Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Prawda [The Truth - pl]
Prawda [The Truth - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Prawda [The Truth - pl]

Электронная книга - «Prawda [The Truth - pl]». Краткое содержание книги:

William chce tylko dotrzeć do prawdy. Niestety, wszyscy inni chcą dotrzeć do Williama, i to w złych zamiarach. A to dopiero trzeci numer…
William de Worde jest przypadkowym wydawcą pierwszej gazety na Dysku. Teraz musi sobie radzić z tradycyjnymi problemami dziennikarskiego życia — ludźmi, którzy chcą, by zginął, wampirem na odwyku, żywiącym samobójczą fascynację fotografowaniem z lampą błyskową, innymi ludźmi, którzy też chcą, by zginął, choć w inny sposób oraz, co najgorsze, człowiekiem, który błaga go, by publikował zdjęcia jego ziemniaków o zabawnych kształtach.
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 87
Перейти на страницу:

— Kiedy to zobaczą „SuperFakty”, domyśla zię, jak to jest vykonane — uprzedził Otto.

— Wtedy przynajmniej pójdziemy na dno w pełnej gali flagowej, z kolorami — stwierdziła Sacharissa.

Potrząsnęła głową, gdy trochę kurzu spłynęło na nią z sufitu.

— Słuchajcie tylko — odezwał się Boddony. — Czujecie, jak dygocze podłoga? To znowu te ich wielkie prasy.

— Podkopują nas ze wszystkich stron — poskarżyła się Sacharissa. — A tak ciężko pracowaliśmy. To niesprawiedliwe.

— Dziwię się, że podłoga wytrzymuje — mruknął Dobrogór.

— W końcu nic tu nie stoi na stałym gruncie.

— Podkopują nas, tak? — powtórzył Boddony.

Jeden czy dwa krasnoludy uniosły głowy, kiedy to powiedział. Boddony rzucił coś po krasnoludziemu. Dobrogór warknął coś w odpowiedzi. Włączyło się jeszcze paru krasnoludów.

— Przepraszam bardzo — odezwała się kwaśno Sacharissa.

— Chłopcy się… zastanawiali, czyby tam nie iść i się nie rozejrzeć — wyjaśnił Dobrogór.

— Próbowałam niedawno. Ale troll przy drzwiach był wyjątkowo nieuprzejmy.

— Krasnoludy inaczej to… do tego podchodzą.

Sacharissa dostrzegła poruszenie. Boddony wyjął spod blatu topór. Był to tradycyjny sprzęt krasnoludów — z jednej strony miał kilof służący do wydobywania cennych minerałów, z drugiej topór bojowy, gdyż właściciele ziemi z cennymi minerałami w środku bywają czasem nierozsądni.

— Nie chcecie chyba nikogo napadać? — spytała zaszokowana.

— Ktoś tu mówił, że jeśli chce się mieć dobrą historię, trzeba kopać, kopać i kopać — odparł Boddony. — Idziemy na spacer.

— W piwnicy? — zdziwiła się Sacharissa, kiedy krasnoludy podeszły do drabiny.

— Tak. Spacer w ciemności. Dobrogór westchnął ciężko.

— Cała reszta bierze się do pracy przy azecie, co?

Po minucie czy dwóch pod nimi rozległo się kilka uderzeń kilofa, a potem ktoś bardzo głośno zaklął po krasnoludziemu.

Sacharissa nie mogła się dłużej powstrzymać.

— Pójdę sprawdzić, co one tam robią.

Kiedy dotarła na miejsce, cegły — jeszcze niedawno blokujące otwór drzwiowy — były już wyjęte. Ponieważ kamienie Ankh-Morpork wiele razy trafiały do drugiego obiegu, nikt nie widział sensu w używaniu porządnej zaprawy, zwłaszcza w celu zamurowania starych drzwi. Uznawano, że zupełnie wystarczą piasek, ziemia, woda i flegma. Przecież zawsze wystarczały, aż do teraz.

Krasnoludy zaglądały w leżącą za drzwiami ciemność. Każdy z nich umocował sobie na hełmie świecę.

— Twój mężczyzna mówił chyba, że ludzie zasypywali stare ulice — powiedział Boddony.

— On nie jest moim mężczyzną — odparła spokojnie Sacharissa. — A co tam jest?

Jeden z krasnoludów z latarnią wyszedł za próg.

— Bardziej przypomina… tunele — stwierdził.

— To dawne chodniki — wyjaśniła Sacharissa. — Myślę, że tak to wygląda w całej okolicy. Po wielkich powodziach obudowali drogi drewnem i zasypali je, ale zostawili chodniki po obu stronach, ponieważ jeszcze nie wszystkie budynki miały wyższe poziomy i ludzie protestowali.

— Co? — zdumiał się Boddony. — To znaczy, że drogi były wyżej niż chodniki?

— O tak. — Sacharissa podążyła za nim przez otwór.

— A co się działo, kiedy koń nasi… wydalił wodę na ulicy?

— Absolutnie nie mam pojęcia. — Sacharissa prychnęła z godnością.

— A jak ludzie przechodzili na drugą stronę?

— Po drabinach.

— Bez przesady, panienko. +

— Nie, naprawdę używali drabin. I kilku tuneli. To nie miało trwać długo. A potem łatwiej było ułożyć solidne płyty nad starym chodnikiem. I w efekcie zostały te… zapomniane miejsca.

— Tu są szczury! — zawołał Spacz, który zawędrował dalej.

— Niech mnie! — rzekł Boddony. — Ktoś zabrał sztućce? Żartowałem, panienko. Zaraz, a co my tu mamy? — Uderzył w jakieś deski, które rozpadły się pod ciosami. — Ktoś nie chciał używać drabiny — uznał, zaglądając do następnego otworu.

— Prowadzi na drugą stronę ulicy? — upewniła się Sacharissa.

— Na to wygląda. Musiał mieć alergię na konie.

— A ty… no… potrafisz znaleźć drogę?

— Jestem krasnoludem. Jesteśmy pod ziemią. Krasnolud. Pod ziemią. O co panienka pytała?

— Nie chcecie chyba przebić się przez piwnice aż do „SuperFaktów”, prawda?

— Kto? My?

— Chcecie, tak?

— Nie zrobilibyśmy niczego podobnego.

— Tak, ale chcecie zrobić.

— To by było równoznaczne z włamaniem, prawda?

— Tak, i to właśnie planujecie, zgadza się?

Boddony uśmiechnął się lekko.

— No… może troszeczkę. Tyle, żeby się rozejrzeć. Panienka rozumie.

— Dobrze.

— Jak to? Panience to nie przeszkadza?

— Nie chcecie chyba nikogo zabić, co?

— Panienko, naprawdę nie robimy takich rzeczy. Sacharissa wyglądała na nieco rozczarowaną. Przez bardzo długi czas była przyzwoitą młodą kobietą. U pewnych ludzi oznacza to, że wiele spiętrzonej niegodziwości tylko czeka, by wybuchnąć.

— No to… może chociaż zrobicie tak, żeby im było trochę przykro?

— Tak, to chyba da się załatwić.

Krasnoludy ruszyły tunelem po drugiej stronie zasypanej ulicy. W świetle ich świec Sacharissa widziała stare frontony, zamurowane drzwi i okna wypełnione gruzem.

— To powinno być mniej więcej tutaj — uznał Boddony, wskazując słabo widoczny prostokąt, również przesłonięty tanimi cegłami.

— Chcecie się tam tak po prostu wedrzeć? — spytała Sacharissa.

— Powiemy, że się zgubiliśmy — odparł Boddony.

— Zagubiliście się pod ziemią? Krasnoludy?

— No dobrze, powiemy, że jesteśmy pijani. W to na pewno uwierzą. Hej, chłopcy…

Zmurszałe cegły wypadły. Światło zalało tunel. W piwnicy wewnątrz jakiś człowiek uniósł głowę znad biurka, rozdziawiając usta. Sacharissa zmrużyła oczy wśród tumanów pyłu.

— To pan?

— Ach, witam, panienko — powiedział Gardło Sobie Podrzynam Dibbler. — Cześć, chłopaki. Naprawdę się cieszę, że was widzę…

* * *

Ekipa odchodziła właśnie, kiedy pędem nadbiegł Gaspode. Spojrzał na inne psy, kulące się wokół ognia, zanurkował pod długi płaszcz Paskudnego Starego Rona i zaskomlał.

Długo trwało, zanim ekipa zrozumiała, co się dzieje. Byli przecież ludźmi, którzy potrafili kłócić się, kaszleć i twórczo nie rozumieć przez pełną trzygodzinną dyskusję o tym, jak ktoś powiedział „Dzień dobry”.

Dopiero Kaczkoman w pełni odebrał przekaz.

— Ci ludzie polują na teriery?

— Właśnie! To ta przeklęta azeta! Nie można ufać przeklętym ludziom, którzy piszą do azet!

— Wrzucili pieski do rzeki?

— Właśnie! — potwierdził Gaspode. — I wszystko poszło w zgniłe wahoonie.

— No więc ciebie też możemy ukrywać.

— Tak, ale ja muszę krążyć. Muszę fywać. Jestem ważną figurą w tym mieście! Nie mogę się przyczaić! Potrzefne mi przefranie! Słuchajcie, mamy szansę na pięćdziesiąt doków, jasne? Ale jestem wam potrzefny, żefy je zdofyć!

Na ekipie zrobiło to wrażenie. W ich gospodarce bezgotówkowej pięćdziesiąt dolarów oznaczało fortunę.

— Slag — stwierdził Paskudny Stary Ron.

— Pies to pies, nie? — zauważył Arnold Boczny. — Dlatego nazywa się „pies”.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)