Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Góra trzech szkieletów
Góra trzech szkieletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Góra trzech szkieletów

Электронная книга - «Góra trzech szkieletów». Краткое содержание книги:

Wielbiciele Raymonda Chandlera i Alistaira MacLeana – czas zrpbić miejsce na półce: nadchodzi Artur Baniewicz!
Góra Trzech Szkieletów to zaskakująca do ostatniej strony, trzymająca w napięciu historia polsko-bałkańskich przygód detektywa Małkosza, nawiązująca do najlepszych tradycji kryminału i powieści sensacyjnej. Dynamiczna, filmowa wręcz akcja, wyraziste postaci, pełne humoru dialogi, brawura i… miłość – fascynująca powieść Artura Baniewicza to dobitny dowód na to, że… Polak potrafi!
Marcin Małkosz jest człowiekiem o bujnej przeszłości, saperem i byłym oficerem Wojska Polskiego, wyrzuconym z armii za to, że dopuścił do śmierci trzech podwładnych podczas wojny na Bałkanach.
Kiedy postanawia spróbować swych sił jako prywatny detektyw, nie podejrzewa, że już pierwsze zlecenie będzie dla niego początkiem prawdziwych kłopotów, a także burzliwego romansu.
Jego klientką jest Jovanka, cierpiąca na amnezję młoda Bośniaczka, która usiłuje odnaleźć ojca swej chorej na białaczkę córki. Poszukiwania prowadzą Małkosza na tereny byłej Jugosławii, trafia też na ślad wielkiej afery, w którą wplątani są jego dawni zwierzchnicy, prominentni polscy politycy, a nawet piękna Jovanka.
Historia skomplikowanego śledztwa, obfitująca w liczne niespodzianki i zaskakujące zwroty akcji, odwołuje się do najlepszych wzorów powieści sensacyjnej.
Ironiczny, chandlerowski, styl narracji, wyraziste sylwetki bohaterów i wierność realiom czynią z Góry trzech szkieletów pasjonującą lekturę.
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 84
Перейти на страницу:

– Nie jesteś na bieżąco. Może…

Zostawiłem ją i szybko podszedłem do Doroty, a właściwie plecaka. Wyjąłem z kieszeni to, co zostało z telefonu, i wybrałem numer Błażejskiego. Ciche pogwizdywanie niczego jeszcze nie dowodziło. Mimo wszystko byłem zdziwiony, gdy zastąpił je znajomy, pełen pośpiechu i niepokoju głos.

– Halo? To ty? – Nie wygłupiałem się przemowami do wspomnienia po mikrofonie, powtórzył to więc jeszcze raz i przerwał połączenie. Dałem mu kilka sekund i ponownie wcisnąłem odpowiedni klawisz. – Halo?

– To bez sensu – szepnęła Dorota. – Przecież…

– To… ty? – Coś zmieniło się w głosie Błażejskiego. – Halo? Nic nie słyszę… – Mogłem tylko czekać. – Aha – powiedział powoli. – Jeżeli to któraś z pań… Wiemy już, że Małkosz was porwał. Nie bójcie się. Na górę pojechało trzech ochotników. – Oddzielał zdania wyraźnymi pauzami, dobierając słowa i przesiewając przez cedzak autocenzury. – Raczej… raczej nie będą się z nim patyczkować. Podobno jest tu świadek, który widział, jak Małkosz tego wartownika… Muszę kończyć. Uważajcie na siebie.

Rozłączył się. Stałem z aparatem odsuniętym od ucha, przyglądając się oczom wpatrzonych we mnie kobiet i odnajdując w nich odbicie własnego oszołomienia.

– Wiem, jak to brzmi – przyznałem. – Ale za dużo tu niewyjaśnionych spraw. Ktoś mnie wrabia w morderstwo w Krakowie. Teraz morduję w Bośni, a Olszewski znajduje świadka.

– Olszewski? – Dłuższy bezruch dobrze zrobił Dorocie: w zamglonych cierpieniem i narkotykiem oczach pojawiły się iskierki dawnej inteligencji.

– Tu nie ma żandarmów, więc to jego działka. A Błażejski był przestraszony. Bał się, że ktoś nas słucha. Założę się, że w całym kontyngencie tylko Olszewski i dowódca mogliby zorganizować podsłuch komórki. No i w ogóle… Ten facet wiedział o sprawach, o których nie powinien wiedzieć. I załatwił samolot. W amerykańskim filmie to nic takiego, ale u nas… Może to paranoja – powiedziałem, patrząc wprost w niebieskie oczy. – Chciałbym, słowo honoru. Ale jeśli nie… Słuchaj, ja wiem, jak funkcjonuje nasze wojsko. Nikt, żaden oficer, nie posłałby za nami trzech ludzi w samochodzie pancernym. Na wariata, na pole minowe, na podstawie wziętych nie wiadomo skąd oskarżeń. Coś tu śmierdzi jak stado zdechłych skunksów. Co robiły natowskie pociski w ciele Any? Skąd ci spod Jeżynowej Górki wiedzieli, że się tam zjawimy? I dlaczego ktoś poderżnął gardło wartownikowi, z którym akurat chwilę wcześniej pieprzyła się Jovanka? To…

– Nie pieprzyłam się z nim!

Zrobiła się pąsowa, ale krzyczała szeptem i nie próbowała się podrywać, co skończyłoby się potrząsaniem gałęziami. Naprawdę miała klasę jako towarzysz broni.

– Jeśli wezmę cię na ręce i wyjdę z lasu – zignorowałem ją – to w najlepszym przypadku Jovanka będzie się musiała pieprzyć przez najbliższe kilkanaście miesięcy. Do pogrzebu córki. – Nie musiałem spoglądać w bok, by stwierdzić, że Jovanka dla odmiany blednie. – Ja pójdę siedzieć, na razie w areszcie, ale cóż to za różnica… To w przypadku, jeśli wszystko jest w porządku. Bo jak nie… – Zrobiłem przerwę. – Cóż, w akcjach antyterrorystycznych zakładnicy często giną od przypadkowej kuli. Nie chcę histeryzować, ale Jovanka to żaden świadek, bo oficjalnie zeznała policjantowi, że ze mną sypia. Pozostajesz ty i Błażejski. Gdyby nawet machnął ręką na posadę i zeznał prawdę, zaraz wywlekliby mu strzelaninę na Jeżynowej Górce. Uratowaliśmy go, ma dług wdzięczności, czyli nie jest obiektywny. Pomijam fakt, że ktoś, kto mnie wrabia, pewnie nie wie o jego udziale i nie uwzględnia go w planach. Ciebie raczej powinien wziąć pod uwagę. Słyszałaś: obie jesteście porwane. Jeśli zginiesz, na wieki wieków pozostaniesz ofiarą szaleńca. Mam zresztą niezły motyw, by cię wykończyć, i to akurat tutaj.

– Mój artykuł – zdobyła się na słaby uśmiech.

– Mądra dziewczynka. – Była szczupła z natury, a teraz, gdy krwotok i cierpienie wyssały barwy z jej twarzy, nieco dziecięce oczy zrobiły się jeszcze większe, ujmując jej kilka lat.

– Chyba jest sposób – usłyszałem nieco chrapliwy głos Jovanki. – Ja pójdę. Albo mnie kropną, albo dojdę. A jak dojdę, to wyłożę każdemu z osobna, co się dzieje i dlaczego mają trzymać łapy z daleka od broni.

– Jest niestety problem natury technicznej – zauważyłem spokojnie. – To pół kilometra odkrytej przestrzeni. Milo Nedić miał przewagę liczebną, moździerze i co najmniej jeden czołg, a też gówno zdziałał. Ta góra to forteca. Jeżeli ktoś za nami szedł, a zakładam, że szli wszyscy, to teraz jest gdzieś nad nami. Pewnie wyznaczyli snajpera do pilnowania tych łąk wokół Pecinaca. Kto wie, może nawet sławnego Rzeźnika z Glavy? Wytkniesz nos z lasu – i mogiła.

– Zaryzykuję.

– Nie – wyprowadziłem ją z błędu. – Chyba że umiesz chodzić na samych pośladkach. – Uniosła pytająco brwi. – Wyrwę ci nogi z tyłka, jak tylko spróbujesz.

Patrzyła mi w oczy, więc uwierzyła. Była też mądrą, rzeczową kobietą, toteż ograniczyła się do pytania.

– No to co zrobimy?

W połowie drogi na szczyt wiedziałem już, że Błażejski mówił prawdę. Żołnierzy było trzech i wszyscy poszli tędy. Przy okazji mierzenia patyczkiem ich śladów dokonałem jeszcze jednego odkrycia.

– Nie powiem, by byli ostrożni – podzieliłem się nim z Jovanką w czasie któregoś z odpoczynków. Musieliśmy zatrzymywać się często: nasi poprzednicy parli ku szczytowi niczym pluton czołgów po najkrótszej, a tym samym najtrudniejszej trasie.

– Trochę ich rozumiem. To średnia frajda iść tak po odciskach czyichś butów i czekać, aż ten z przodu poleci do nieba. Człowiek czuje się gnojkiem i egoistą.

Trasa była ciężka, chwilami musieliśmy posuwać się na czworakach i z dziesięć razy zjeżdżaliśmy na kolanach i łokciach po wilgotnym lub osypującym się stoku. W ośmiu przypadkach na te dziesięć glebę ze skał Pecinaca zdzierała Jovanka.

– Boli cię noga? – Późno, bo późno, ale dopatrzyłem się czegoś nienaturalnego w sposobie ustawiania przez nią lewej stopy. – Czekaj… Jesteś na bosaka?! Nie widzę skarpet.

– Z Dorotą jakoś sobie poradziłeś. – Minęła mnie i wysunęła się na czoło. – Chociaż jest bez kawałka nogi, o morale nie wspominając.

– Myślisz, że zrobi coś głupiego? – Od początku się tym gryzłem, więc dość łatwo dałem spokój skarpetom.

– Zdrową pewnie byś przekonał. Ale założę się, że jeśli ci trzej pojawią się przy wozie przed nami, wyczołga się z zarośli i zacznie krzyczeć, by zabrali ją do szpitala. Nawet jeśli wierzy, że mogą ją zawieźć całkiem gdzie indziej.

Cóż, mieliśmy podobny pogląd na sprawę.

– A ty? – zapytałem kilkanaście metrów wyżej. – Myślisz, że…?

– Ja ci ufam.

Załatwiła mnie tą deklaracją, zwłaszcza że nie brzmiało to jak zdawkowa uwaga. Zamilkłem na długi czas. I to nie ja przerwałem milczenie.

– Stój – rzuciła ostrzegawczo. Patrzyła gdzieś w dół i w prawo, raczej w żadne konkretne miejsce. Nie znalazłem odpowiedzi na najważniejsze z pytań, znalazłem natomiast skarpety, a dokładniej: mały fragment jednej z nich. To było to wilgotne coś, utrzymujące jej włosy w kupie.

– Chyba kogoś słyszałam.

Padła nagle na bok. Ja nie. Łysiejący mężczyzna w kraciastej koszuli przeciętej szelkami plecaka pojawił się za blisko, by dało się liczyć na jego gapiostwo. Szedł wolno, rozglądał się, a w dłoniach zaciskał kałasznikowa. Gdybym się spóźnił albo nie dość dokładnie zlał z tłem, raczej nie dałby mi szansy naprawienia błędu. Strzeliłem więc.

Strzał był dobry, bo faceta błyskawicznie wygięło do tyłu, ale i zły, bo poniosło go nie metr, ale całe dziesiątki metrów dalej. Spadał, łamał krzaki, walił głową w pnie – i nie zatrzymywał. Razem z prawie całym zapasem amunicji. Nie miałem nawet pewności, czy nie pociągnął za sobą karabinu.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)