Pani jeziora
- Автор: Sapkowski Andrzej
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pani jeziora». Краткое содержание книги:
Аннотация
Pani jezioraKrąży zaś wśród ludu prostego podanie, jakoby wracał marszałek nocami na brenneńskie pole i chodził wśród kurhanów, zawodząc: "Oddajcie mi moje legiony!", zaś na koniec powiesił się na osice na wzgórzu, Szubienicznym od tego nazwanym. I nocą można zjawę sławnego marszałka wśród innych napotkać upiorów, pobojowisko pospolicie nawiedzających.
— Dziadku Jarre! Dziadku Jarre!
Jarre podniósł głowę znad papierów, poprawił osuwające się po spoconym nosie okulary.
— Dziadku Jarre! — wykrzyczała na górnych rejestrach jego najmłodsza wnuczka, rezolutna i bystra sześciolatka, która, bogom dzięki, wdała się bardziej w matkę, córkę Jarre, niż w rozlazłego zięcia.
— Dziadku Jarre! Babcia Lucienne kazała powiedzieć, że dość na dziś będzie tej próżniaczej bazgraniny i że podwieczorek na stole!
Jarre pieczołowicie złożył zapisane arkusze i zakorkował kałamarz. W kikucie ręki pulsował ból. Zmiana pogody, pomyślał. Przyjdzie deszcz.
— Dziadku Jaaaarreeee!
— Już idę, Ciri. Już idę.
Nim uporał się z ostatnim rannym, było już dobrze po północy. Ostatnie operacje przeprowadzali już przy świetle — zwykłym, z lampy, a później także i magicznym. Marti Sodergren doszła do siebie po przebytym kryzysie i choć blada jak śmierć, sztywna i nienaturalna w ruchach jak golem, czarowała sprawnie i efektywnie.
Była czarna noc, gdy wyszli z namiotu, wszyscy czworo, siedli, oparci o płachtę.
Równina pełna była ogni. Różnych ogni — nieruchomych ogni biwaków, ruchliwych ogni łuczyw i pochodni. Noc rozbrzmiewała dalekim śpiewem, skandowaniem, okrzykami, wiwatami.
Noc dookoła nich żyła też urywanymi krzykami i jękami rannych. Błaganiami i westchnieniami umierających. Nie słyszeli tego. Przyzwyczaili się do odgłosów cierpienia i umierania, dźwięki te były dla nich zwyczajne, naturalne, tak wkomponowane w tę noc jak rechot żab w mokradłach nad rzeczką Chotlą, jak granie cykad w akacjach nad Złotym Stawem.
Marti Sodergren milczała lirycznie, oparta o ramię niziołka. Iola i Shani, objęte, przytulone, parskały od czasu do czasu cichym, zupełnie bezsensownym uśmiechem.
Nim siedli pod namiotem, wypili po kubku wódki, a Marti poczęstowała wszystkich swym ostatnim zaklęciem: czarem rozweselającym, używanym zwykle przy wyrywaniu zębów. Rusty czuł się oszukany tym traktamentem — połączony z magią trunek, miast odprężyć, otępił go, miast zniwelować wyczerpanie, wzmógł je. Miast dać zapomnienie, przypominał.
Wygląda, pomyślał, że wyłącznie na Iolę i Shani alkohol i magia podziałały jak należy.
Odwrócił się i w świetle księżyca zobaczył na twarzach obu dziewczyn błyszczące, srebrzyste ślady łez.
— Ciekawe — powiedział, oblizując drętwe, nieczułe wargi — kto zwyciężył w tej bitwie. Czy ktoś to wie?
Marti odwróciła ku niemu twarz, ale nadal milczała lirycznie. Cykady grały wśród akacji, wierzb i olch nad Złotym Stawem, żaby rechotały. Ranni jęczeli, błagali, wzdychali. I umierali. Shani i Iola chichotały przez łzy.
Marti Sodergren umarła dwa tygodnie po bitwie. Zadała się z oficerem Wolnej Kompanii Kondotierskiej. Traktowała tę przygodę lekko. W przeciwieństwie do oficera. Gdy Marti, lubiąca odmiany, zadała się z temerskim rotmistrzem, oszalały z zazdrości kondotier pchnął ją nożem. Powieszono go za to, ale uzdrowicielki nie zdołano odratować.
Rusty i Iola umarli rok po bitwie, w Mariborze, podczas największej eksplozji epidemii gorączki krwotocznej, zarazy zwanej też Czerwoną Śmiercią albo — od nazwy statku, na którym została przywieziona — Plagą Catriony. Uciekli wówczas z Mariboru wszyscy medycy i większość kapłanów. Rusty i Iola zostali, ma się rozumieć. Leczyli, bo byli lekarzami. To, że na Czerwoną Śmierć nie było lekarstwa, nie miało dla nich znaczenia. Zarazili się obydwoje. On umarł na jej rękach, w mocnym, budzącym ufność uścisku jej dużych, brzydkich, wieśniaczych dłoni. Ona umarła cztery dni później. Samotna.
Shani umarła siedemdziesiąt dwa lata po bitwie. Jako słynna i otoczona szacunkiem emerytowana dziekanka katedry medycyny uniwersytetu oxenfurckiego. Pokolenia przyszłych chirurgów powtarzały jej słynny żart: "Zszyj czerwone z czerwonym, żółte z żółtym, białe z białym. Na pewno będzie dobrze".
Mało kto zauważał, jak po wygłoszeniu tej facecji pani dziekan zawsze ukradkiem ociera łzę.
Mało kto.
Żaby rechotały, cykady grały wśród wierzb nad Złotym Stawem. Shani i Iola chichotały przez łzy.
— Ciekawe — powtórzył Milo Vanderbreck, niziołek, chirurg polowy, znany jako Rusty. - Ciekawe, kto zwyciężył?
— Rusty — powiedziała lirycznie Marti Sodergren. - Uwierz, jest to ostatnia rzecz, o którą martwiłabym się, będąc na twoim miejscu.
Rozdział dziewiąty
Jedne z płomyczków wysokie były i mocne, świeciły jasno i żywo, inne zaś były malutkie, chwiejne i drgające, a światło ich ciemniało i zamierało. Na samym zaś końcu był jeden płomyczek maleńki i tak słaby, że ledwie się tlił, ledwie pełgał, już to rozbłyskując w wielkim trudzie, już to gasnąc niemalże zupełnie.
— Czyj jest ten gasnący ognik? — zapytał wiedźmin.
— Twój — odrzekła Śmierć.