśmy i słuchaliśmy. Widziałem nawiedzone oczy, obserwowałem, jak usiłują pozbyć się wyimaginowanych insektów. Widziałem ślady po igłach i niedrożne żyły.

O czwartej rano wróciliśmy ze Squaresem do samochodu. Przez kilka ostatnich godzin niewiele rozmawialiśmy.

– Powinniśmy wybrać się na pogrzeb – powiedział Squares. Nie zaufałem mojemu głosowi.

– Czy widziałeś ją tutaj? – zapytał. – Jej twarz, kiedy pracowała z tymi dziećmi? Widziałem i wiedziałem, co miał na myśli.

– Tego nie można udawać, Will.

– Chciałbym w to uwierzyć – odparłem.

– Jak czułeś się przy Sheili?

– Jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Pokiwał głową.

– Tego też nie można udawać – powiedział.

– A więc jak wyjaśnisz to wszystko?

– Nie mam pojęcia. – Squares wrzucił bieg i ruszył. – Za dużo chcemy ogarnąć rozumem. Powinniśmy pamiętać o sercu.

– To ładnie brzmi, Squares, ale nie jestem pewien, czy ma jakiś sens.

– No to może tak: pójdziemy tam z szacunku dla Sheili, jaką znaliśmy.

– Nawet jeśli była nieprawdziwa?

– Nawet. Może udamy się tam również po to, żeby się czegoś nauczyć. Zrozumieć, co się stało.

– Czy to nie ty ostrzegałeś, że może nam się nie spodobać to, co odkryjemy?

– Cóż, to prawda. Do licha, ale jestem dobry. Uśmiechnąłem się.

– Jesteśmy jej to winni, Will. Jej pamięci.

Miał rację. Trzeba było zamknąć tę sprawę. Potrzebowałem odpowiedzi. Może ktoś z uczestników pogrzebu mi ich udzieli, a może sama uroczystość pomoże mi dojść do siebie. Nie mogłem sobie tego wyobrazić, ale byłem gotowy spróbować.

– Należy jeszcze wziąć po uwagę Carly. – Squares wskazał za okno. – Ratowanie dzieci. Przecież od tego jesteśmy, prawda?

– Taak – mruknąłem i zaraz dodałem: – A skoro mowa o dzieciach…

Czekałem. Nie widziałem jego oczu, gdyż często, jak w tej starej piosence Coreya Harta, nosił w nocy ciemne okulary, ale mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.

– Squares?

– Rozmawiamy o tobie i Sheili – uciął.

– To już przeszłość. Czegokolwiek się dowiemy, to niczego nie zmieni.

– Skupmy się na jednym, dobrze?

– Niedobrze – odparłem. – Tu chodzi o przyjaźń. To ma być ulica dwukierunkowa. Potrząsnął głową. Milczeliśmy. Patrzyłem na jego dziobatą, nieogoloną twarz. Tatuaż wydawał się ciemniejszy. Squares przygryzał dolną wargę. Po jakimś czasie powiedział:

– Nigdy nie mówiłem Wandzie.

– O swoim dzieciaku?

– O synu – rzekł cicho Squares.

– Gdzie on teraz jest?

Zdjął jedną rękę z kierownicy i podrapał się po brodzie. Zauważyłem, że palce lekko mu drżały.

– Znalazł się dwa metry pod ziemią, gdy skończył trzy lata. Zamknąłem oczy.

– Miał na imię Michael. Nie chciałem go. Widziałem go tylko dwa razy. Zostawiłem go z matką, siedemnastoletnią narkomanką, której nie powierzyłbyś psa. Pewnego dnia, gdy Michael miał już trzy latka, wsiadła naćpana do samochodu i zderzyła się czołowo z półciężarówką. Oboje zginęli na miejscu. Do tej pory nie wiem, czy to było samobójstwo, czy nie.

– Przykro mi – powiedziałem.

– Michael miałby teraz dwadzieścia jeden lat.

Usiłowałem znaleźć słowa pocieszenia. Nie wychodziło mi to, ale i tak spróbowałem.

– To było dawno temu. Byłeś chłopcem.

– Nie próbuj mnie usprawiedliwić, Will.

– Nie próbuję. Chcę tylko powiedzieć, że… – Nie miałem pojęcia, jak to wyrazić. – Gdybym ja miał dziecko, poprosił bym cię, żebyś został jego ojcem chrzestnym i opiekunem, gdyby coś mi się stało. Nie zrobiłbym tego z przyjaźni czy lojalności, ale we własnym interesie. Dla dobra mojego dziecka.

– Pewnych rzeczy nigdy nie można wybaczyć.

– Nie zabiłeś go, Squares.

– Jasne, pewnie, jestem niewinny.

Stanęliśmy na czerwonym świetle. Squares włączył radio. Gadanina. Jedna z tych rozgłośni reklamowych, sprzedająca cudowny lek odchudzający. Pospiesznie wyłączył radio. Pochylił się i oparł oba przedramiona na kierownicy.

– Widzę te dzieciaki. Staram sie je ratować. Wciąż wierzę, że jeśli dość ich ocalę, to może uratuję Michaela. – Zdjął okulary przeciwsłoneczne. W jego głosie pojawiła się stanowcza nuta. – Zawsze wiedziałem, że obojętnie co zrobię, ja nie jestem wart ratowania.

Potrząsnąłem głową. Usiłowałem wymyślić coś pocieszającego, oświecającego, a przynajmniej odwracającego uwagę, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Wszystko wydawało się płaskie i głupie. Jak w przypadku większości tragedii, słowa Squaresa wiele wyjaśniały, ale nic nie mówiły o nim samym.

W końcu powiedziałem tylko:

– Mylisz się.

Założył z powrotem ciemne okulary i zapatrzył się przed siebie. Widziałem, że znowu zamyka się w sobie. Postanowiłem nie popuszczać.

– Mówisz, że powinniśmy wziąć udział w tym pogrzebie, ponieważ jesteśmy coś winni Sheili. A co z Wandą?

– Will?

– Taak.

– Chyba nie chcę już o tym rozmawiać.

48

Poranny lot do Boise przebiegł zupełnie spokojnie. Wystartowaliśmy z LaGuardia, które mogłoby być paskudniejszym lotniskiem tylko przy poważnym zaangażowaniu boskiej opatrzności. Zająłem miejsce w klasie ekonomicznej, za drobną staruszką, która przez cały lot maksymalnie rozkładała fotel, opierając go o moje kolana. Oglądanie jej siwych loczków i bladego skalpu (gdyż w tej pozycji głowę miała prawie na moich udach) skutecznie odwracało moją uwagę.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 85
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)