— Zawsze szczyciłem się, że widzę rzeczy takimi jakie są naprawdę — rzekł Thufir Hawat. — To jest przekleństwo bycia mentatem. Nie możesz powstrzymać się od analizowania danych. — Starcza, pomarszczona twarz wydawała się spokojna, kiedy mówił. Poplamione sapho wargi wyciągnęły się w prostą linię, od której promienie zmarszczek rozchodziły się ku górze.
Przed Hawatem przykucnął człowiek w burnusie, najwyraźniej nie wzruszony jego słowami. Obaj przycupnęli pod skalnym nawisem wychodzącym na rozległą, płytką nieckę. Brzask rozlewał się ponad zwichrowaną linią klifów po drugiej stronie niecki. Zimno było pod nawisem — suchy, przenikliwy ziąb, który pozostał po nocy. Tuż przed świtem powiał ciepły wiatr, ale teraz było zimno. Hawat słyszał za sobą dzwonienie zębami wśród garstki żołnierzy pozostałych mu w oddziale. Człowiek siedzący na piętach naprzeciwko Hawata był to Fremen, który przeprawił się przez nieckę w szarówce przedświtu, prześlizgując się po piasku i wtapiając w wydmy tak, że ledwo było widać, jak się porusza. Fremen dotknął palcem piasku, nakreślił na nim jakiś rysunek. Wyglądało to jak miska z wylatującą z niej strzałą.
— Tam jest mnóstwo hakonneńskich patroli — powiedział.
Podniósł palec wskazując w górę ponad urwisko, którym Hawat zszedł ze swoimi ludźmi. Hawat kiwnął głową. Mnóstwo patroli, owszem. Jednak ciągle nie wiedział, czego chce ten Fremen, i to go męczyło. Mentackie wyszkolenie powinno obdarzyć człowieka zdolnością dostrzegania motywów.
To była najgorsza noc w życiu Hawata. Przebywał w Tsimpo, osadzie garnizonowej, buforowej stanicy na przedpolach byłej metropolii Kartago, kiedy zaczęły napływać meldunki o atakach. Z początku pomyślał: to rajd. Harkonnenowie przeprowadzają rekonesans. Lecz meldunek gonił za meldunkiem — coraz szybciej i szybciej. W Kartago wylądowały dwa legiony. Pięć legionów — pięćdziesiąt brygad! — atakuje główną bazę księcia w Arrakis. Legion w Arsunt. Dwa pułki w Szczerbatej Skale. Po czym doniesienia zrobiły się bardziej szczegółowe — wśród napastników są imperialni sardaukarzy — przypuszczalnie dwa legiony. I stało się jasne, że najeźdźcy wiedzieli dokładnie, gdzie jaką siłę zbrojną wysłać. Dokładnie! Wspaniały wywiad. Wściekła furia narastała w duszy Hawata zagrażając wręcz sprawnemu funkcjonowaniu jego mentackich zdolności. Skala ataku poraziła jego umysł jak fizyczny cios.
Kryjąc się teraz pod załomem skalnym w pustyni, pokiwał do siebie głową, owinął się w porozdzieraną i pociętą bluzę, jakby chciał odeprzeć zimne cienie.
Skala ataku.
Zawsze liczył się z tym, że przeciwnik wynajmie od Gildii przygodną lichtugę na rozpoznawczy rajd. To było dość pospolite posunięcie w tego rodzaju wojnie między dwoma rodami. Lichtugi lądowały i startowały z Arrakis regularnie przewożąc przyprawę dla rodu Atrydów. Hawat zabezpieczył się odpowiednio przed sporadycznymi nalotami fałszywych lichtug przyprawowych. W decydującym ataku nie spodziewano się więcej niż dziesięciu brygad. Tymczasem na Arrakis wylądowało ponad dwa tysiące statków według ostatniego szacunku — nie tylko lichtugi, lecz fregaty, patrolowce, monitory, łamacze, transportowce, szalandy… Z górą sto brygad — dziesięć legionów! Cały dochód z pięćdziesięcioletniego wydobycia przyprawy na Arrakis może by pokrył koszt takiego przedsięwzięcia. Może. Nie doceniłem tego, ile baron był skłonny wydać na wojnę z nami — pomyślał Hawat. — Zawiodłem mego księcia.
Z kolei sprawa zdrajcy. Zostało mi jeszcze tyle życia, by dopilnować, żeby ją uduszono! — pomyślał. — Powinienem był zabić tę wiedźmę Bene Gesserit, kiedy miałem okazję. W jego umyśle nie było wątpliwości, kto ich zdradził — lady Jessika.
— Wasz człowiek Gurney Halleck z częścią swego oddziału jest bezpieczny u naszych przyjaciół przemytników — powiedział Fremen.
— To dobrze.
Więc Gurney wyrwie się z tej piekielnej planety. Nie wszyscyśmy przepadli. Hawat obejrzał się na bezładną grupę swoich ludzi. Rozpoczął tę właśnie ostatnią noc z trzema setkami doborowych żołnierzy. Pozostało z nich równo dwudziestu, z tego połowa rannych. Niektórzy spali teraz na stojąco, wsparci o skałę lub rozciągnięci pod nią na piasku.
Ich ostatni ornitopter, którego używali jako poduszkowca do przewozu rannych, odmówił posłuszeństwa tuż przed świtem. Pocięli go rusznicami laserowymi i ukryli kawałki, po czym przeprawili się w dół do tej kryjówki na krawędzi basenu. Hawat z grubsza tylko wiedział, gdzie się znajduje — jakieś dwieście kilometrów na południowy wschód od Arrakin. Główne trakty między Murem Zaporowym a komunami siczy leżały gdzieś na południe od nich.
Fremen naprzeciwko Hawata odrzucił na plecy kaptur z kołpakiem swego filtrfraka, odsłaniając rudawoblond włosy i brodę. Włosy były zaczesane prosto do tyłu od wysokiego, wąskiego czoła. Miał on nieodgadnione, całe błękitne oczy od diety przyprawnej. Brodę i wąsy z jednej strony ust splamiła krew, włosy w tym miejscu zbiły się pod naciskiem pętli chwytowodu z wtyków nosowych. Mężczyzna wyjął wtyki i na nowo je dopasował. Potarł bliznę przy nosie.
— Jeśli będziecie przekraczali nieckę w nocy — powiedział Fremen — to nie wolno wam używać tarcz. W murze jest wyrwa… — Obróciwszy się na piętach wskazał na południe — … tam i otwarty piasek aż po erg. Tarcze zwabią… — zawahał się — czerwia. One nieczęsto tu przychodzą, ale tarcza za każdym razem jakiegoś sprowadzi.