Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7469-088-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
Marchewa chwycił łuk, przygiął go bez trudu i założył cięciwę na drugi koniec.
— Dobry początek, sierżancie — mruknął Nobby.
— Przestań pokpiwać, Nobby! Tu nie siła się liczy, tylko bystre oko i pewna ręka. A teraz podaj mi strzałę. Nie, nie tę! Palce Nobby’ego znieruchomiały nad kołczanem.
— To moja szczęśliwa strzała! — złościł się Colon. — Nikomu nie wolno jej dotykać!
— Moim zdaniem wygląda jak każda inna strzała…
— Tej właśnie używałem do, jak to się nazywało, coup de grass. Nigdy mnie nie zawiodła moja szczęśliwa strzała, o nie. Trafiała w to, w co strzelałem. Prawie nie musiałem celować. Jeśli smok ma jakieś czułości, ta strzała je znajdzie.
Wybrał identyczną z pozoru, ale zapewne mniej szczęśliwą strzałę i założył na cięciwę. Potem rozejrzał się dookoła, szukając właściwego celu.
— Lepiej poćwiczę — mruknął. — Oczywiście, jeśli człowiek raz się tego nauczy, nigdy nie zapomina. To jak jazda na… jazda na czymś, o czym nie można zapomnieć, że się na tym umie jeździć.
Naciągnął cięciwę do ucha i stęknął.
— No dobra — wysapał. Ręka drżała mu z wysiłku jak gałąź na wietrze. — Widzicie, o tam, dach Gildii Skrytobójców? Wytrzeszczyli oczy poprzez dym i resztki mgły.
— Dobrze — mówił Colon. — A widzicie wiatrowskaz na dachu? Widzicie?
Marchewa zerknął na grot strzały. Przesuwał się tam i z powrotem, kreśląc kolejne ósemki.
— To kawał drogi, sierżancie — odezwał się z powątpiewaniem Nobby.
— Nie gapcie się na mnie, tylko patrzcie na wiatrowskaz.
Spojrzeli posłusznie. Wiatrowskaz miał kształt przygarbionego człowieka w długim płaszczu, a wyciągnięty sztylet zawsze obracał się ostrzem do wiatru. Z tej odległości jednak figura była maleńka.
— Dobrze — dyszał Colon. — A widzicie oko tego człowieka?
— To już przesada — stwierdził Nobby.
— Zamknij się! Cisza! — wystękał Colon. — Widzicie czy nie?
— Chyba coś widzę, sierżancie — potwierdził lojalnie Marchewa.
— To dobrze. — Sierżant kołysał się z wysiłku w przód i w tył. — Dobrze. Zuch chłopak. A teraz patrz na to oko.
Stęknął raz jeszcze i wypuścił strzałę.
Kilka rzeczy wydarzyło się tak szybko, że trzeba je opisywać w zwolnionym tempie. Pierwszą zapewne była cięciwa uderzająca o miękką, wewnętrzną część przegubu Golona, który wrzasnął i wypuścił łuk z ręki. Nie wywarło to wpływu na tor lotu strzały. Mknęła już pewnie i bezbłędnie w stronę gargulca na dachu domu po drugiej stronie ulicy. Trafiła go w ucho, zrykoszetowała i pofrunęła z powrotem, z trochę większą prędkością. Z delikatnym świstem przeleciała Colonowi koło ucha.
Potem zniknęła wśród miejskich murów.
Po chwili Nobby odchrząknął i spojrzał niewinnie na Marchewę.
— Jakie duże — zapytał — są mniej więcej smocze czułości?
— Mogą być bardzo małe.
— Tego się obawiałem. — Nobby podszedł do krawędzi dachu i wyciągnął rękę. — Tam, w dole, jest staw. O ile wiem, dość głęboki, więc kiedy sierżant strzeli już do smoka, możemy zeskoczyć. Co wy na to?
— Przecież to całkiem niepotrzebne — zaprotestował Marchewa. — Ponieważ szczęśliwa strzała sierżanta trafi w odpowiednie miejsce, smok zginie i nie będzie powodów do zmartwienia.
— To prawda, to prawda — zapewnił szybko Nobby, zerkając na gniewne oblicze sierżanta. — Ale na wszelki wypadek, rozumiesz, gdyby… choć to szansa jedna na milion… gdyby spudłował… Nie mówię, że spudłuje, zaznaczam, trzeba jednak przygotować się na wszystkie możliwości… Gdyby w wyniku straszliwego pecha nie całkiem mu się udało trafić prosto w czułość, wtedy smok się rozgniewa i chyba lepiej, żeby nas tu nie było. Wiem, że to mało prawdopodobne. Możecie powiedzieć, że marudzę. To wszystko. Sierżant Colon z wyniosłą miną poprawił zbroję.
— Kiedy są najbardziej potrzebne — oznajmił — szansę jedne na milion zawsze się sprawdzają. To powszechnie znany fakt.
— Sierżant ma rację, Nobby — poparł go bohatersko Marche-wa. — Kiedy zostaje tylko jedna szansa, że coś się uda, to się, no… udaje. Inaczej nie byłoby… — Ściszył głos. — Przecież to rozsądne, bo gdyby ostatnia rozpaczliwa szansa zawiodła, to… W każdym razie bogowie by do tego nie dopuścili. Na pewno nie.
Jak jeden mąż odwrócili się i spojrzeli w stronę osi Dysku, tysiące mil od Ankh-Morpork. Powietrze było szare od dymu i strzępów mgły, ale w jasne dni można było tam zobaczyć Cori Celesti, mieszkanie bogów. A w każdym razie miejsce zamieszkania bogów. Bogowie żyli w Dunmanifestin, stiukowej Walhalli, gdzie zmagali się z wiecznością swymi umysłami, które miały problem ze znalezieniem sobie jakiegoś zajęcia na popołudnie. Podobno toczyli tam gry o losy ludzi. Jaką dokładnie grę toczyli w tej chwili, można było tylko zgadywać.
Ale oczywiście obowiązywały pewne reguły. Wszyscy wiedzieli, że takie reguły istnieją. Mieli tylko nadzieję, że bogowie także je znali.
— Musi się udać — mruczał Colon. — Wezmę moją szczęśliwą strzałę i w ogóle. Masz rację. Ostatnia beznadziejna szansa zawsze się sprawdza. Inaczej nic by nie miało sensu. Równie dobrze można by nie żyć.
Nobby raz jeszcze spojrzał z góry na staw. Po chwili wahania podszedł do niego Colon. Obaj mieli miny ludzi doświadczonych, którzy wiedzą, że można — oczywiście — polegać na bohaterach, na królach, w ostateczności na bogach, ale naprawdę niezawodna jest tylko grawitacja i głęboka woda.
— Nie będzie nam potrzebny — oświadczył bohatersko Colon.
— Nie przy pańskiej szczęśliwej strzale — zgodził się Nobby.
— Właśnie. Ale tak z czystej ciekawości, jak to wysoko, twoim zdaniem?
— Powiedziałbym, że ze trzydzieści stóp. Mniej więcej.
— Trzydzieści stóp… — Sierżant pokiwał głową. — Też mi się tak wydaje. I jest głęboki, tak?
— Słyszałem, że bardzo głęboki.
— Wierzę ci na słowo. Chociaż wygląda na zamulony. Nie chciałbym do niego wskakiwać.
Marchewa wesoło klepnął go w ramię, niemal spychając z dachu.
— Co jest, sierżancie? Chce pan żyć wiecznie?
— Nie wiem. Spytaj mnie jeszcze raz za pięćset lat.
— Dobrze się składa, że mamy pańską szczęśliwą strzałę.
— Co? — Colon zdawał się pogrążony w świecie złych snów na jawie.
— Chciałem powiedzieć, że dobrze się złożyło. Została nam tylko ostatnia, jedna na milion szansa; inaczej mielibyśmy poważne kłopoty.
— O tak — zgodził się zasmucony Nobby. — Szczęściarze z nas, nie ma co.
Patrycjusz położył się. Dwa szczury podciągnęły mu pod głowę poduszkę.
— Na zewnątrz, jak rozumiem, sytuacja jest dość niewesoła — stwierdził.
— Tak — przyznał z goryczą Vimes. — Ma pan rację. To najbezpieczniejsze miejsce w całym mieście.
Wbił drugi nóż w szczelinę między kamieniami i ostrożnie sprawdził, czy utrzyma jego ciężar. Lord Vetinari przyglądał mu się z zainteresowaniem. Vimes wspiął się już na wysokość sześciu stóp, do poziomu zakratowanego okienka.
Teraz zaczął wydłubywać zaprawę wokół prętów.
Patrycjusz obserwował go przez chwilę, po czym sięgnął po książkę z niewielkiej półki. Szczury nie umiały czytać, więc jego biblioteka miała nieco barokowy charakter, jednak Vetinari nie należał do ludzi, którzy ignorują nową wiedzę. Odszukał zakładkę między stronami Koronkarstwa przez męki i przeczytał kilka akapitów.