Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Płomień serca [Heartfire - pl]
Płomień serca [Heartfire - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Płomień serca [Heartfire - pl]

Электронная книга - «Płomień serca [Heartfire - pl]». Краткое содержание книги:

Peggy jest Żagwią, potrafi spojrzeć w płomień jaśniejący w sercu każdego człowieka. Chroni Alvina Stwórcę od chwili narodzin, od dnia, kiedy Niszczyciel pierwszy raz spróbował go zabić. Jednak przeznaczenie pchnęło ich oboje na różne szlaki. Alvin ruszył na północ, gdzie jego zdolności uważane są za czarnoksięstwo, a korzystanie z nich karane jest śmiercią. Peggy pociągnęła na południe, gdyż zobaczyła w przyszłości straszliwą wojnę i zniszczenie. Tylko jedna ścieżka prowadzi przez chaos wojny, a misją Peggy jest przeprowadzeni…
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 80
Перейти на страницу:

— Margaret.

— A ma też jakieś nazwisko? Biali zawsze mają nazwiska.

— Smith — odparł lokaj. — Ale nie wygląda na taką silną, żeby pracować w kuźni.

— Widziałeś ją? — zdziwił się Duńczyk.

— Dużo razy.

— Kiedy?

— Nosiłem wiadomości do niej i z powrotem. Duńczyk westchnął, starając się zachować spokój.

— No cóż, przyjacielu, czy nie wynika z tego, że wiesz, gdzie ona mieszka?

— Wiem — potwierdził lokaj.

— Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?

— Ty nie pytałeś, gdzie ona mieszka, tylko pytałeś, jaki ona ma adres. Nie znam numerów ani liter.

— Możesz mnie tam zaprowadzić? Lokaj przewrócił oczami.

— Sześć pensów dla białego bossa i on pozwoli ci mnie zabrać. Duńczyk przyjrzał mu się podejrzliwie.

— Na pewno to nie dwa pensy dla białego bossa, a reszta dla ciebie?

Lokaj zrobił urażoną minę.

— Ja jestem chrześcijaninem.

— Tak samo wszyscy Biali — zauważył Duńczyk.

Lokaj, od dawna już pozbawiony gniewu, nie miał szans zrozumienia tej uszczypliwej ironii.

— Oczywiście, że oni są chrześcijanami. Skąd inaczej ja bym się nauczył o Jezusie, jak nie od nich?

Duńczyk wygrzebał z kieszeni sześciopensówkę i wręczył ją lokajowi, który wrócił po chwili, szeroko uśmiechnięty.

— Ja dostałem dziesięć minut.

— To wystarczy?

— Dwie przecznice w bok, jedna dalej.

Kiedy dotarli do drzwi pensjonatu Margaret Smith, lokaj zatrzymał się na progu.

— Odsuń się, żebym mógł zapukać — polecił Duńczyk.

— Mogę, jeśli ty chcesz — odparł lokaj. — Ale nie rozumiem po co.

— Bo jak nie zapukam, to jak mam się dowiedzieć, czy jest w środku?

— Nie jest.

— Skąd możesz wiedzieć?

— Bo stoi, o tam, i patrzy na ciebie.

Duńczyk odwrócił się niby przypadkiem. Po drugiej stronie ulicy zobaczył białą kobietę, białego mężczyznę i czarną służącą. Właśnie odchodzili.

— Kto na mnie patrzy?

— Oni patrzyli — wyjaśnił lokaj. — I ja wiem, że ona może ci opowiedzieć o tym Calvinie.

— Skąd wiesz?

— Bo to jest on.

Duńczyk przyjrzał się znowu. Biały powłóczył nogami jak starzec. Pusty. Duńczyk uśmiechnął się z satysfakcją i dał lokajowi dwa pensy.

— Dobra robota, kiedy już zdecydowałeś się mi powiedzieć. Lokaj wziął monetę, obejrzał ją i oddał z powrotem.

— Nie, biały boss chciał sześć pensów.

— Sześć pensów już zapłaciłem.

Lokaj patrzył na niego, jakby Duńczyk postradał rozum.

— Jak zapłaciłeś, dlaczego dajesz mi więcej? Te dwa pensy i tak zresztą nie wystarczą. — Wzburzony, wcisnął pieniądze Duńczykowi. — Ty wariat — powiedział.

Odszedł.

Duńczyk ruszył ulicą, nie tracąc z oczu całej trójki. Niewolnica oglądała się kilka razy i patrzyła na niego, ale się tym nie przejął. Wiedziała, kim jest. Było niemożliwe, żeby czarna dziewczyna powiedziała białej damie cokolwiek o zbieraczu imion.

* * *

— To on — oświadczyła Ryba. — On zabiera imiona.

Margaret od razu zobaczyła w umyśle Duńczyka, że nawet na chwilę nie można mu zaufać. Szukała go, a on jej szukał. Tylko że on miał przy sobie nóż i zamierzał go użyć. Nie był to dobry sposób, by odzyskać płomień serca Calvina.

— Przejdźmy na baterię. Zawsze jest tam sporo ludzi. Nie ośmieli się w tłumie zranić białego człowieka. Nie chce przecież umrzeć.

— On nie chce z panią rozmawiać — zauważyła Ryba. — Tylko patrzy.

— Porozmawia ze mną — zapewniła Margaret. — Bo pójdziesz go o to poprosić.

— Boję się go, psze pani.

— Ja też — przyznała Margaret. — Ale mogę obiecać, że nie zrobi ci krzywdy. On chce skrzywdzić tylko Calvina.

Ryba raz jeszcze obejrzała Calvina dokładnie.

— Wygląda, jakby ktoś skrzywdził go najbardziej, jak można go skrzywdzić, póki nie umarł. — Nagle zdała sobie sprawę, co powiedziała. — Oj.

— Ten zbieracz imion, Duńczyk Vesey, to bardzo ciekawy człowiek. Wiesz, że nie jest niewolnikiem?

— On wolny? Nie ma wolnych Czarnych w Camelocie.

— Tak, to oficjalna wersja, ale nieprawdziwa. Spotkałam już innych. Kobietę o imieniu Łania. Dano jej wolność, kiedy była już za stara, żeby pracować.

— I wtedy ją wyrzucili! — zawołała gniewnie Ryba.

— Ostrożnie — upomniała ją Margaret. — Nie jesteśmy tu same. Ryba natychmiast zmieniła pozę i spuściła głowę.

— Za dużo już widziałam w życiu tego przeklętego bruku.

— Nie wyrzucili jej — tłumaczyła Margaret. — Choć nie wątpię, że zdarzają się właściciele tak okrutni, by to zrobić. Nie; ma swój mały pokoik i je z pozostałymi. I płacą jej niewielką pensję za bardzo lekkie prace.

— Myślą pewnie, że to wystarczy za całe zabrane jej życie?

— Tak. Myślą, że wystarczy. I Łania też tak myśli. Dla niej wolność oznacza tyle, że nie musi już pracować, najwyżej tyle, by zasłać własne łóżko.

— Dla mnie to nie wystarczy, pani Margaret.

— Nie, Rybo. Jestem całkiem pewna, że nie wystarczy. Nikomu nie powinno wystarczyć. Ale nie miej Łani za złe jej zadowolenia. Zasłużyła na nie.

Ryba obejrzała się i przestraszyła.

— Podchodzi bliżej, psze pani.

— Tylko dlatego że boi się w tłumie stracić nas z oczu. Margaret pokierowała Calvina w stronę muru obronnego.

Niedaleko, na wodzie, widziała obie fortece: Lancelota i Galahada. Takie zabawne nazwy. Rzeczywiście, jak u króla Artura.

— Duńczyk Vesey jest wolny — powiedziała. — Zarabia na życie, prowadząc księgi rachunkowe dla kilku niedużych firm i biur.

— Czarny człowiek zna liczby?

— I litery. Oczywiście udaje, że pracuje dla Białego, który naprawdę prowadzi rachunki. Wątpię jednak, czy któryś z jego klientów daje się oszukać. Utrzymują tę fikcję prawną, żeby nikt nikogo nie musiał posyłać do więzienia. Płacą mu połowę tego, co wziąłby Biały, a on zarabia o wiele więcej, niż potrzebuje, żeby się utrzymać w Miasteczku Czarnych.

— I zabiera imiona.

— Nie. Zanosi je gdzieś i przekazuje komuś innemu.

— Komu? Margaret westchnęła.

— Ktokolwiek to jest, potrafi nie dopuszczać mnie do tej akurat części pamięci Duńczyka. Nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło. A może zwyczajnie nie zauważyłam. Musiałam widzieć płomień serca tego człowieka, kiedy szukałam zbieracza imion, ale ponieważ tylko fragment jego pamięci ukryto, nie zwróciłam na to uwagi.

Zastanowiła się.

— Nie — uznała. — Chyba w ogóle nie zaglądałam w płomień jego serca, ponieważ on ma imię, a więc płomień jest jasny. Pewnie uznałam go za Białego i nie patrzyłam. Ukrywał się całkiem na wierzchu.

— Jest pani czarownik, psze pani?

— Nie w takim sensie, w jakim Biali używają tego słowa. Nie zajmuję się urokami, a heksy, które mam dla ochrony, są dziełem mojego męża. Ja tego nie potrafię. Jestem żagwią. Zaglądam w płomienie ludzkich serc. Znajduję tam ścieżki ich przyszłości.

— Co pani widzi w mojej przyszłości?

— Zbyt wiele ścieżek się przed tobą otwiera. Nie mogę ci powiedzieć, którą wybierzesz, ponieważ ty sama decydujesz.

— Ale ten człowiek mnie nie zabije, prawda? Margaret pokręciła głową.

— Nie widzę w tej chwili ani jednej ścieżki, gdzie coś takiego by się stało. Ale nie przepowiadam przyszłości, Rybo. Ludzie żyją i umierają według własnych wyborów.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 80
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)