Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Ono». Краткое содержание книги:

Ono – jedna z bardziej zaskakujących powieści ostatnich lat, książka inna od tych, które Terakowska kierowała dotychczas do młodzieży, inna też od adresowanej do starszych czytelników Poczwarki, choć, podobnie jak ta ostatnia, przeznaczona jest dla dojrzałych odbiorców. Po raz pierwszy Dorota Terakowska przedstawia świat tak dotkliwie realistyczny, choć nie pozbawiony magii i niezwykłości. Umieszcza w nim na pozór nie wyróżniającą się żadnymi szczególnymi cechami osobowości czy zdolnościami bohaterkę, w której każdy może odnaleźć mniej lub bardziej sobie znajomą dziewczynę z sąsiedztwa. Dziewiętnastoletnia Ewa, mieszkanka małego polskiego miasteczka, pozbawiona zainteresowań i jakichkolwiek większych ambicji, staje nagle przed bardzo poważnym problemem życiowym. To, co jej się przytrafia, nie jest niestety czymś niespotykanym, zaskakująca jest natomiast jej reakcja na ów problem – postawa niewiele mająca wspólnego z wyborem, jakiego moglibyśmy się po takiej dziewczynie spodziewać. Powieść jest zadziwiająca, wielowymiarowa i pełna napięcia, autorka po mistrzowsku wykorzystała w niej wypróbowaną w prozie realistycznej ideę ukazania wewnętrznego rozwoju młodego bohatera na tle jego środowiska. Mamy tu do czynienia z realizacją nie tylko udaną, ale i pod wieloma względami nowatorską. Misterna, przemyślana w każdym szczególe konstrukcja oraz znakomicie nakreślone, wyraziste postaci sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 88
Перейти на страницу:

– Wiem od Wojtka, że jesteś pierdolnięta.

Znowu zapadło milczenie.

„Ono, słuchaj… Słuchaj jego głosu, słuchaj tego, co w nim ukryte”.

Odetchnął głęboko i powiedział cicho, lecz dobitnie:

– Nie zrobisz mi bydła, bo na to nie pozwolę. Nie spieprzysz wszystkiego, co udało mi się osiągnąć.

– Nie – przytaknęła zgodnie, a on spojrzał na nią ze zdziwieniem. Mimo to ciągnął dalej:

– I tak nikt by ci nie uwierzył. Byli świadkowie, widzieli, co wyprawiałaś.

– Co? – spytała, trochę spłoszona.

– Chyba wiesz? Tańczyłaś tak, jakbyś się pieprzyła, nie?

„Tak”, pomyślała. „Tak, teraz to wiem. Patrzyłam na teledyski, na reklamę telefonów komórkowych i dżinsów i chciałam tak tańczyć i tak wyglądać jak tamte dziewczyny. Bo myślałam, że to jest jakie? Kuul…”

Zacisnął pięść. Jej milczenie wyraźnie go denerwowało.

– Ale rozpoznałeś mnie – powiedziała wreszcie.

– Nie. Zobaczyłem twój brzuch, skojarzyłem z telefonem. Nie jestem głupi. Z daleka widać, skąd jesteś. Z małego zafajdanego miasteczka, w którym dziewczyny kiszą się jak ogórki w beczce i czekają. Dlatego jeździmy do was na dyskotekę. A ty tańczyłaś tak, jakbyś myślała tylko o pieprzeniu. Pięciuset ludzi cię widziało i każdy to potwierdzi. I poszłaś z nami dobrowolnie. Też wszyscy widzieli. I barman i goryle i didżej. Rollaś sobie jakieś mrzonki. Za kogo się miałaś? Za królewnę z zasranej dziury, po którą przyjechali trzej rycerze? Gdybyś odmówiła, żaden z nas by palcem nie kiwnął, żeby cię namawiać. Sama nam wlazłaś. Czujesz bluesa czy nie? – kpił Artur, a ona wiedziała, że on chce pogardą ją upokorzyć i zranić.

– Łoł… – powiedziała z uśmiechem, który go zaniepokoił.

„Chodzi ci o to, że nie mówię «łoł», tylko «rany boskie»? i nie «kuul», tylko «fajnie»? i że mam dżinsy ze szmateksu, a nie ze sklepu Diesla?”, pomyślała i parsknęła śmiechem. Znowu się zaniepokoił i sprawiło jej to pewną satysfakcję.

– To ty mnie uderzyłeś. Już wiem – stwierdziła spokojnie.

– Nie ma znaczenia, kto – odparował szybko. – Jesteśmy kumplami, jeszcze z podstawówki i żaden nigdy nie sypnie drugiego. W każdym sądzie z nami przegrasz. Nie będziesz się za mną włóczyć i szantażować mnie, rozumiesz? i nie dam ci żadnej kasy, bo nie mam. A jak będę miał, to też ci nie dam. Żenię się po wakacjach. Nie zepsujesz mi tego. Żenię się z córką radnego. Facet ma wejścia i ja też będę miał wejścia – dodał z dumą, a ona znowu się uśmiechnęła. „Nic nie mówi o tej dziewczynie, tylko o jej ojcu. Więc ona się nie liczy”.

– Też mogę wyjść za mąż. Za Andrzeja – powiedziała, a on, zdumiony, parsknął śmiechem:

– Ale wymyślił! No tak… Kurcze, odlot. Przecież on… – urwał i wzruszył ramionami. – Jego sprawa – zakończył, ale znowu się zaśmiał. – w takim razie załatwione, nie?

– Nie. Milczeli.

„Ono, to nie on, prawda? Nie on, bardzo cię proszę… Nie chcę, żeby to był jego plemnik”.

Ono poruszyło się i kopnęło. Poczuła, jak zaciska piąstki i marszczy brwi. Ziewa. A potem zasypia. Artur był mu całkowicie obojętny. Odetchnęła.

– Facet z kasą proponuje ci ślub. Zawsze chciał się wyrwać i nie umiał. Spadłaś mu jak z nieba jak manna. Więc czego jeszcze chcesz? – spytał, nagle zaniepokojony. – Po cholerę tu przyjechałaś?

– Patrzę na ciebie i Ono też patrzy na ciebie. I słucha.

– I co? – spytał odruchowo, ale zaraz się poprawił: – Wiesz co, pieprzysz jak pobita. Na mózg ci padło. To zdarza się w ciąży.

– Muszę wiedzieć, czyje Ono jest, to wszystko. Dlatego tu jestem. Nie dla ciebie.

– I co? – powtórzył.

– Nie jest twoje – odparła spokojnie. – Na szczęście nie jest twoje.

– Na szczęście? – nagle się zaperzył.

– Gdyby było twoje, pewnie nie umiałabym go pokochać – wyjaśniła z powagą.

Przeżuwał w milczeniu jej słowa, ale udał, że nie rozumie. Odprężył się i uspokoił.

– Więc już wiesz, który z nas?

– Wiem – powiedziała.

– Najgłupsze jest nie to, że pieprzysz jak pobita. Najgłupsze jest to, że prawdopodobnie masz rację, choć nigdy się o tym nie dowiesz – stwierdził ze zdziwieniem. – i co teraz?

– Jadę powiedzieć mu, że to on, ale nic od niego nie chcę.

Wyczuła, że teraz jest zakłopotany i urażony.

– Jeżeli to dziecko jest nasze, to mamy do niego prawo. Jeden z nas ma do niego prawo – powiedział nagle, jakby sam zdziwiony tym, co mówi.

Roześmiała się. Teraz, gdy już poznała wszystkich trzech i znała prawdę, poczuła się wolna. Wolna od nich, wolna od upokarzającej, przytłaczającej wizji siebie wgniecionej w siedzenie samochodu, czującej na sobie nienawistny ciężar i własny ból.

– Myślisz, że gdy pszczoła albo motyl bezwiednie zapylą jakiś kwiat, to owoc należy do nich? – spytała, a potem nagle się odwróciła i zostawiła go na ławce zakłopotanego.

Ruszyła przed siebie, trzymając ręce na brzuchu. Coraz częściej kładła teraz ręce na brzuchu, jakby chciała uchronić dziecko przed odgłosami świata, dobiegającymi zewsząd w postaci nie kontrolowanego hałasu, pełnego dźwięków zarówno jasnych i czystych, jak i niepokojącej kakofonii i fałszu.

Ewa szła, tęskniąc za ciszą, w której słowo lub dźwięk nabierają znaczenia. „Nie usłyszę własnych myśli, więc nie będę wiedziała, czy w ogóle myślę”.

– …Kupię sobie sukienkę – powiedziała do siebie, wbrew swojemu nastrojowi.

Nie miała sukienki; będzie to pierwsza w życiu sukienka kupiona w normalnym sklepie, sukienka dla niej, a nie po kimś.

Zobaczyła ją na manekinie: czarna, miękka, w ciemnoczerwone kwiaty, na cienkich ramiączkach, za sto osiemdziesiąt złotych.

„O Jezu… Nigdy nie miałam ciucha za sto osiemdziesiąt złotych. Nawet płaszcz kupiłam w szmateksie za piętnaście zet”, uśmiechnęła się. – Teraz kupuję ją dla siebie i dla dziecka, nie dla nich – stwierdziła z zadowoleniem.

Przymierzyła sukienkę, pasowała jak ulał.

– To ładny model i bardzo tani. Firma Zara – powiedziała elegancka ekspedientka, ale nazwa firmy nic Ewie nie mówiła i nie miała dla niej znaczenia. – Teraz pani wygląda inaczej, o wiele lepiej. Co marka, to marka – stwierdziła dziewczyna z rutynowym uznaniem.

– Nieprawda, to ja już jestem inna, a sukienka bierze to ze mnie – wyjaśniła rzeczowo Ewa, ale ekspedientka nie zrozumiała. „Ono, teraz wiem, że to my nadajemy znaczenie rzeczom, a nie one nam”, szepnęła w duchu.

Zapłaciła z pieniędzy, które dał jej Andrzej. „Należą mi się”, usprawiedliwiała się przed sobą. Wyszła ze sklepu w sukience, a do firmowej torby wrzuciła dżinsy i podkoszulek. Kilka osób na ulicy przeciągnęło po niej wzrokiem, jakby zauważając zmianę.

„Jesteś ładna w tej sukience”, mówiła do niej ulica.

– To ja jestem marką dla tej sukienki, a nie ona dla mnie – poinformowała głośno rozgadaną ulicę i paru przechodniów obejrzało się ze zdziwieniem.

Wracała dwoma pociągami, z przesiadką. Jeden był gorszy od drugiego. Zaśmiecone, brudne, od wejścia zasypane papierkami, petami, zachlapane piwem, śmierdzące zastarzałym brudem kolei i toalety, w której robiło się niedobrze zaraz po uchyleniu drzwi.

„A tak zazdrościłam wszystkim, którzy podróżują”, myślała z rozczarowaniem.

Także tutaj ludzie byli sobie obcy. Patrzyli na siebie spod oka, nieufnie, potem gapili się bez zainteresowania na przesuwające się za oknem widoki i sami nie wiedząc kiedy, zapadali w drzemkę, z ich otwartych ust wydobywało się ciche chrapanie, ale zaraz budzili się, czujni, niespokojni, łapiąc rękami swoje teczki, torby, sprawdzając kieszenie i omiatając współpasażerów niechętnym spojrzeniem.

– Piwo! Piwo! – krzyczeli na korytarzu przypadkowi sprzedawcy.

„Kiedyś były pociągi przyjaźni, a teraz są pociągi piwne”, pomyślała Ewa. W tych pociągach, jadących ze stolicy w głąb kraju z donośnym klekotaniem, pociągach bez pierwszej klasy, bez wagonu restauracyjnego, zatrzymujących się na każdej, nawet najmniejszej stacji, nikt nie wyjmował laptopa – choćby zepsutego – aby położyć sobie na kolanach, za to co chwilę ktoś przykładał do ucha komórkę i hałaśliwie informował rozmówcę:

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)