Wieża jaskółki
- Автор: Sapkowski Andrzej
- Серия: Wiedźmin #6
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-124-0
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wieża jaskółki». Краткое содержание книги:
Ciri staje przed swoim przeznaczeniem.
Drakkar wiozący Yennefer trafia w oko czarodziejskiego cyklonu.
Czy wśród przyjaciół wiedźmina ukrywa się zdrajca?
Czwarta, przedostatnia odłona epopei o świecie wiedźmina i wojnach, jakie nim wstrząsają. W zagubionej wśród bagien chacie pustelnika ciężko ranna Ciri powraca do zdrowia. Jej tropem podążają bezlitośni zabójcy z Nilfgaardu. Tymczasem drużyna Geralta, unikając coraz to nowych niebezpieczeństw, dociera wreszcie do ukrywjących się druidów. Czy wiedźminowi uda się odnaleźć Ciri? Jaką rolę odegra osnuta legendą Wieża Jaskółki?
Ciemność. Wilgoć. Przeraźliwe zimno kamiennych ścian. Zimno żelaza na przegubach rąk, na kostkach nóg. Ból tętniący w zmasakrowanych dłoniach, rwący w zmiażdżonych palcach…
Ciri trzyma ją za rękę. Długi, ciemny korytarz, kamienne kolumny, może posągi… Mrok. W nim szepty, ciche jak szum wiatru.
Drzwi. Nieskończenie wiele drzwi o gigantycznych, ciężkich skrzydłach otwiera się przed nimi bez szmeru.
A na końcu, w nieprzebitej ciemności, takie, które nie otworzą się same. Których otworzyć nie wolno.
Jeżeli się boisz, zawróć.
Nie wolno otworzyć tych drzwi. Ty o tym wiesz.
Wiem.
A jednak prowadzisz mnie tam.
Jeżeli się boisz, zawróć. Jeszcze jest czas, by zawrócić. Jeszcze nie jest za późno.
A ty?
Dla mnie jest.
Pieje kogut Kambi.
Nadszedł Tedd Deireadh.
Aurora borealis.
Świt.
— Yennefer. Zbudź się.
Poderwała głowę. Spojrzała na dłonie. Miała obie. Całe.
— Sigrdrifa? Zasnęłam…
— Chodź.
— Dokąd? — szepnęła. - Dokąd tym razem?
— Słucham? Nie rozumiem cię. Chodź. Musisz to zobaczyć. Coś się stało… Coś dziwnego. Żadna z nas nie wie, jak i czym to wytłumaczyć. A ja się domyślam. Łaska… Spłynęła na ciebie łaska bogini, Yennefer.
— O co chodzi, Sigrdrifo?
— Spójrz.
Spojrzała. I westchnęła głośno.
Brisingamen, święty klejnot Modron Preyji, nie wisiał już na szyi bogini. Leżał u jej stóp.
— Dobrze słyszę? - upewnił się Crach an Craite. - Przenosisz się z twym magicznym warsztatem na Hindarsfjall? Kapłanki udostępnią ci święty brylant? Pozwolą wykorzystać go w twej piekielnej machinie?
— Tak.
— No, no. Yennefer, czy ty się aby nie nawróciłaś? Co się tam wydarzyło, na wyspie?
— Nieważne. Wracam do świątyni i tyle.
— A środki finansowe, o które prosiłaś? Będą potrzebne?
— Raczej tak.
— Seneszal Guthlaf wypełni każde twoje odnośne polecenie. Ale, Yennefer, wydaj te polecenia szybko. Pospiesz się. Odebrałem nowe wieści.
— Cholera, tego się obawiałam. Wiedzą już, gdzie jestem?
— Nie, jeszcze nie wiedzą. Ostrzeżono mnie natomiast, że możesz się pojawić na Skellige i polecono natychmiast uwięzić. Polecono też brać na wyprawach jeńców i dywulgować z nich informacje, choćby nawet strzępki informacji dotyczące ciebie. Twojej bytności w Nilfgaardzie lub w prowincjach. Yennefer, pośpiesz się. Gdyby cię wyśledzili i dopadli tu, na Skellige, znalazłbym się w lekko kłopotliwej sytuacji.
— Zrobię, co w mojej mocy. Także w tym kierunku, by cię nie skompromitować. Nie bój się.
Crach wyszczerzył zęby.
— Powiedziałem: lekko. Ja się ich nie boję. Ani królów, ani czarodziejów. Nic mi nie mogą zrobić, bo jestem im potrzebny, A do tego, by udzielić ci pomocy, byłem zobowiązany przysięgą lenną. Tak, tak, dobrze słyszysz. Formalnie nadal jestem wasalem korony Cintry. A Cirilla ma do tej korony formalne prawa. Reprezentując Cirillę, będąc jej jedyną opiekunką, masz formalne prawo rozkazywać mi, domagać się posłuszeństwa i serwitutów.
— Kazuistyczne sofizmaty.
— No pewnie — parsknął. - Sam to zakrzyknę, wielkim głosem, gdyby mimo wszystko okazało się jednak prawdą, że Emhyr var Emreis zmusił dziewczynę do małżeństwa. Także wtedy, gdyby za pomocą jakichś prawniczych kruczków i zakrętasów wyzuto Ciri z praw do tronu i podstawiono kogoś innego, choćby tego bęcwała Vissegerda. Wtedy bez zwłoki wypowiem posłuszeństwo i przysięgę lenniczą.
— A gdyby — Yennefer zmrużyła oczy — mimo wszystko okazało się, że Ciri nie żyje?
— Ona żyje — rzekł twardo Crach. - Wiem to na pewno.
— Skąd?
— Nie będziesz chciała dać wiary.
— Wypróbuj mnie.
— Krew królowych Cintry — zaczął Crach — przedziwnie związana jest z morzem. Gdy umiera któraś z kobiet tej krwi, morze wpada w istne szaleństwo. Mówi się, że Ard Skellig opłakuje córki Riannon. Bo sztorm jest wtedy tak silny, że bijące od zachodu fale przeciskają się przez szczeliny i jaskinie po strome wschodniej i nagle ze skały tryskają słone ruczaje. A cała wyspa drży. Prosty lud mówi: oto Ard Skellig szlocha. Znowu ktoś umarł. Umarła krew Riannon. Starsza Krew.
Yennefer milczała.
— To nie jest bajka — podjął Crach. - Sam to widziałem, na własne oczy. Trzykrotnie. Po śmierci Adalii Wróżki, po śmierci Calanthe… I po śmierci Pavetty, matki Ciri.
— Pavetta — zauważyła Yennefer — zginęła właśnie w czasie sztormu, trudno więc mówić…
— Pavetta — przerwał Crach, nadal zamyślony — nie zginęła w czasie sztormu. Sztorm zaczął się po jej śmierci, morze jak zwykle zareagowało na zgon kogoś z cintryjskiej krwi. Badałem tę sprawę dostatecznie długo. I jestem pewien swego.
— To znaczy, czego?
— Statek, którym płynęli Pavetta i Duny, przepadł na osławionej Głębi Sedny. Nie był to pierwszy statek, który tam przepadł. Z pewnością wiesz o tym.
— Bajki. Statki ulegają katastrofom, to rzecz raczej naturalna…
— Na Skellige — przerwał dość ostro — wiemy dość o statkach i żegludze, by móc odróżniać katastrofy naturalne od nienaturalnych. Na Głębi Sedny staki giną nienaturalnie. I nieprzypadkowo. To samo dotyczy statku, którym płynęli Pavetta i Duny.
— Nie polemizuję — westchnęła czarodziejka. - Jakie to zresztą ma znaczenie? Po piętnastu bez mała latach?
— Dla mnie ma — zacisnął usta jarl. - Ja wyświetlę tę sprawę. To tylko kwestia czasu. Będę wiedział… Znajdę wyjaśnienia. Znajdę wyjaśnienia wszystkich zagadek. Także tej z czasu rzezi Cintry…
— Jaka to z kolei zagadka?
— Gdy Nilfgaardczycy wdarli się do Cintry — mruknął, patrząc w okno — Calanthe rozkazała tajemnie wywieźć Ciri z miasta. Rzecz w tym, że miasto już płonęło, Czarni byli wszędzie, szansę na wydostanie się z oblężenia były nikłe. Odradzano królowej tę ryzykowną imprezę, sugerowano, by Ciri formalnie kapitulowała przed hetmanami Nilfgaardu, w ten sposób uratuje życie i cintryjską rację stanu. Na płonących ulicach niechybnie i bezsensownie zginie z rąk żołdackiej tłuszczy. A Lwica… Wiesz, co według naocznych świadków odpowiedziała?
— Nie.
— Niech lepiej krew dziewczyny popłynie po bruku Cintry, niż by miała być splugawiona. Splugawiona czym?
— Małżeństwem z cesarzem Emhyrem. Plugawym Nilfgaardczykiem. Jarlu, już późno. Jutro o świcie zaczynam… Będę informować cię o postępach.
— Liczę na to. Dobranoc, Yenna… Hmmm….
— Co, Crach?
— Czy nie miałabyś, hmmm, ochoty…
— Nie, jarlu. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Dobranoc.
— Proszę, proszę — Crach an Craite przyjrzał się gościowi, przekrzywiwszy głowę. - Triss Merigold we własnej osobie. Cóż za prześliczna suknia. A futro… to szynszyle, prawda? Zapytałbym, cóż to sprowadza cię na Skellige… Gdybym nie wiedział, co cię sprowadza. Ale wiem.
- Świetnie — Triss uśmiechnęła się uwodzicielsko, poprawiła swe piękne kasztanowate włosy. - Świetnie, że wiesz, jarlu. Oszczędzi nam to wstępu i wstępnych wyjaśnień, pozwoli przejść od razu do rzeczy.
— Do jakich rzeczy? — Crach skrzyżował ręce na piersi i zmierzył czarodziejkę zimnym wzrokiem. - Cóż to mielibyśmy poprzedzać wstępami, na jakież to wyjaśnienia liczysz? Kogo ty reprezentujesz, Triss? W czyim imieniu przybywasz? Król Foltest, któremu służyłaś, podziękował ci za służbę banicją. Choć w niczym nie zawiniłaś, wygnał cię z Temerii. Wzięła cię, jak słyszałem, pod skrzydła Filippa Eilhart, obecnie wraz z Dijkstrą sprawująca w Redanii faktyczne rządy. Jak widzę, odwdzięczasz się za azyl, jak możesz najlepiej. Nie wahasz się nawet podejmować roli tajnego agenta do tropienia twej byłej przyjaciółki.
— Obrażasz mnie, jarlu.
— Uniżenie przepraszam. Jeśli się pomyliłem. Pomyliłem się?
Milczeli długo, mierżąc się nieufnym wzrokiem. Wreszcie Triss żachnęła się, zaklęła, tupnęła obcasikiem.
— Ach, do diabła! Przestańmy wodzić się wzajem za nosy! Jakie teraz ma znaczenie, kto komu służy, kto z kim trzyma, kto komu dochowuje wiary i z jakich motywacji? Yennefer nie żyje. Nadal nie wiadomo, gdzie i w czyjej mocy jest Ciri… Jaki sens ma ta zabawa w sekrety? Nie przypłynęłam tu jako szpieg, Crach. Przybyłam tu z własnej inicjatywy, jako osoba prywatna. Powodowana troską o Ciri.
— Wszyscy troszczą się o Ciri. Ma dziewczyna szczęście.
Oczy Triss zabłysły.
— Nie drwiłabym z tego. Na twoim miejscu zwłaszcza.
— Wybacz.
Milczeli, patrząc w okno, na czerwone słońce zachodzące za lesiste szczyty Spikeroog.
— Triss Merigold.
— Słucham, jarlu.
— Zapraszam cię na kolację. Aha, kucharz kazał zapytać, czy wszystkie czarodziejki gardzą dobrze przyrządzonymi owocami morza?
Triss nie gardziła owocami morza. Przeciwnie, zjadła ich dwa razy więcej, niż zamierzała i teraz zaczęła się obawiać o talię — o te dwadzieścia dwa cale, z których była tak dumna. Postanowiła wspomóc trawienie białym winem, słynnym Est Est z Toussaint. Podobnie jak Crach, piła je z rogu.
— Tak więc — podjęła rozmowę — Yennefer zjawiła się tu dziewiętnastego sierpnia, spektakulamie spadając z nieba w rybackie sieci. Ty jako wierny lennik Cintry, udzieliłeś jej azylu. Pomogłeś zbudować megaskop… Z kim i o czym rozmawiała, oczywiście nie wiesz.