Spisek przeciwko Ameryce
- Автор: Рот Филип
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Spisek przeciwko Ameryce». Краткое содержание книги:
„Spisek przeciwko Ameryce” wpisuje się właśnie w ten najlepszy nurt pisarstwa wielokrotnego kandydata do literackiego Nobla, godnego następcy wielkich mistrzów prozy zza oceanu. W tej powieści Roth poddaje Amerykę eksperymentowi historii alternatywnej: co by było gdyby w roku 1940, u szczytu szalejącej za Altantykiem gorączki II wojny światowej, Stany Zjednoczone zaraziły się faszyzmem, wybierając na prezydenta nie F.D. Roosevelta, lecz Charlesa Lindbergha – legendarnego awiatora, sympatyzującego (o czym świadczą dołączone do książki dokumenty) z ideologią nazistowską? Z dnia na dzień, na oczach żydowskiego dziecka – narratorem jest tu bowiem mały Philip – bezpieczny świat dobrobytu i miłości bliźniego zmienia się w poligon uprzedzeń, nienawiści i szykan, których główną ofiarą padają Żydzi. „Kwestia żydowska” znajduje znane z historii rozwiązania: izolacja, ostracyzm, obozy koncentracyjne.
Cóż, że historia dopisała do tej fantazji happy end? Eksperyment Rotha powiódł się znakomicie.
Matka, na moją prośbę, nie powiedziała ani mojemu ojcu, ani bratu, co się stało ze znaczkami i z pieniędzmi, które miałem w kieszeni spodni Seldona.
– Kiedy cię znaleźliśmy, miałeś w kieszeni dziewiętnaście i półdolara. Nie wiem, skąd się tam wzięły, i nie chcę wiedzieć. Ten incydent jest zamknięty raz na zawsze. Założyłam ci konto oszczędnościowe w Howard Savings Bank. Zdeponowałam tam tę sumę w twoim imieniu, na przyszłość. – Wręczyła mi książeczkę z moim imieniem i nazwiskiem, oraz czarnym nadrukiem „$19, 50” na stronie wpłat.
– Dziękuję – powiedziałem.
Wtedy matka wyraziła opinię o swoim młodszym synu, której, jak sądzę, nie zmieniła aż po grób:
– Strasznie dziwne z ciebie dziecko. Nigdy nie przypuszczałam. Nie miałam zielonego pojęcia.
To rzekłszy, wręczyła mi mój nóż do rozcinania kopert – miniaturkę muszkietu skałkowego z Mount Vernon. Rękojeść była podrapana, a bagnet lekko wygięty. Matka znalazła nóż tego popołudnia, kiedy, nic mi nie mówiąc, wybiegła z pracy w przerwie na lunch, by jeszcze raz poszukać w zagajniku sierocińca choćby śladu moich znaczków, które ulotniły się jak kamfora.
7
W przeddzień odkrycia, że zginęły moje znaczki, dowiedziałem się o rezygnacji ojca z pracy. Parę minut po moim powrocie ze szpitala we wtorek rano ojciec zajechał w przydomową alejkę furgonetką stryja Monty’ego, która miała drewnianą budę, i zaparkował obok samochodu pani Wishnow – właśnie zakończył pierwszą nocną zmianę na targowisku przy Miller Street. Począwszy od tego dnia, od niedzieli wieczorem aż do piątku wracał do domu o dziewiątej, dziesiątej rano, mył się, zjadał porządny posiłek i około jedenastej kładł się spać. Wracając ze szkoły, musiałem uważać, żeby nie trzasnąć drzwiami i nie obudzić go. Po południu, tuż przed piątą, wstawał i jechał z powrotem, bo między szóstą a siódmą na targ zaczynali ściągać farmerzy z towarem, a potem, od dziesiątej wieczór do czwartej rano, przybywali po zakupy handlarze detaliczni, właściciele restauracji i hoteli oraz nieliczni już w mieście uliczni handlarze-wozacy. Cały prowiant ojca na długie noce składał się z przyszykowanego przez matkę termosu kawy i paru kanapek. W niedzielne poranki ojciec odwiedzał swoją matkę u stryja Monty’ego – chyba że Monty przywoził babcię do nas – a resztę dnia przesypiał, i znów musieliśmy być cicho, żeby mu nie przeszkadzać. Ciężkie to było życie, zwłaszcza że czasami ojciec musiał wyjeżdżać grubo przed świtem do farmerów z hrabstw Passaic i Union, od których sam zwoził towar, bo było to bardziej opłacalne dla stryja Monty’ego.
Wiedziałem, że znosi to z trudem, bo rano po powrocie do domu wypijał kieliszek alkoholu. Zazwyczaj butelka Four Roses wystarczała u nas w domu na rok. Moja matka, karykaturalna wręcz abstynentka, nie znosiła widoku szklanki ze spienionym piwem, nie mówiąc już o zapachu nierozcieńczonej whisky, a ojciec pijał jedynie w rocznice ślubu albo przy okazji odwiedzin szefa, którego częstował szklaneczką Four Roses z lodem. Teraz jednak, ledwo wrócił z targu, jeszcze zanim zmienił brudne ubranie i wziął prysznic, nalewał sobie whisky do kieliszka i, zadarłszy głowę, wychylał alkohol jednym haustem, z taką miną, jakby właśnie przegryzł żarówkę. „Dobra rzecz!” – chwalił głośno. „Dobra rzecz!” Dopiero wtedy trochę się rozluźniał i mógł zjeść coś porządnego bez obawy, że dostanie niestrawności.
Byłem kompletnie skołowany, nie tylko nagłym spadkiem pozycji zawodowej ojca – nie tylko furgonetką pod domem i ciężkimi buciorami na nogach mężczyzny, który dotąd chodził do biura w garniturze, koszuli z krawatem i wypucowanych czarnych półbutach, nie tylko wychylanym ostentacyjnie kieliszkiem i obiadem zjadanym przez ojca samotnie o dziesiątej rano – ale także moim bratem, także i jego niespodziewaną transformacją.
Sandy przestał być wściekły. Przestał manifestować pogardę. Nie wywyższał się pod żadnym względem. Zachowywał się tak, jakby i on dostał cios w głowę – tyle że w jego przypadku ten cios nie spowodował amnezji, lecz odrodził w nim spokojnego, sumiennego chłopca, czerpiącego satysfakcję nie z popisywania się kontrowersyjnymi poglądami, tylko z mocnego, równego nurtu życia wewnętrznego, który niesie go spokojnie od rana do nocy i który w moich oczach zawsze stanowił o autentycznej wyższości Sandy’ego nad chłopcami w jego wieku. A może gwiazdorskie ambicje – wraz ze skłonnością do prowokowania konfliktów – zwyczajnie się w nim wypaliły; może nigdy nie miał w sobie dość niezbędnego egoizmu i doznał skrytej ulgi, widząc, że już nie musi publicznie imponować wspaniałością. Może on po prostu nigdy nie wierzył w to, co kazano mu głosić. Może kiedy ja leżałem w szpitalu z podejrzeniem krwiaka zagrażającego życiu, ojciec odbył z nim rozmowę i sprawił cud. A może z powodu mojego kryzysu Sandy skrywał wyniosłe oblicze za maską dawnego siebie, może tylko udawał i sprytnie, z premedytacją, czaił się w ukryciu, czekając, aż… aż nie wiadomo, co nam się jeszcze zdarzy. Tak czy owak, chwilowo szok niezwykłych okoliczności przywrócił mojego brata na łono rodziny.
A matka przestała chodzić do pracy. Uskładała na montrealskim koncie znacznie mniej, niż się spodziewała, ale dostatecznie dużo, by w razie nagłej konieczności ucieczki wystarczyło nam na przekroczenie granicy i rozpoczęcie nowego życia w Kanadzie. Rzuciła pracę w domu towarowym Hahne’a równie raptownie, jak ojciec rozstał się po dwunastu latach z bezpieczną posadą w Metropolitan – a wszystko po to, by udaremnić rządowy plan przesiedlenia nas do Kentucky i uchronić nas przed antysemickim podstępem, za jaki, wspólnie z Winchellem, uważali oboje program Osadnictwo 42. Mama znów cały dzień zajmowała się domem, zastawaliśmy ją tam, wracając ze szkoły w przerwie na lunch i po lekcjach, a podczas wakacji pilnowała mnie i Sandy’ego, żebyśmy znowu nie wymknęli się spod kontroli przez brak nadzoru.
Odmieniony ojciec, odrodzony brat, odzyskana matka, osiemnaście czarnych szwów na głowie i nieodwracalna utrata mojego największego skarbu – a wszystko to dokonało się z magiczną, bajkową szybkością. Nasza rodzina, z dnia na dzień zdeklasowana i wykorzeniona, nie stała już w obliczu banicji i eksmisji, lecz okopała się na swych pozycjach przy Summit Avenue, podczas gdy po trzech krótkich miesiącach Seldon – z którym stałem się beznadziejnie związany, odkąd łaził po okolicy, rozgłaszając wszem i wobec, jak wyratował mnie od wykrwawienia się na śmierć, i to w jego ubraniu – Seldon wyprowadzał się z naszego domu. Od pierwszego września miał zamieszkać z matką w Danville, w stanie Kentucky, jako jedyne tam żydowskie dziecko.
Moje „lunatyczenie” wywołałoby w okolicy jeszcze bardziej upokarzający skandal, gdyby nie to, że Walter Winchell został wyrzucony z pracy przez firmę Jergens Lotion, w parę godzin po zejściu z anteny w niedzielną noc mojej ucieczki z domu. Wieść była tak szokująca, że wprost nie mieściła się w głowie, a Winchell zadbał o to, żeby naród szybko jej nie zapomniał. Po dziesięciu latach, nadawaną o dziewiątej audycję czołowego reportera radiowego zastąpiono już od następnej niedzieli kolejną transmisją koncertu orkiestry tanecznej z tarasu kolejnego ekskluzywnego klubu hotelu na Manhattanie. Jergens zarzucał Winchellowi po pierwsze to, że wobec ogólnokrajowej rzeszy przeszło dwudziestu pięciu milionów słuchaczy siał panikę, „krzycząc «Pali się!» w zatłoczonym teatrze”, a po drugie, że znieważył prezydenta Stanów Zjednoczonych haniebnymi oskarżeniami, „jakimi tylko najskrajniejszy demagog posłużyłby się do podburzenia tłumów”.